Elastyczność

[1506 słów, 8 minut czasu czytania]

Kiedy 15 godzin temu ruszałem w kolejną misję, było ciemno, zimno i padało. Teraz jest tak samo… plus mgła. Czas wykazać się elastycznością i przenieść gdzieś indziej. Może na jakieś plaże, ciepłe morze i jeszcze zimne piwo… może?

Tak, czas na kolejne przygody Agenta Specjalnego 5 grupy inwalidzkiej, przy którym Johnny English jest jak Bond przy Kolargolu. Tym razem wichry namiętności rzucą nas w objęcia Japonii… tzn. Słowacji… a konkretnie Słowenii, bo w życiu trzeba być elastycznym.

Trzeba mieć plany, plus jakiś mały planik awaryjny i wyjście bezpieczeństwa, ale dobrze jest też zbytnio się do nich nie przywiązywać. Życie potrafi zaskoczyć nam rzyć, a wtedy trzeba działać proaktywnie, wykazać się inicjatywą i elastycznie dopasować się do sytuacji.

Tak jak jeden gość w Japonii, reporter. Pojechał z okazji Igrzysk (Igrzyska to jest to wszystko, co nie jest Olimpiadą) do Kraju Kwitnącej (pod okiem) Wiśni i tam, w pociągu, zostawił plecak.

Ze wszystkim, co miał: dokumenty, instrumenty, kasa, tasak, sprzęt do reporterowania i akcesoria do raportowania. Trudno mu się dziwić — tam pociągi są tak szybkie, że jak wstał i udał się do wyjścia, żeby wysiąść, to zanim dotarł do drzwi, nasz nieprzyzwyczajony do tej kultury biały człowiek był już na kolejnej stacji.
Nim pomyślał „WTF?” i zrozumiał, co się dzieje, już była następna. Więc jak już wysiadł i kolejnym pociągiem wracał, to tak się spiął, żeby utrafić, iż dobrze wysiadł, brawo… ale bez plecaka.

To był Europejczyk, w dodatku Zpolski, więc na podstawie wcześniejszych doświadczeń stwierdził: dobra, już po plecaku, poszło się w pi…u i ebać. Smętnie siadł, zadumał się i wpadł na pomysł: pójdzie na posterunek policji zgłosić swoje pobicie i zaginięcie, nieprzygotowanie do zajęć, i najlepiej niech go od razu zamkną.
Bo jak ma tak wrócić do domu… to wolałby nie wracać.

Taki plan: niech go zamkną, na tak długo, aż śmiech przycichnie, a jak nie, to niech zetną mu od razu łeb mieczem, bo niehonor dłużej tak żyć.

Wchodzi na posterunek, a tam się gną w ukłonach. No to on również, bo kulturka musi być.

Ten nasz Zpolski Gościu po japońsku no parlando, oni po polsku tak samo, a razem po angielsku coś mówią, tylko że każde innymi dysponuje wyrazami.
Znam ten ból, weź się tu gdzieś spotkaj na tych językowych rubieżach, współczucia ślę wyrazy.

Gną się więc i tak, każdy do siebie, dyskutują:
— Gnę się w ukłonach i od razu mówię: po Gaijińsku nie mówię.
— Gnę się w ukłonach, nie wiem, co mówisz, bo po japońsku ja nie mówię, ale jest taka sprawa, że zgubiłem plecak w pociągu, no i kicha (a psik).
— Gnę się w ukłonach, ale jak już mówiłem, nie mówię po polsku, lecz domyślam się, że pewnie to ty jesteś ten obcy, co zostawił plecak w pociągu i na zdrowie (bo kicha).
— Gnę się w ukłonach i pytam, jak umiem na migi, co by tu zrobić, żeby pójść na jakieś 10 lat do waszego więzienia, bo słyszałem, że tam warunki dobre. A chciałbym, żeby sprawa trochę przycichła, gdyż zgubiłem wszystko, co miałem. Nie będzie transmisji, z igrzysk emisji, i jest właśnie po mojej misji, a w domu czeka na mnie tylko dymisja, a zaraz potem eksmisja. Przy tym „Sexmisja” to mizeria.
— Gnę się w ukłonach i gdybym cię rozumiał, i wiedział, co ty tam mówisz, to bym ci powiedział, że domyślam się, iż masz przerąbane, bo zgubiłeś wszystko, co miałeś ze sobą, i w domu czeka cię dymisja i eksmisja. Pewnie chciałbyś jakieś 10 lat przeczekać u nas, najlepiej w więzieniu, bo mamy super warunki.
— No i co teraz? Bo już nie mogę się dłużej giąć, a nic nie rozumiem.
— No i co teraz? Bo widzę, że nie możesz się już dłużej giąć, a ja nic nie rozumiem.
— Dobra, widzę, że nic z tego, to idę umrzeć pod mostem.
— Dobra, widzę, że masz ochotę iść umrzeć pod mostem. Proszę, oto twój plecak.

Bo to była taka elastyczna taktyka.
Już wcześniej okazało się, że gość zostawił ten plecak. A ponieważ pociągi w Japonii są szybsze niż światło, to zanim nasz bohater doszedł na posterunek, plecak został odesłany najbliższym transportem. Bo w Polsce najszybszy transport ma Mle-Ko, a w Japonii Ple-Cak i Sa-Ke.

Oni, Komisariaci, gięli się tak w ukłonach, żeby elastycznie przeciągnąć czas, aż ktoś ten tobołek przyniesie z dworca.
Nasz uratowany przyjaciel tak się wzruszył, że aż głową ruszył i wydukał z siebie po japońsku:
— A JAK TO TAK TO, TO DZIĘ-KI I NA-RA!

Japoński posterunkowy zaś również umiał się znaleźć. Poruszył palcem w japonce, przypomniał sobie, jak kiedyś jadł w jednym barze i byli tam jacyś turyści, chyba właśnie z Europy. Zaryzykował więc:
— KU-RWA-MAĆ!
I to jest elastyczna kreatywność! A nie od razu, że do więzienia albo ściąć łeb i luz.

Tak, Japonia to dziwny kraj.
Niby się wyludnia, na wsiach posiadłości popadają w ruinę, a w mieście ludzie się cieszą, jak mają metr kwadratowy, na którym mogą się zwinąć w kłębek o drugiej w nocy, zaraz po robocie. A jutro to wbijacie na imprezę. Mam JAKO TAKI metraż, ale spoko, naprawdę, wszyscy się zmieszczą!

Albo jedzenie. Mają takie, że na wszelki wypadek przed zjedzeniem dobijasz to pałeczką (bo nie wiesz, co to jest, wybierałeś przecież po obrazkach a ciągle się rusza). A potem się okazuje, że najlepsza zupa świata to z Japonii — ramen — i na wieki wieków.
Ale nasza tu akcja dzieje się w Słowenii (tak, taka Słowacja, tylko że niżej… jeszcze niżej).
Dlaczego więc wspominam o Japonii, skoro jesteśmy w Słowenii?

A… bo najlepszy ramen (na wieki wieków) jadłem w Słowenii, a trzeba być elastycznym.
Różne — życie, jak i ta opowieść — przynosi nam niespodzianki. W różne części świata nas nosi i nawet najlepszy plan trzeba czasem wsadzić sobie w rzyć i zacząć improwizować.
Elastyczność i gibkość: w życiu, w kroku, na obiekcie oraz w terenie. Gdyż nawet najlepszy plan może nie wypalić.
A ja, w tej Słowenii, miałem najlepszy, a nawet bardzo dobry plan!

Uknułem go w moim posępnym, ale genialnym umyśle zaraz po tym, jak się zorientowałem, że ukradli mi kurtkę w pociągu. Z gore-texu była i aż gorę tu textem, jak myślę o tym rozbójniczym akcie. Oj gnoju, jeszcze cię nie złapałem, a już mi cię żal.

Kiedy wysiadłem z pociągu na tej małej, słoweńskiej, górskiej stacyjce, niemal od razu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Deszczem zacina, wieje mi po karku i nerkach. Jakieś mam dygoty i dreszcze, jakoś mi zimno… i co, kurwa, jeszcze?
Coś się tu mocno nie zgadza, i wtedy się zorientowałem — przecież nie mam na sobie kurtki!

Ach, więc to tak. Wysiadłem z pociągu bez kurtki. A ponieważ jestem czujny i precyzyjny jak saper i bibliotekarka w jednym — to jest tylko jedno wytłumaczenie: musieli mi ją ukraść!
Plan odzyskania mienia wykrystalizował się szybciej, niż trwał udział Rutkowskiego w Tańcu z Gwiazdami.

Jestem obywatelem świata, znam nie takie ja zadu… kątki. Ogólnie wiem, o co tu kaman, i zwyczajnie niezły ze mnie agent, więc od razu dopasowałem sposób działania do lokalnej kultury, waluty, systemu energetycznego i infrastruktury.

Teraz powiem tylko tyle: będą cierpieć.
To jest Unia. Tu chwilowo nie ma problemów z prądem, nie tak jak w krajach trzeciego świata czy coś lajk dys, gdzie czasem przychodzi nam działać, więc i improwizować.

Gdzie musiałbym skombinować taksówkę, żeby z niej wyciągnąć akumulator, oświetlić sobie miejsce przesłuchania i dodać trochę energii przy pomocy elektrod, podpiętemu do niego interlokutorowi.
Tu będzie łatwiej. Ot, zwyczajnie wybijam na dworzec, wywlekam z kanciapy zawiadowcę, profilaktycznie ładuję mu z bańki — kontakt fizyczny zawsze przełamuje pierwsze i wszelkie inne lody.

Kolejne kroki mego planu: kraj jest zinformatyzowany, włamuję się więc do kolejowego systemu informatycznego, znajduję monitoring z mojego pociągu, przeglądam kamery zainstalowane w wagonie. Błyskawicznie odnajduję tam siebie, analizuję obraz, z miejsca wyszukuję złodzieja, a w bazie danych twarzy Interpolu dopasowuję ten jego złodziejski ryj.

Potem już z górki: znajduję jego numer, lokalizuję jego smartfona, łamię zabezpieczenia, piszę wiadomości (żeby go zagadać), a w międzyczasie jadę na miejsce lokalizacji.
Już jestem obok. Już powinien czuć mój oddech (ma ktoś TikToka?). I w końcu dzwonię do drzwi, a on odbiera…
Nie, nie, to żart. Jak odbiera, jak obie ręce ma już złamane?

Teraz grzecznie (przypominam: zawsze grzecznie!) proszę go o zwrot mienia. Oczywiście, zdając sprzęt, błaga o litość i wybaczenie.
Ja, no cóż… ja do ciebie nic nie mam, chłopcze. To swego Boga proś o wybaczenie, ja wam teraz tylko zorganizuję spotkanie.

Taki mam plan… i to jest TEN PLAN!
Może będę musiał być elastyczny, coś modyfikować, zmieniać strategię i kluczyć, ale jedno wiem: będę bezlitosny.

Głową tu ręczę, skopię im tyłki jak w Shreku schodom Osioł poręcze!
„Ale będzie jatka, no będzie rzeźnia normalnie!”
Prościzna, czas więc na start.

Wbijam na dworzec, wyszukuję — planowo — zawiadowcę i już do niego uderzam. A ten, jak tylko mnie widzi, szczerzy się jak łysy do sera i woła:
— O, ale super, że pan jest. Tak się zastanawiałem, jak tu pana odszukać, bo, wie pan, z pociągu dzwonili, że taka gapa i kurtkę pan tam zostawił. Ale już ją przekazali i ładnie poskładana, żeby się nie wybrudziła, jedzie tu składem powrotnym i zaraz będzie!
— Y… No to ten… SAJONARA! — odpowiadam.
Gdyż elastycznym trzeba być!

2 myśli na temat “Elastyczność

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑