#szosopasta na 494 słowa, 3 minuty czasu czytania.
Spotkałem go na campingu, gdzieś tam, hen, w południowych rejonach naszego kontynentu. Przyjechał Volkswagenem Transporterem California – genialną wariacją na temat campera.
Gdyż po primo – Wygląda jak dostawczak, a prowadzi się jak osobówka, tylko lepiej, bo wyżej siedzisz.
Po sekundo – Wjedzie wszędzie tam, gdzie campera nie wpuszczą, a w środku ma dość miejsca, żeby 4-osobowa ekipo-rodzina mogła koczować dłuższy czas w campingowych warunkach gdzieś na rubieżach.
I po czinkłeczento – Podnoszony dach tworzy sypialnię, obrotowe fotele – jadalnię, a wbudowana kuchenka, zlew i lodówka – kuchnię.
Pojazd w sam raz dla zgrabnej rodziny czy zgranej ekipy, a on? Był sam!
Zaparkował obok nas równo i schludnie na przydzielonym mu kawałku kamienistego, nierównego terenu. Przez taki teren jak tu potrafią się przebić tylko fachowcy Brusa Willisa z „Armagedonu”, zaprawieni w bojach wiertacze głębin lub nauczeni doświadczeniem, zaopatrzeni w młoty pneumatyczne posiadacze namiotów, którzy już raz tu byli. Reszta – bez szans.
Gdy wieje bora – uwierz – w namiocie nieprzybitym co najmniej na głębokości i roponośne, i nieprzywiązanym linami do cumowania tankowców jesteś zgubiony. Odfruwasz razem z dobytkiem, a potem, przez kilka dni trwa ogólnocampingowa wymiana sprzętów, które przyleciały znikąd.
Ale mniejsza z tym, na razie nie wieje.
Zresztą… On w tym swoim wozie nie musiał się tym martwić. Stanął, wstał, postawił stolik i krzesełko, ustawił daszek, otworzył piwo i zabrał się na poważnie za wypoczynek.
Wieczorem zrobił sobie kolację, ale wcześniej poszedł popływać, wyskoczył do obozowego sklepiku, był widziany w najbliższej pizzerii, coś poczytał, gdzieś się przeszedł, pojeździł na rowerze. I wszędzie sam! Biedactwo. Żal mi się zrobiło. Taki samotny w takich pięknych okolicznościach przyrody.
Szkoda tak, bo taki to ani nie ma do kogo gęby otworzyć, ani z kim się piwa napić…
U mnie za to:
– Tato, tato, ja chcę nad morze!
– Tato, tato, a ja nie chcę, ja na basen!
– A ja bym się wybrała do miasta…
O czym to ja tu? A tak… Ani z kim się piwa napić, pośmiać czy zamienić sło…
– Tato, tato, ja chcę naleśniki!
– A ja nie chcę, idźmy na pizzę!
– A ja nie zjem owoców morza!
…sło…wa? Y… a tak – słowa.
Siedzi taki smętnie sam, czyta książki, słucha muzyki, z braku innych opcji jeździ na rowerze, wszędzie i ciągle sam. No, naprawdę żal patrzeć.
– Tato, tato, nudzi mi się!
– A on się nie chce ze mną bawić!
– Ja nie zmywam tych przypalonych garnków
!Ech… Dopiero jak zobaczysz kogoś takiego, porównasz sobie do siebie, wtedy wiesz, jaką wartością są przyjaciele, ludzie bliscy, rodzina.
– Ja chcę bajkę o Chauderze!
– A ja chcę film z Asteriksem!
– A ja komedię…
W końcu stwierdziłem, że dość i zrobić trzeba z tym coś. Dłużej nie mogłem już spokojnie na to patrzeć. Znowu samotnie zabrał się do kolejnego zimnego piwa. I co? Znowu będzie je tak sam pił, czytając z nudów książkę?
Nie, nie mogę na to pozwolić! Wstałem i zdecydowanym krokiem poszedłem do niego. Zagadałem przyjaźnie po campingowo-sąsiedzku-angielsko-na migi-niemiecku i zapytałem, czy by się – kurde! – może nie chciał – błagam Cię! – ze mną zamienić.
Bracie no! Chociaż na parę godzin!


Dodaj komentarz