#szosopasta na 1150 słów, 6 minut czasu czytania.
Jest ranek, i myśli me na inne kieruję tory…
Młodzież wzięła się za sprzątanie w swoich „gawro-grajdołach”, gdyż postawiona przed stanowczym wyborem — Albo wy sprzątniecie swoje pokoje, albo ja sprzątnę was — z lekka przestraszyła się ostrzonego właśnie noża.
A ponieważ na pewno tak pokojowa bitwa nie skończy się pokojowo, to ja popiszę się tu z kolei o kolei, bo o tej porze wódki, w obecności ostrych przedmiotów, pić nie wypada.
Chcecie sprawić latoroślom lub sobie podróż życia? Taką, którą zapamiętają na zawsze i każdą komórką swego ciała? Zabierzcie ich/się/nas/siebie na włóczęgę — Pociągiem Po Europie.
Ale po kolei.
Każda podróż zaczyna się od wejścia do tej samej rzeki jedną nogą… czy jakoś tak.
W każdym razie zaczyna się od pierwszego ruchu, czyli jej zaplanowania.
I dlatego, przypadkowo, ale zupełnie tak samo jak wcześniej szlak bojowników o dżihad, poszukiwaczy hurys, krwawych, ale prawych wyznawców swych miłujących pokój bogów — szlak tej naszej majówkowej podróży wiódł przez Berlin–Londyn–Paryż–A Potem Się Zobaczy.
Czyli — co za fart — nasze ścieżki turystyczne przebiegały dokładnie tak, jak kilka miesięcy wcześniej nonsensowne zamachy terrorystyczne.
Ok, mamy (tylko nie mówcie mamie, co tu mamy) już plan podróży. Teraz bilety.
Bilety można kupować na każdy przejazd pociągiem osobno.
Lecz to jest tak zwana „masakra cenowa meksykańską piłą”.
W ramach walki o klimat i z globalnym ociepleniem, bilety kolejowe są bardzo drogie — i dużo droższe od proekologicznych samolotów — ale znane są pewne tańsze sposoby.
Kupuje się jeden bilet na całą Europę.
Tak, tak, są takie. Internet.
Jak już rozstaniemy się ze znalezioną w rowie, porzuconą przez baronów narkotykowych, od lat przyktiraną gotówką, spadkiem po dziadku milionerze, lub jak udzielą nam kredytu hipotecznego pod zastaw kilku nieruchomości i jakoś zapłacimy za bilet – przysyłają go szykownie, z książeczką do wpisywania przejazdów, mapą i całą masą innych gadżetów.
Jak już wiemy, kiedy na szlak ruszymy, to wpisujemy datę startu.
I start.
Wtedy nagle cała, CAŁA Europa stoi przed nami otworem!
Nieważne, którym otworem.
Dobrym.
Nie martwimy się już parkingiem, paliwem, spóźnieniem na odlot, odprawą bagażu, i jak z tego lotniska dojechać (co jest pod miastem, czyli 60 lub 120 km od miasta) i dostać się do centrum, oraz całą masą innych tego typu bzdur.
Nie martwimy się też terrorystami i zamachami, bo dopiero tu byli.
I już nie żyją.
Pozostaje dosłownie: „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet”, ściskając w ręku browar szroniony, patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle.
Wszystko to wygląda pięknie — wgłownie, wymownie i na papierze.
A jak wiemy — na Papieże jesteśmy w lidze światowej.
Tyle teoria, a teraz praktyka, bo trzeba to wszystko przekazać rodzinie.
M. (z „Bonda” – wyższa instancja dowodząca, w tłumaczeniu na nasze – żona), kiedy dowiaduje się, że z leżenia pod palmą, na leżaku, obok basenu, w bikini — nici… i ile to kosztuje, z aplauzem i zrozumieniem oraz podziwem kiwa głową i mówi:
– Widzisz tamto drzewo, o tam? Tak, to duże. Weź, mój drogi, dobry rozbieg i się nim, tym drzewem, puknij… w głowę. Mocniej!
Nie poszło za dobrze.
Młodzież nr 1:
– Tato, spoko, a jest net?
Trochę lepiej!
Młodzież nr 2:
– A gdzie się śpi?
Ok, idziemy w dobrym kierunku!
Kot nie był łaskaw skomentować.
W końcu, po setkach godzin rozmów, rozpisaniu wykresów, wypiciu dużej ilości różnych napojów niekoniecznie bezalkoholowych i znalezieniu opieki dla kota, ryb, żółwia i kwiatków (gdyż jednak zdecydowały się nie jechać), następuje łaskawa zgoda na projekt „Rodziny na szyny”.
Wsiada się w pierwszy pociąg jadący mniej więcej w oczekiwanym kierunku.
I już po chwili — parę godzin później — ale zaraz po przekroczeniu granicy zachodniej naszego kraju, dowiadujemy się, że:
– Pociągi są punktualne,
– Pociągi są szybkie,
– Pociągi są czyste,
– Pociągi są bezpieczne,
– Pociągi dojeżdżają do centrum miast w akceptowalnych porach dnia.
Daje to nie raz i nie dwa przejazd szybszy niż przelot samolotem z Londynu do Paryża.
Podróż owa, kolejowo-przebojowa, zaplanowana została w stylu „na Nomada”, czyli:
– Szybki przejazd szybkim pociągiem do miejsca zakwaterowania (centrum miasta niedaleko dworca).
– Zakwaterowanie w hotelu.
– Zwiedzanie, spanie, surfowanie po sieci, zdjęcia, piwo, pizza, itp. Jednym słowem — czas wolny.
A nie, to dwa słowa.
W Niemczech, jak to wszystko działa, to wiadomo.
Przypomina mi się od razu taka historyjka:
Zima, śnieżyce (tak, dzieci, kiedyś bywały takie zimy), nawalone śniegu, drogi nieprzejezdne.
Dzwoni do polskiego radia gościu i mówi:
– Jadę właśnie pociągiem, słucham was przez darmowy internet w przedziale i słyszę, że w Polsce PKP zawiesiła kursowanie pociągów z powodu ciężkich warunków zimowych. A ja jadę właśnie z Amsterdamu do Berlina DB (Deutsche Bahn). Tutaj też ostra zima i właśnie przez głośnik podali, że bardzo podróżnych przepraszają, ale ze względu na ciężkie warunki zimowo-atmosferyczne muszą zwolnić do 190 km/h…
Tak, chciałbym, żeby w Polsce tak w lecie przyspieszyli, jak w Niemczech w zimie zwalniają.
Ale dość marzeń nierealnych — wracamy na szlak.
KOLEJnego dnia, KOLEJny pociąg.
I kilka KOLEJnych godzin — w sensie, że niedużo, bo jak długo można jechać czymś, co nie jedzie, tylko leci 300 km/h?
Z taką prędkością każdy kontynent musi się szybko skończyć.
I rzeczywiście, kontynent się kończy.
Gdyż czas na wyspy.
Wsadzają człowieka na końcu kontynentu do czegoś, co przypomina skrzyżowanie pocisku z promem kosmicznym.
Sprawdzają, czy nie terrorysta, odprawiają, krzyżyk na drogę stawiają, a później piękny telewizorek informuje, że… no właśnie, właściwie to co się wtedy dzieje?
Gdyż skoro (jak informują) jesteśmy teraz pod wodą, to może płyniemy łodzią podwodną?
Ale (jak informują) jedziemy 250 km/h, to właściwie chyba lecimy samolotem?
Ale (jak informują) suniemy po torach, to chyba jednak jedziemy pociągiem?
Ok! Resumując — jadąc po torach podwodnym samolotem, 47 metrów pod dnem morza, możesz — jak Mojżesz przystępujący Morze Czerwone — udać się na drinka do wagonu restauracyjnego.
To być może wino czerwone pod morzem.
Taka przeprawa osobom o dużej inteligencji i nie mniejszej wyobraźni może siadać na głowę, dlatego właśnie jest tam ten bar z napojami.
Ale zanim się udasz po napoje, M. obok informuje ciebie i cały wagon, wymownym i niedelikatnym wbijaniem paznokci ci w ramię:
– Wszyscy tu zginiemy, WSZYSCY TU, QWA, ZGINIEMY!!! A wcześniej ja zabiję ciebie!
Młodzież ma internet, więc nie wie co się dzieje, i ma wylane (ups) na swój marny los.
Na szczęście, zanim szaleństwo, klaustrofobia i cieśnie wody opanują całe towarzystwo, po 40 minutach wynurzamy się spod morza.
Kurde, nie zdążyłeś nawet wstać, o piciu nie mówiąc.
Po „jakimś tam” czasie znowu wraca się na lewą stronę drogi. Na kontynent.
We Francji w ogóle się nie ma co przejmować prędkością i debetem na kartach kredytowych.
Tam jako maszynistów albo wariatów, albo byłych pilotów myśliwców zwolnionych z wojska za nałogowe życie na krawędzi i notoryczne przekraczanie dopuszczalnych prędkości samolotów odrzutowych.
Tu 300 km/h na szynach to standard — inaczej tego, co się dzieje za oknem, nazwać się nie da… a mniej to dla nich potwarz i obelga.
I tak to się po tych torach leci.
W ten sposób można pokazać młodzieży — i sobie — dużo ciekawego świata. I zaszczepić tego świata ciekawość, bo nawet przez filtr smartphonowy, dużo do nich dociera.
Takie podróże niezapomniane są i zostają z nami na całe życie,
bo kto po latach pamięta, w jakim hotelu all inclusive pił jakie drinki, kiedy i z kim?

Dodaj komentarz