#szosopasta na 1354 słowa, 7 minut czasu czytania
An-225 „Mrija”, choć gigantyczny, był (niestety, z powodu ruskiej bandyckiej hordy – Mrija jest już czasem przeszłym) tylko dodatkiem do programu budowy radzieckiego wahadłowca i superciężkiej rakiety kosmicznej.
Rozmiary An-225, który nieprzerwanie od 1988 roku aż do 27 lutego 2022 roku dzierżył miano najcięższego samolotu świata, dają wyobrażenie o skali ostatniego wielkiego radzieckiego programu kosmicznego. Ponieważ przy pracach nad wahadłowcem Buran i rakietą Energia nie szczędzono funduszy, to poza tym, jak bardzo był spektakularny, stał się jednym z tych programów, które wydatnie przyczyniły się do zapaści gospodarczej ZSRR. Innym takim pomysłem był pomysł elektrycznych wrotek i cofnięcia kijem Wisły.
Tak jak amerykańska wizyta na Księżycu była pokazaniem ruskim, kto tu rządzi, tak Buran/Energia zrodziły się z chęci dorównania Amerykanom oraz przyćmienia ich osiągnięć. Te cwane amerykańce, po sukcesie ze space-operą i po Space-spacerze On Moon, od początku lat 70. coraz intensywniej pracowali nad zupełnie nową koncepcją lotów w kosmos – na pokładzie dużego pojazdu kosmicznego wielokrotnego użytku.
Miał to być sposób na znaczne ułatwienie podróży na orbitę i uczynienie jej tanią… tańszą… Efektem były dobrze znane promy kosmiczne NASA. Niewiele brakło (widzieliśmy to wyraźnie w dokumencie „Moonraker”), a te plany zostałyby pokrzyżowane przez mistera chodzące zło Draxa – imponującego myślą i rozmachem potężnego złola, których pełno wtedy było na świecie.
Na szczęście świat miał Bonda.
Bond poszedł do biura jak codzień i zrobił za co mu płacą, czyli zepsuł kilka wahadłowców pana Draxa, a przy okazji dowiedzieliśmy się, że z punktu widzenia swoich pierwotnych założeń były to nieudane pojazdy. Imponujące technicznie, pobudzające wyobraźnię i „mają rozmach skurwysyny”, ale też bardzo drogie, skomplikowane i niebezpieczne.
Lecz w latach 70-tych radzieckie przywództwo i Drax nie mogli tego wiedzieć. Wiedzieli tyle, ile przekazał wywiad i ile wyczytano z mediów zachodnich niespołecznościowych: Wicie rozumicie, Amerykanie ponoć intensywnie pracują nad statkiem kosmicznym, takim zupełnie nowego rodzaju.
Ruskie – zgodnie ze standardowym zimnowojennym trybem myślenia – uznali promy kosmiczne za poważne zagrożenia militarne. Drax – za okazję do realizacji swych kosmicznie dalekosiężnych planów anihilacji ludzkości i stworzenia nowej rasy.
Ponieważ początkowo w amerykańskich pracach nad wahadłowcami dużą rolę odgrywało wojsko, to radzieccy wojskowi uznali, że Amerykanie mogą używać swoich wahadłowców jako kosmicznych bombowców czy do wynoszenia orbitalnych dział laserowych. Co szybko podłapał Drax. Naukowcy i inżynierowie radzieckiego przemysłu kosmicznego (a dodam, że wcale niegłupie towarzystwo to było, tylko wierchuszka popierzona) byli bardzo sceptycznie nastawieni do alarmistycznych wizji związanych z promami kosmicznymi (wiedzieli, że to przesada), ale cóż, to nie oni decydowali. Może, gdyby byli słynnymi piłkarzami czy innymi celebrytami, mieliby większy wpływ.
W przeciwieństwie do przedsiębiorczego, ale trochę leniwego Draxa, który zwyczajnie sprzęt ukradł, w 1976 roku kierownictwo ZSRR wydało dekret nakazujący stworzenie odpowiedzi na amerykańskie “zagrożenie”. Zgodnie z wieloletnią radziecką tradycją, partia i wojsko oczekiwało czegoś bardzo podobnego do amerykańskiego pierwowzoru, tylko, jak to w ZSRR – lepszego.
Naukowcy i inżynierowie mieli więc mocno związane ręce i niech się cieszą, że nie na plecach przywiązane do słupa. W efekcie tych związanych rąk i niezasłoniętych jeszcze oczu czarną przepaską, przyszły prom Buran (z ros. Burza śnieżna) wyglądał bardzo podobnie do swoich amerykańskich odpowiedników. W końcu miał robić to samo, co amerykański, więc musiał być prawie taki sam. Fizyki pan nie oszukasz (i nie bądź pan głąb).
Tradycyjnie dumni z osiągnięć ZSRR Rosjanie nadal podkreślają, że Buran nie był żadną kopią (szczególnie że wtedy nie mieli xera), i wymieniają szereg różnic, a co niektórzy po samogonie twierdzą nawet, że byli pierwsi i Drax to ich sprzęt ukradł.
Radzieccy konstruktorzy chcieli w przyszłości (jak zgromadzą odpowiednią ilość funduszy, może być ze sprzedaży butelek) uczynić całą główną część rakiety wielokrotnego użytku, jednak nigdy do tego nie doszli. Rakieta Energia miała być też uniwersalna i służyć do przenoszenia innych ładunków niż Buran, takich jak satelity, stacje kosmiczne, przesyłki Amarosu, a rakieta nośna amerykańskich promów kosmicznych służyła tylko i wyłącznie do jednego zadania.
Dzięki brakowi dużych silników Buran był lżejszy i mógł zabrać większy ładunek. „30 ton w porównaniu do 27 ton. Wiesz, ile to jest gazu?” – Rozmarzył się na to Drax…
Co dziwne u ruskich, bo „u nas luda mnogo”, Burana od początku projektowano też do opcjonalnych lotów bezzałogowych, gdzie Amerykanie nigdy takiej możliwości nie rozpatrywali, chociaż mieli lepszą technikę, bo pierwsi sprzedawali samochody zdalnie sterowane w zabawkowych.
W Buranach planowano zamontować też chowane silniki odrzutowe, które niby znacznie poprawiłyby bezpieczeństwo lądowania. Bez nich zarówno amerykańskie promy, jak i ich radzieckie odpowiedniki latały jak „drzwi”, na których latać to umieją jedynie Polacy, i tylko Chuck Norris umie powiedzieć w liczbie pojedynczej.
Radzieccy konstruktorzy byli też przekonani (przekonali siebie nawzajem), że ich system osłon termicznych umożliwiających statkowi wejście w atmosferę był lepszy. Ogólnie – gdzieś nad ranem, po wypiciu wszystkiego, włącznie z wodą z akwarium i z pod ogórków – okazało się, że ich zdaniem cały ich układ jest bezpieczniejszy i ma mniej słabych punktów.
Jak było… nie sposób teraz stwierdzić. Rozpoczęty z przytupem i rozmachem program Buran/Energia nie doczekał się godnego finału. Po wytrzeźwieniu, przeliczeniu wszystkiego na zakoszonym japońskim kalkulatorze, i kiedy gwałtownie pogorszyło się gospodarce ZSRR, gdzieś w połowie lat 80. koszmarnie drogi program promu kosmicznego i wielkiej rakiety znalazł się na celowniku ekipy reformatorów Michaiła Gorbaczowa.
Zwłaszcza, że rzekome śmiertelne zagrożenie ze strony wahadłowców NASA – po sprawdzeniu tego w praktyce przez Draxa – okazało się grubą przesadą. Dodatkowo, po wtopie z kradzieżą ich wahadłowca i uratowaniu tyłków oraz świata z pomocą brytyjskiego Ble Szpiega Bonda, do połowy lat 80. amerykańskie wojsko wycofało się z programu.
Ukończono budowę pierwszego pełnoprawnego orbitera, któremu nadano nazwę własną Buran. To za jego sprawą cały program jest teraz tak nazywany, choć oryginalnie określano go jako – MKS – w Polsce to Miejska Komunikacja Samochodowa, w ZSRR “system kosmiczny wielokrotnego użytku”.
Czując wiszący im nad głowami miecz Domestosa, pod postacią biletów w jedną stronę gdzieś w tajgę, szefowie programu i popierający ich decydenci zdecydowali się na przysłowiowy “rzut na taśmę” – pokazowy lot Burana (a może Drax – jak to widzieli na filmie – znów się połakomi, zaiwani im ten sprzęt, i po problemie).
15 października 1988 roku radziecki prom kosmiczny wystartował po raz pierwszy i ostatni. Buran odbył krótki lot bezzałogowy. W jego trakcie dwa razy okrążył Ziemię i automatycznie wylądował na Bajkonurze. Lot może był wielkim sukcesem z technicznego i propagandowego punktu widzenia, ale nie na wiele się zdał. Drax się nie pojawił, sprzęt się nie rozwalił, i w związku z tym jeszcze w tym samym roku program został zamrożony. W tym momencie drugi prom o nazwie własnej Pticzka (ros. Ptaszek) był już niemal ukończony. Trzeci, nigdy nienazwany, może w połowie. Dwa kolejne znajdowały się we wstępnej fazie budowy.
Cały program Buran/Energia został zatrzymany w czasie. Nic nie posuwało się naprzód, ale też nic nie złomowano. Kierownictwo programu miało nadzieję, że nadejdą lepsze czasy, albo chociaż uda się znaleźć jakieś ładunki komercyjne dla rakiety Energia. Wszystko jednak na marne. W 1993 roku Borys Jelcyn formalnie zakończył program, który i tak faktycznie był już martwy. Do tego czasu miał kosztować ZSRR, w zależności od źródeł, od 16 do 20 miliardów ówczesnych rubli.
Do niedawna najbardziej widocznym wspomnieniem programu Buran/Energia był samolot An-225, który miał służyć do przewozu samych promów, jak i części rakiety z fabryk w europejskiej części na kosmodrom Bajkonur. Poza jednym budynkiem wszystko pozostałe rdzewieje i się rozpada. Buran przez ponad dekadę stał w głównym hangarze, zamontowany na makiecie rakiety Energia.
Za kozę, dwa wielbłądy, 8 dolarów lub worek kukurydzy, hardcorowi odziani w goretexy podróżnicy mogli zwiedzać ten grajdół.
Ale tradycyjnie, jak to u ruskich, w 2002 roku podczas prac remontowych zawalił się nad nim zardzewiały dach. Zginęło ośmiu robotników, prom i makieta rakiety zostały zmiażdżone, a wszystko zwalono na Amerykanów i Draxa, który ponoć wcale nie zginął (z pomocą spektrometru, termometru i termosa poddano w Rosji wnikliwej analizie film dokumentalny „Moonraker”) i wypoczywa gdzieś w wygodnym, izolowanym sanatorium bez klamek, korzystając ze starannie dobranych leków. Teraz wypoczął i postanowił wznowić prace nad nową rasą, a przy okazji eksterminacją starej.
Cóż, znów się nie udało, nie przewidziano popierjestrojkowej prowizorki.
Pticzka i jeden z egzemplarzy testowych nadal stoją w niszczejącym budynku, który miał służyć do tankowania przed startem.
Ponieważ wrót do hangaru od dawna nikt nie serwisuje, a w pobliskim kiosku zabrakło WD-40, to tak naprawdę jest to ich sarkofag, i wejść się tam da tylko za okazaniem aktualnych uprawnień złomiarza.

Dodaj komentarz