[ #szosopasta na 424 słowa, 2 minuty czytania ]
Wideokonferencje wprowadziły nas w nową erę. W ogóle internet podniósł nas chyba na wyższy poziom kontaktów.
Kiedyś, żeby komuś coś powiedzieć, trzeba było się do niego udać, ewentualnie napisać list. Najlepiej czytelnie. Błędy? Pomijam – ja tym kamieniem rzucał nie będę…
A powiedzieć komuś coś w twarz? Coś w stylu dzisiejszego hejtu albo „nie znam się, więc się wypowiem”? To wymagało zadumy i odwagi. Trzeba było stanąć twarzą w twarz, wyartykułować swoją opinię tak, żeby delikwent słyszał. I trzeba było mieć jaja, bo interlokutor mógł odpowiedzieć… pięścią.
No i to, że ktoś był głupi, wiedzieli tylko najbliżsi.
A teraz? Do wysokich lotów polemiki wystarczą wypierdziane dresy i dostęp do internetu. Świat robi się dwuwymiarowy, maziany paluchami.
Lata całe prowadziłem spotkania, negocjacje, rozmowy kuluarowo-zakulisowe. Wtedy ważne były niuanse, podprogowe wibracje, których się nie rozumiało, ale wyczuwało. Zapachy – przeważnie dobre, czasem strachu. Wygląd – nie tylko od pasa w górę. Na buty się patrzyło – wiadomo… słoma.
Cały ten niewysławialny vibe.
Dokładnie wszystko to, czego nie ma przy spotkaniach wideo. Gdzie zero-jedynki do spółki z algorytmami decydują, kto ma głos. Gdzie ludzie może tam są, a może ich nie ma za tymi okienkami. Gdzie spojrzeć komuś w oczy można zależnie od jakości łącza i kamerki HD.
Ale co tam, spotkania online mają przecież swoje plusy!
Już o teleporadach lekarskich nie wspominam – Nobel za tę innowację i przełom z kilku dziedzin gwarantowany. Ale, schodząc na ziemię, można nie jechać setek kilometrów, załatwić sprawy tu i teraz. Oszczędzić czas, pieniądze, paliwo… i ubranie – tylko od pasa w górę.
Ba! Można nawet łączyć kilka spraw na raz. Siedzieć przed spa, brać udział w konferencji, być obecnym, a niewidocznym. Słuchać, będąc niesłyszanym. No bajka.
Ale ta wideokonferencja wymagała, żebym był i słyszalny, i widoczny. Dlatego – niechętnie, no co za czasy! – zatrzymałem się na parkingu, zadbałem o jakość połączenia LTE i kawę w kartonie. Po czym wbiłem się i przemówiłem.
A było… O Panie, kogo tam nie było! Prezesi PrzeWażni, Wiceprezesi NieMniej, Dyrektorzy Poważani i Kierownicy Poważni. Cały szych garnitur, a nie tylko jakaś wymięta marynarka na plecach, bo przez net nie widać.
Przemówiłem do nich, bo chyba ważne było to, co miałem do powiedzenia. Mówiłem zawzięcie i pociągająco (a katar jakiś mnie złapał).
A oni, słuchając, zamierali – pewnie w zachwycie. A im bardziej wchodziłem w temat, tym bardziej zamierali. Aż w końcu tak zamarli, że patrzyło na mnie kilkanaście nieruchomych twarzy.
– Kurwa – powiedziałem do siebie. – Połączenie mi siadło. Pieprzone wideoaudiencje. Zacięło się. JPRDL, do siebie gadam?!!!
– Nie, nie, panie Mi_, słuchamy i słyszymy pana bardzo dobrze…
– Aha, czyli się nie zawiesiło?
– Cóż, nie…


przecież to najlepszy przerywnik mobilizujacy odbiorcy, łamiący lody niczym papierosek na balkonie podczas nasiadówek 😀
PolubieniePolubienie
Kurde, nie palę, no nic… czas zacząć
PolubieniePolubienie