Obcy

Licence to Kill z 1989 roku to jeden z tych mrocznych filmów z Bondem i w porównaniu do wcześniejszych przygód agenta 007, to niemal thriller zemsty.

Zamiast eleganckich kolacji, gadżetów Q i suchych żartów, mamy osobistą vendettę. Bond nie działa tutaj z ramienia MI6, tylko na własną rękę, jak typowy samotnik.

Motyw przewodni? Okrutna zemsta za przyjaciela, Felixa Leitera, którego okaleczono i żonę mu zabito. Bond rzuca odznakę i idzie po swoje – bez rozkazów, bez ograniczeń. Mroczne klimaty, brutalność, kartel narkotykowy zamiast ekscentrycznych złoczyńców.

I takie powinny być Bondy

Najlepszy film o Bondzie. Jamesie Bondzie rozpoczyna się sekwencją ciemnych, czarno-białych, ziarnistych obrazów. Gdzieś z zamglonych, zapomnianych o tej nocnej porze, industrialnych części miasta.

Przydymione zaułki, przetykane plamami światła, potęgują atmosferę industrialnej pustki i ludzkiej samotności.

Ciemne, ponure, lakonicznie bezlitosne dla popełniających błędy cieniasów miejsca.

Cynicznie, zimnokrwiście pełne szarości, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje, a prawda to tylko punkt widzenia.

Właśnie w takim miejscu i o takiej porze, szemrane oprychy opychałyby swoje lewe towary naiwnym typom. Tym, którzy nie mieli dość rozumu, żeby zrozumieć, w co się pakują, albo mieli zbyt wiele optymizmu co do intencji ludzkości.

A ludzkość nie ma dobrych intencji.

Nadmiar strachu wynikający z niewiedzy i niedomiar wiedzy potęgujący strach – to mieszanka gotowa na koktajl Mołotowa.

Jeśli Obcy mieliby się gdzieś pojawić, to właśnie w takim miejscu.

Doskonale skundlonym, od światła oddalonym, miejscu w sam raz, by pojawić się bez podania powodów i przyczyn. I bez tłumaczenia się skąd przybywają.

Przecież nie teleportowaliby się znikąd, jak wymyśleni przez autora S-F.

Wszechświatem rządzi EE… Entropia i Energia.

Jakoś, w sposób możliwy do opisania matematyką, fizyką i mechaniką, musieliby się pojawiać. Lepiej więc pojawiać się tutaj – w zaciszu ponurych zaułków, gdzie ludzkie męty złych profesji mają swoje oceany.

Bo to, że Spozaziemcy gdzieś , jest oczywistym.

I może przybywają na nasz Łezpadół naiwni jak książeczki dla dzieci, czyści, gotowi chłonąć, patrzeć i obserwować, by… zrozumieć?

A może nie, nie wiem.

Wiem tylko, że kiedy kiedyś ciąłem nocną obwodnicę krótkimi, zgrabnymi ruchami, z pełną kontrolą nad pojazdem, przestrzenią, czasem i mechaniką orbitowania po trajektoriach tak, by mój błędnik nie rozrabiał, powodując zamęt i rewolucję całego orgiazmu – wcale nie planowałem zmiany planów strategicznej krzywej balistycznej trajektorii mojej trasy.

Nagle, zwabiony jakąś ciemną energią tych ponurych miejsc, których lepiej unikać, nagłym, forsownym manewrem – od którego błędnik, opony, kierownica i śledziona wspólnie wykrzyknęły WTF MEN?! – skręciłem.

Wbiłem w te ciemne ulice, pełne fabrycznych zaułków, ciemnych plam i pustych miejsc parkingowych.

W miejsca, które o pisał Lech że się ich strzeż co o tej porze ( i każdej innej), jasno (ciemno) dają do zrozumienia, jacy jesteśmy samotni.

W naszym i całym Wszechświecie.

Kiedy prostowałem ciemne zakręty, krzywiłem dziurawe proste i ciąłem reflektorami czarną przestrzeń, odcinając ją równo przy ziemi od nieba, nagle – kątem oka (tak, oka widzą kąty) – zobaczyłem Cień.

Na tle czarnej, nieoświetlonej zatoki stał Czarnokształt.

Stał.

I machnął.

Energie nie słuchają naszych żali i lamentów.

Nie zważają na pragnienia.

Nie rozróżniają dobra i zła.

Energie zimno oddziałują, tworzą nowe konstelacje zdarzeń.

Nie ma się co obrażać.

Obrażają się tylko ci naiwni, co myślą, że nad czymś panują.
Chcesz rozbawić Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach.

Dlatego właśnie… Sam nie wiem dlaczego właśnie, bo kto mający władzę nad czymkolwiek zrobiłby teraz cokolwiek innego niż mocniej ścisnął kierownicę i nacisnął na gaz?

Zatrzymałem się.

Postać Czarna aż zawahała się.

Pewnie tak samo zdziwiona jak ja moim przedziwnym zachowaniem. Albo od pędu.

Niepewnie podeszła do drzwi, a ja – w ciemności nicości – widziałem tylko te białka, niczym odległe galaktyki, patrzące przez ciemną szybę.

Złudzenie bezpieczeństwa.

Odsunąłem szybę.

I wtedy się dowiedziałem, że nie jesteśmy sami w tym pustym, zimnym, ciemnym Wszechświecie gdyż postać, na szczęście ludzka, z szeroko rozdziawionymi oczami zapytała:

— Przepraszam pana, i dziękuję, że się pan zatrzymał… Nie wie pan przypadkiem, gdzie ja jestem?

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑