Zaparowane szyby

[439 słów, 2 minuty czasu czytania]

Miałem kiedyś trudną sytuację, od tego czasu już zawsze powtarzam: para w aucie to jest niebezpieczna sprawa i trzeba naprawdę uważać!

Wstaję rano, patrzę jednym okiem: a co tu tak jasno? (A rano jest takie, że aż do dzisiaj nie wiedziałem, że są na zegarku takie godziny). Nie, to śnieg spadł i biało się zrobiło jak na Antarktydzie za jej dobrych czasów przedcieplarnianych.

Kawę wypiwszy – ruszam w kierunku wcześniej obranym, gdzie setkami kilometrów lasy się ciągną. Taki sobie wybrałem cel. Czyli, jak zwykle, żeby dotrzeć do autostrady w kierunku wschodnim, mam drogę długą i leśną.

Jadę tą doskonale nieodśnieżoną drogą. Skąd wiem, że to droga? Drzewa są po bokach, ja między nimi, no to chyba droga? Las, las, wszędzie las. Wszelkie możliwe systemy pokładowe włączyłem, czyli: opona zimowa, ręce na kierownicy i wzmożona uwaga.

Nic nie jeździ. Wszyscy mądrzy, tylko ja i to białe coś, co udaje drogę.

Nagle! No, może nie aż tak nagle, bo jednak powoli brałem ten zakręt, widzę… zaraz, okulary założę… Tak! Audi widzę! Takie małe. Stoi na poboczu. Ale dlaczego dziwnie tak stoi? Jakoś bokiem, ale nie po ludzku. Śmiesznie tak, bo nie dość, że w poprzek, to stoi i tak… dziobem w rów.

„Ale fachowiec! Trzeba umieć tak zaparkować w lesie na zakręcie w zimie”.

Tak sobie myślę bardzo powoli, bo i jadę bardzo powoli. Tryby pracują ospale, bo – jak już wcześniej wspomniałem – budzę się dopiero w południe, a jest godzina poranna, niewymowna ze zgrozy, że tak wczesna.

I pojechałbym dalej, gdyby nie kawa. Nagły strzał w system kofeinowy podpowiada mi, że… coś tu się nie zgadza w tym sposobie parkowania. Jak już dotarło do mnie, że to może poślizg był niekontrolowany, zakończony w rowie, zerwałem się na fotelu i…

Natychmiast się zatrzymuję. Wyskakuję z auta – lecieć, ratować co się da, dzwonić po służby, resuscytację robić, udzielać pierwszej pomocy, zarządzać akcją i kierować ruchem…

Bez kurtki, komórka w ręce, czapka na bok. Lecę, pędzę. Wytrzymaj człowieku, uratuję!

Ślizgając się, podbiegam, nic nie widać , szyby zaparowane w tym pojeździe. No tak! Wszystko stało się przejrzystym: jechał z zaparowanymi szybami, nie wyczyścił, nie zauważył i tragedia.
Jak można być takim abderytą?!

Podchodzę ostrożniej, żeby się nie wywalić, i już mam łapać za klamkę…

A tu szybka boczna bzzzyk, w dół. Wychyla się zdyszana głowa młodzieńca, a obok – też zdyszana głowa młodzieńca płci przeciwnej i mówią, że spoko, że luz, że na traktor czekają, a że zimno… to wiadomo – ćwiczą, rozgrzewka taka, bo nuda.

– Ku chwale Ojczyzny! – mówię. – Czyńcie swoją powinność i czuwaj!

I pojechałem sobie dalej, no bo jak para, to nie trio. Na co ja im tam? Ani traktora nie mam, a i żonę mam fajną.

2 myśli na temat “Zaparowane szyby

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑