[ #szosopasta na 782 słowa i 4 minuty czytania ]
Thessaloniki w Grecji to nie jest miasto (chociaż wygląda, jakby nim było) – to jedna wielka impreza. Wszędzie knajpy, kawiarnie, restauracje, puby. Wszystkie pełne, i to od rana. Nie tylko turystów pełne, ale i tambylców. Nie znam się, bo ja z północy gdzie pijesz pół nocy w bólu istnienia, a potem płaczesz pół nocy… z bólu przemijania. Tu to chyba taki styl życia i ludzie tacy – weseli i towarzyscy. Piją coś od rana, a żadnych burd, zadym, mordobić i nikogo pijanego.
Ej, ale co jest z nimi nie tak?
I mimo że nienormalni, i w tej sytuacji zaleca się w kontaktach wzmożoną ostrożność, to klimat świetny.
Saloniki! Jedno z fajniejszych miejsc, w których byłem. Historycznie, widokowo, imprezowo…
Wtedy, w czasach przedunijnych, kiedy Grecja była małym, odległym, osiadłym gdzieś z boku wydarzeń echem swej wielkiej przeszłości, mimo że to przed modnym ociepleniem klimatycznym i tak było wtedy Gorąco przez duże Gie. Lato, dawno nie lało a upał taki, że mi się klapki przykleiły do ulicy tak, że nadal mam pamiątkę w postaci greckiego asfaltu, a oni dziurę w jezdni.
Kiedy wydarłem go do poziomu Rzymskiej via Egnatia nie chcący zostałem przemytnikiem dróg.
Ile można wypić kaw mrożonych w takim upale, ile zimnego piwa i innych napojów? Nieskończoną ilość! I tak wszystko od razu wyparowuje. Czas więc jechać dalej, na północ, póki jeszcze na wiór nas nie spaliło to greckie słońce. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, nawet Saloniki te.
Dworzec kolejowy (ten z czasów przedunijnych), gdyż wtedy tanich linii lotniczych nie było nawet w umysłach wizjonerów, dostosowany został do typowego bałkańskiego standardu, coś w stylu: „Spoko, luz, mamy czas. Się napisze, się wyjaśni, się wywiesi… może później”.
Rozkład jazdy? A po co? Pociągi są dwa – jeden na południe, drugi na północ. Przecież każdy tu to wie.
No to ja się pytam: Kiedy jedzie ten na północ? I przede wszystkim, dokąd on jedzie?
Sam siebie pytam. Kasa zamknięta, informacji tradycyjnie nie ma. Tylko kartka wywieszona i po grecku (chyba) nabazgrane, że (chyba): „Budapeszt, odjazd o 9 wieczór, przyjazd o 6 rano”.
Jeśli to prawda, a internetu jeszcze nie ma i wujek Google nie pomoże sprawdzić, to w sumie fajnie – przez noc się człowiek prześpi i rano, niepostrzeżenie, rach-ciach, Budapeszt. Północ, chłód, znowu temperatura ciała wróci do 36,6 z pułapów, na których białko się ścina.
Magicznym jakimś sposobem udało się dotrwać do wieczornego odjazdu i, zataczając się od nadmiaru witaminy D, naładowany słońcem jak chomik ciasteczkami, czekam na odjazd.
Pociąg jest w typowo wschodnioeuropejskich (kto jeździł PKP w latach 80., ten wie) standardach. Brudne, zdezelowane, zniszczone przez życie w ciężkich warunkach przedziały. Toalety? Pomińmy je stosownym milczeniem. Ich po prostu nie ma – jest dziura w podłodze.
Ale co tam! Nie w takich warunkach się jeździło, choć trzeba przyznać – w aż takich, to rzadko.
Cóż, kolebkę Spartan tu mają, co nie? Ćwiczą się w spartańskiej jakości, innym pokazują, jak bardzo można być Spart. Ludzie walutę wymienialną w postaci dolarów płacą, żeby być jak Leonidas. I to jest pierwszy test – przejazd pociągiem typu „Spartanin”.
A pociąg, jak wynika z mapy, jedzie do tej wymarzonej, chłodem ciągnącej krainy zwanej Budapeszt – przez Bułgarię i Rumunię. A Bułgaria i Rumunia w tamtych czasach to były krainy piękne, ale i wymagające – życia nie ułatwiały te postdemoludzkie raje, kolebki wolności i demokracji ludowej.
Nie ma się więc co dziwić, że pociąg do wypasionych angielskich lordów nie należy – to odległy, zapyziały, żylasty, zahartowany życiem bałkański kuzyn-minimalista.
Ale ja się tym nie przejmuję. Padnie się jak trup na fotel czy inną podłogę i się dośpi. Jedna mała woda na drogę, a rano – pörkölt, Tokaj i halászlé czy inne leczo!
Ruszyła maszyna po szynach ospale. Mimo iż mocno hałasuje, rozkręcając zastałe, mało smarowne metale, łożyska, tłoki i sprzęgi, dobrze słyszę – ktoś idzie korytarzem i w swojskim, doskonale mi obcym i nieznanym angielskim z akcentem USA wyklina:
— Fak, siet, faking trein, aj hejt dis trein!
— Hej, kolego? – mówię do niego, gdy już dotarł na moją wysokość. – Co tak fakujesz, ci nie pasi coś? Jesteś Spartanin, czy nie jesteś?
— Będzie ciężko!
— Jakie ciężko, cieniasie? – myślę i mówię. – Parę godzin w nocy jazdy, rano jesteśmy na miejscu i ciężko?!
— Ale jakich parę godzin?
— No, normalnie, z wyliczeń wychodzi, że 9…
— Ale jakich parę godzin? – pyta znowu, wbijając we mnie nic nierozumiejący wzrok.
— Tępi ci Amerykanie! Czego nie rozumiesz, debilu? – myślę i pytam. – Jest napisane: „Wyjazd 9 wieczór, przyjazd 6 rano”?
— Maj friend, jest tak napisane w Grecji, po grecku. Dats rajt, its korekt! Ale ja tym pociągiem z Budapesztu tu przyjechałem, gdyż to jedyna opcja przyjazdowa jest. I on będzie o 6 rano na miejscu. Wszystko się zgadza, on tam będzie o 6, ale zaraz, jak się upora z Bułgarią i Rumunią, czyli jakieś dwa dni później.
— O kurwa…


No przeca już było udowodnione że to droga jest celem a nie cel. Cel to ma tylko 007…. action…go…
PolubieniePolubienie
Czyli cel może być drogą, a droga może być bardzo droga…
PolubieniePolubienie