Capri („Capriśna” fit by Beata)

[1136 słów, 6 minut czasu czytania]

Capri to jedna z piękniejszych włoskich wysp.

Słynie z oszałamiających widoków, błękitnego morza i stromych skał niemal pionowo wyrastających z wody.
Normalnie Dolce… funciaki, eurosy, i każdą inną walutę serdecznie się… Vita.
Ideał, którego nie trzeba niczym upiększać, podmalowywać czy pudrować.

Ot, wystarczy nie dręczyć nadmiarem, a będzie jak wino.
Takie samo miało być Capri, które mi zaprezentowano z propozycją korzystnej odprzedaży, jako atrakcji „kolekcjonerskiej, uszanowanej, nigdy niebitej, jeżdżonej jedynie do kościoła, a i to tylko w co drugą niedzielę w lecie. Od nowości u jednego właściciela, statecznego chirurga w średnim wieku. Trzymanej pod kocem w salonie, okazji i igły, a ponieważ się dobrze znamy, to proszę bardzo, mogę sobie zabrać na weekend. Do pojeżdżenia i do sprawdzenia”.

Tu trzeba dodać, że opisane wyżej Capri „niewyspa”, to była niezła fura od pana Forda, zaprojektowana przez Philipa Thomasa Clarka, który pracował również nad słynnym Mustangiem, też z Fordziej stajni.
Nasze poszanowane Capri miało formę średnich rozmiarów coupé i napęd na tylne koła.
Rocznik bliżej nieznany, ale z wyglądu pewnie wczesne lata 70. i zapewne jak wino doskonały.

Spojrzałem i czy wyglądało to Capri, pięknie? Pięknie!
Czy widokiem oszałamiało? Miało!
I to chyba tyle podobieństw z italska imienniczką.

Gdyż, nawet po niezbyt wnikliwym spojrzeniu, zauważam, że w zaprezentowanym mi pojeździe, kable pod maską łączone są taśmą malarską, a „tapety” i „pudrowania” na nim tyle, co na niejednej pani o niepewnym wieku a pełnym bojowym rynsztunku sylwestrowym – dużo i pewną ręką dyskretnie poutykane.

Obchodzić się delikatnie i ostrożnie – zbyt energiczny taniec, zakręt lub wstrząs, a będziesz, oddychając pyłem brodzić w tynku.
Jednak, poza szpachlą, ma w sobie to coś. Jakąś tę wyczuwalną osobowość i charakter, wyraźną, dziesiątkami lat i kilometrów naznaczoną osobowość.

Wziąłem więc na próbę i pojechaliśmy do słynnego warsztatu „Pogromcy Korbowodów”, do sprawdzenia.
Do gości, którzy po zapachu płynu w spryskiwaczach wyczuwają lepkość silnikowego oleju. Po częstotliwości klikania kierunkowskazów przewidują zużycie żarówek w długich światłach, a po spojrzeniu na rzucany w południe cień widzą grubość nałożonej szpachli (nie mylić z cieniem orał ani ostrym cieniem mgły).

Przy okazji, była to też dobra okazja na spędzenie wolnego czasu i szybki weekendowy wypad. No i ciekawym był tego Capri.
Zanim jednak pojechaliśmy, musiało minąć ze 30 minut czułych słówek, bajdurzenia, wabienia i mamienia piękną romantyczną podróżą w nieznane, i kiedy akumulator w końcu trochę się podładował — silnik odpalił.

Ruszyliśmy, a w środku znać było przebyte wojny, chyba ze trzy, w tym dwie światowe.
Czuć tu było historią w przenośni i dosłownie.
Mam nadzieję, że te ciemne plamy, zrysowania i zapachy, to od wożenia uratowanych kotków od… ten, znaczy się… do… tak, do weterynarza, a nie, nie do końca wykończonych zwłok nad jezioro.

Owszem to jest Capri, lecz podróż nie przebiegała nam w stylu włoskim: z potarganym włoskiem, bez dachu pod bezchmurnym, słonecznym błękitnym niebem, nieśpiesznymi serpentynami wzdłuż olśniewającego lazuru mórz Tyrreńskich i zatok Neapolitańskich, podziwianych z białych jak śnieg klifów.

Kiedy włoski siedzącej obok piękności, powiewając na wietrze, zasłaniają widoki w zakrętach, a od przesyconego śródziemnomorskością powierza zapachniają się zmysły. Nie przebiegała gdyż:
To zima, nie lato.
To Polska, nie Italia.
To Ford, nie wyspa.
To Capri, nie cabrio.

Mimo to nasza podróż była pełna jakiegoś niewakumulatorowego napięcia, oczekiwania na wszystko, adrenaliny po niczym, a całość z powodu słabego grzania — na chłodno i pod dachem stalowych chmur. Wypisz wymaluj jak w elektryku na trasie bez ładowarek.

Jechaliśmy, a luzy kierownicy, brak nawiewów z nawiewów, łysawe opony i wyraźnie słaba, po pierwszej euforii strzału z elektryki i oktanów i pomimo dużych chęci, dyspozycja, coraz bardziej zaczynały nam doskwierać.

Oj coś czuję, że jeszcze kilka kilometrów, a nawet moje czułe przemowy, motywujące argumenty, błagalne prośby (w myślach, niech sobie nie myśli, że mięknę) i uspokajające klepanie w kierownicę nic by nie dały. Uff, na szczęście brakło kilometrów do pokonania i zmagań do przezwyciężenia, i niepokonani, już jesteśmy na miejscu!

Kiedy dotarliśmy do warsztatu „Wykorbionych do Rowu” ci, jasno i głośno, po długiej chwili radosnego rechotu, słowami niczym wiersz, czułymi, z gracją i bez przekąsu wyrazili swoje opinie:
„Jaka szkoda, że państwo to widzieli”
„Złomek płakał, że się nie pożegnał, na tej ostatniej drodze?”
„Syfa pudrem nie wyleczysz!”

Okrutnicy! Bez serc, zimni, wyrachowani zawodowcy, a wszystko to, bez żenady, na głos, przy Capri!
Na szczęście to pojazd dojrzały, dorosły. Taki nie chowa urazy i szybko zapomina wypomniane wyrazy.
Poszliśmy opić ten przypadek, a następnego dnia, po typowym śródziemnomorskim obiedzie (rosół, schabowy, mizeria), wsiadłem w Capri, a w tę, jakby po dodaniu wódki do wódki, coś wstąpiło!

Przez noc nastąpiła jakaś przemiana, gdyż bez zbędnych zachęt, raźno i rześko odpaliła.
Przepraszam, ale gdzie się podziało auto, którym tu wczoraj przyjechałem?
Czy nastąpiła jakaś wewnętrzna podmiana, niezmienioną blachą z wierzchu zamaskowana?
Silnik, po odpaleniu „od strzału” pracuje równym pełnym gangiem, a wyrywa się do przodu swymi niutonometrami nawet pod nawet lekkim naciskiem na gaz.

Biegi, tam gdzie trzeba, wchodzą płynniej, precyzyjniej i celniej niż mowa profesorka Miodka i przemowa Marszałka razem wzięte. Czuję, że nawet można, od czasu do czasu, używać hamulców!
Ba, nawiewy zaczęły jakby pracować?
Naprawdę, czyżby to diagnozy warsztatowców z „Porąbanych Korbowodów” tak podziałały?
Czy ich kąśliwe przytyki weszły tu komuś na ambicję i zalęgły się pod maską?
Ponoć krytyka słabych tłamsi, a silnych motywuje.

Nastał czas powrotu na stare śmieci, wracamy więc i raźno się nam jedzie. Mamy naprawdę wiele frajdy z tego powrotu, aż szkoda, że widać już miasto docelowe.
Kurcze no, zaczynam żałować, że zaraz po przebiciu się przez kluczowe połączenie bizantyjskiego wschodu ze zdegenerowanym zachodem – most rzeczny poprzeczny, jednojezdniowo-dwupasowy – trzeba się będzie pożegnać.

Mimo, że jeszcze wczoraj unikałbym tej trasy jak ognia, gdyż utknąć tu, pośród tirów i w ruchu jak za starych dobrych targowych czasów na Narodowym, to samobójstwo połączone ze zbiorową egzekucją w jedno zgrabne mordowanko.

Jednak dzisiaj? Dzisiaj, to inna jest rozmowa! Tak nam się doskonale jedzie, że skoro to najprostsza i najszybsza droga do domu, to ja bardzo chętnie i nie widzę żadnego problemu, żeby się sprawnie tędy przemknąć. Gładko wjeżdżamy na środek mostu, przed nami sznur zaplandekowanych po horyzont tirów, za nami łańcuch mastodontów załadowanych kontenerami, z prawej ocieramy się o przegubowe autobusy, a z drugiej ogranicza nas już tylko licha barierka.

I właśnie wtedy, nie przez wcześniejsze 120 kilosów, również nie za te drobne 500 metrów. O nie! To tu i dokładnie tu, na środku mostu, Capri, z radosną satysfakcją wszystkich dostępnych kontrolek deski rozdzielczej, z lekkim ni to sapnięciem ni to pierdnięciem, i jakby jakimś szyderczym chichotem, zatrzymuje się i odmawia dalszej jazdy. Jakby Mi mówił… ale zaraz, czekaj, czy „Capri” to nie jest rodzaj żeński, aby? No tak, jest!

Już wiem, na co czekała, dlaczego i co chciała, w odpowiednim czasie mi powiedzieć. Hmm, jakby to ująć? O, może tak, jak w tym żarcie:
„- Taka śliczna, miła, uśmiechnięta, a ciągle przeklina, dlaczego?
– To dysfunkcyjnokompulsywny dychotomicznodualistyczny kobiecy introwertyzm.
– A jaśniej?
– Spierdalaj!”

I tak już na tym moście została, i foch.

2 myśli na temat “Capri („Capriśna” fit by Beata)

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑