[ #szosopasta na 813 słów i 4 minuty czytania ]
Kiedy zobaczył go po raz pierwszy, nie pamięta już gdzie — może w odbiciu wystawy lub w jakimś fachowym periodyku — wiedział. Nawet nie to, że MUSI go kiedyś mieć, tylko po prostu BĘDZIE go mieć. Kwestią było tylko: KIEDY.
Ta linia, kształt, klasa i kolor…
Jeden z kilku podobnych pojazdów, takich jak Lamborghini Sian, McLaren Senna GTR, Bugatti, Ferrari F40, ale ten jedyny — pomarańczowy Porsche 911 GT3 RS! Niebanalny pojazd dla nielicznych, nietuzinkowych posiadaczy. Dla znawców, wyrafinowanych kolekcjonerów z grubym portfelem!
Niestety, sprzęty tego typu nigdy nie były, nie są i nigdy nie będą tanie. Z wiekiem oraz zmniejszającą się podażą dostępnych egzemplarzy ceny będą tylko rosły. Każdy dobrze poinformowany też wie, że to jedna z najlepszych inwestycji. Choć dyletantom zawsze wydaje się to dziwne, śmieszne wręcz, tak — ta inwestycja ma jedną z najlepszych stóp zwrotu! Pod warunkiem, że komplet z dokumentacją i niebity, a najlepiej nieużywany.
Było pewne, że droga do celu nie będzie łatwa. Zajmie trochę czasu, trzeba pewnie będzie oddać niejedną nerkę, zrezygnować z wakacji oraz kilku innych atrakcji. Ale nic to, był skłonny do poświęceń, bo w życiu nie ma nic za darmo.
Takich pojazdów — inwestycji na lata — nikt się nie pozbywa, a jeśli już musi, to tylko z braku wyboru, będąc przyciśniętym WIBOREM.
Ale on zaczeka. Ma czas. A kiedyś… cóż, może być i używany, w częściach, do remontu i z Australii, a i tak będzie jego.
Nie zrażał się, nie zaprzątał głowy zbędnymi dywagacjami czy wątpliwościami. Wiedział, czego chce, i był zdeterminowanym, nastawionym na cel, zajebiście cierpliwym zakapiorem.
Śledząc aukcje i oferty, zastawiając pułapki na oszustów, ustawiając alarmy oraz powiadomienia w wyszukiwarkach na kluczowych słowach, przeczesując najciemniejsze darknety, śledząc online bazary Tadżykistanu, zagajając podejrzanych handlarzy Taszkientu oraz analizując trasy transportów z Chińskiego Orientu, czekał na tę jedną okazję, cierpliwie zbierając fundusze.
I tak, bitcoin do bitcoina, minuta po minucie, oferta po ofercie — w końcu wszystkie kropki połączyły się w jeden spójny obrazek.
Pojawiła się ta jedna, konkretna, spełniająca warunki przetargu oferta.
A w niej kwota niemała. On chyba oszalał! Stan: w częściach. Gwarancja: w żartach. Pewność: żadna. Chętnych: wielu.
Ale cóż — kto nie ryzykuje, ten tego piwa potem nie wypije.
Po bitwie z myślami przystąpił do licytacji, a po morderczym boju z oferentami… wygrał!
W nerwowym, pełnym nadciśnienia i bezsenności oczekiwaniu miał akurat chwilę, by o zakupie, jego okolicznościach, no i cenie, powiadomić odpowiednie wyższe, mimo że niższe, instancje.
Potem było już z górki.
To przecież tylko jedno złamanie, a krew prawie nie płynie z ran. Nowo poznane (cóż za kreatywność!) wyzwiska kiedyś na pewno się przydadzą, a tydzień czy dwa w ciszy pozwolą wszystkim na skupienie, medytację oraz refleksję przed nadchodzącą pracą.
W końcu dostarczono sprzęt!
Trzeba przyznać — wyglądało to przerażająco. Tyle części i takich podobnych.
Oj, było wiele do zrobienia.
Chuchnął w palce, zatarł dłonie, rozluźnił nadgarstki i zaczął się mozolny, wieloroboczogodzinny, cierpliwy i sumienny proces odbudowy.
Z czasem w ten fascynujący proces precyzyjnego składania silnika, rzetelnej rekonstrukcji podwozia, delikatnego odtwarzania wnętrza — chcąc nie chcąc — koniec końców wciągnęła się cała rodzina.
To dobrze. Były mu potrzebne uzupełnienia kadrowe — ktoś o zwinnych palcach, bystrym oku i umiejętności szybkiego parzenia silnej jak cios kawy.
Nawet kot cicho wpadał i, układając się wygodnie, z zainteresowaniem śledził proces odbudowy.
I tak, minuta po minucie, kawa po kawie, element po elemencie, precyzyjnie jak w agencji kosmicznej, trwał proces rekonstrukcji.
Łatwo nie było. Ale też nikt się nie spodziewał, że będzie.
Sprzęt dotarł w rozsypce, dosłownie kupa części. Jak z tego bezładu nieskładnych elementów — a dosłownie były ich tysiące — zrobić ten wyryty w pamięci i wypalony na spojówce pojazd, kiedy instrukcje są dobre, ale części opisano słabo?
W trakcie zaciekłych walk z karoserią, za oknem, zieleniąc i kwitnąc, wybuchła wiosna.
Kolorami, zapachami, świeżością oraz alergenami odciągała od pracy.
Ale nie uległ! Czy w ogóle ją zauważył, walcząc z tłokami, amortyzatorami i układem kierowniczym? Tego się już nie dowiemy.
Aż w końcu, nagle i niespodzianie, wyłonił się ten kształt utęskniony, twardą cyfrową walutą i złamaniem piszczela opłacony!
Jest!
Wstępnie już można było podziwiać to cudo szalonego Technica, gdyż zostały ostatnie szlify, ostatnie przetarcia szmatką. Ot, dosłownie założyć koła i… Sukces Wieńczy Dzieło!
Przyszli wszyscy uczestnicy tego starcia, tej precyzyjnej mordęgi. Przybyli, by być świadkami, uwiecznić cykaniem fotek i zapamiętać choć na chwilę tę chwilę…
No i w końcu może uda się coś zjeść.
Przybył nawet kot, zaciekawiony zamieszaniem i z ukosa, czujnie patrząc, próbował coś z tego zrozumieć. Pewnie wyczuł podniosłość atmosfery i powagę historycznej chwili.
Do zamocowania zostało już ostatnie koło, gdy nagle…
Nerwowym ruchem spoconych i niecierpliwych palców nie zapanował nad tym precyzyjnym elementem. Wypadło mu ono z roztrzęsionych rąk i dramatycznie wolno, jak w zwolnionym tempie, potoczyło się pod stół…
Kot zgrabnym, szybszym od mrugnięcia okiem ruchem zawodowego łowcy złapał w zęby to ostatnie cholerne, niekupowalne, brakujące kółko LEGO i zgrabnymi susami wybiegł z nim, bezgłośnie jak duch, znikając w ogrodzie.
W martwej ciszy słychać było tylko czyjś histeryczny śmiech…


wiadomo, M to jest M
PolubieniePolubienie
M to jest M… wiem!
PolubieniePolubienie