[ #szosopasta na 849 słów, 4 minuty czytania ]
W ciągu całego długiego dnia spędzonego w aucie przytrafiło Mi_ się tyle absurdalnych i niebezpiecznych sytuacji, iż stało się jasne, że wylegli. Wrócili. Wiosna nadeszła jak cios – znienacka.
Nie zwracam już większej uwagi na te ekscesy drogowe. Nie ekscytuję się, nie przeklinam, nie opowiadam z wypiekami: „Jacy głupi ci Rzymianie!”. Nawet kawa w ręce mi nie zadrży, gdy widzę zmierzającego na czołówkę abderyto-samobójcę. Ot, zdjęcie nogi z gazu, lekko w bok i: „Zabijaj się, kretynie, z kim innym”.
Inaczej wykończyłbym się już dawno, a tak – po prostu cieszę się życiem.
Ale na przestrzeni lat dwie sytuacje spośród bardzo wielu ciut mocniej utkwiły w mej pamięci.
A w dodatku moja doskonale wykształcona – i nie mówię tu o latach ćwiczeń na siłowni – M. właśnie stwierdziła, cytując jakiegoś profesora, że instynktu nie ma! Że to jest podprogowa wiedza wynikająca z doświadczeń i takie tam…
M! No jak nie ma, jak ma?!
„Instynkt jest aktywowany w pewnych określonych sytuacjach, w odpowiedzi na specyficzne bodźce zewnętrzne. Działa on zupełnie niezależnie od nas, nie jesteśmy w stanie go ograniczać lub sterować nim”.
Dobrze wyregulowany instynkt działa szybciej i niezawodniej(?) od refleksu. I dobrze, gdyż są takie momenty w życiu, że to instynkt o tym życiu decyduje.
Pierwsza opowiastka ucieszy wszystkich miłujących zwierzęta. Jest to historia z cyklu „Zabili go i uciekł”. Może się to wydawać wątpliwe i mocno naciągane, ale… poza byciem zwyrodniałym owadozabójcą na skalę masową, to niczego (odpukać) większego nigdy nie trafiłem i nie przejechałem na drodze.
(No, chyba że w dupkę… ale to lekko i w ramach popędzenia sarenki).
Jadę sobie kiedyś drogą płaską i szeroką. Dzień był słoneczny. W pewnym momencie zostaję zwolniony z udziału w dalszych wydarzeniach przez instynkt. Będąc jedynie biernym obserwatorem zdarzeń, patrzę, żałując, że nie mam popcornu.
Głównymi bohaterami zostają: DostawCzak o prześwicie ratującym życie, pies uznanej rasy candelberry (z ang. kundelbury) i instynkt z pewną domieszką doświadczenia. Akcja była szybka, ale wypaliła się na siatkówce oka na tyle dobrze, że mogłem ją potem odtworzyć.
Jadę jak gdyby nigdy nic, gdy na ulicę, prosto Mi_ przed maskę, wbiega pies. Pewnie myślał zadumany: „O, przecież nie obsikałem jeszcze tego kosza po drugiej stronie ulicy”.
Wpakował się prosto pod koła DostawCzaka.
Szkoda psa, ale co możesz zrobić:
a) jechać prosto i przejechać psa,
b) hamować i przejechać psa,
c) odbijać do środka drogi i też przejechać owego psa.
Ale instynkt – dobrze wyregulowany, sprzężony z doświadczeniem i przeznaczeniem psa – miał inne plany na ten dzień. Gdy pies wbiegł ciut z przodu pod koła (jego karma dała mi jednak ułamek sekundy na reakcję), instynkt, który przejął w międzyczasie kierownicę, skręcił autem prosto w psa. W prawo. (Bo ten radośnie sobie biegł, nieprawidłowo, prawą stroną drogi!).
Cwany Gapa z tego instynktu, ja bym na to nigdy nie wpadł!
Dzięki temu manewrowi pies wpadł pod auto centralnie między przednimi kołami i wybiegł perfekcyjnie między lewymi bocznymi (nawet, skubany, nie zmienił wektora ciągu).
M., zanim spojrzała na mnie, spojrzała za mnie (wtedy jeszcze w aucie czujnie czuwała) i zobaczyła, że pies pobiegł sikać pod kosz.
A ja?
Wzruszyłem ramionami i zrzuciłem wszystko na instynkt.
Tak że pamiętaj: jak pies – to prosto i w prawo!
Drugim dość dobrze zapamiętanym i ciekawym wypadkiem był „Skok przez płot”.
Jadę kiedyś na luzie, ale z gazem, a chodnikiem przy ulicy idzie młodzież: lat max 10, sztuk jedna, płeć męska i też na luzie.
Gdyby chcieć analizować, co się wtedy odje…ło, to… sam nie wiem, co powiedzieć.
Idzie ten chłopaczyna i nagle sobie (zapewne) przypomina:
„O ja cię, przecież jeszcze bułki miałem kupić, a piekarnia po drugiej stronie ulicy! Mama mnie opierniczy, jak nie kupię!”.
Tu następuje charakterystyczne, nagłe odbicie z nogi zewnętrznej i od razu z wykroku wybicie na ulicę.
Rwa Qlszowa! Mi_ pod koła?!
Uwzięli się, czy co?
I znowu – gdybym to był ja, z moim po(mału)myśleniem, to bym go po prostu przejechał.
Na szczęście – dla wszystkich na szczęście – instynkt nigdy nie śpi (nie to co M., jak się niebawem okaże).
Co robi wyżej wymieniony bezsenny instynkt bezcenny? Przejmuje ode mnie stery i:
a) skręca w prawo, nauczony akcją z psem?
b) hamuje z piskiem, co nic nie daje, bo jest za późno?
Nie.
Ten przyspiesza i skręca w lewo do środka jezdni.
Chłopczyna odbija się ładnie od boku pojazdu, wraca na chodnik pouczony III zasadą dynamiki. Przypomnę:
„Jeśli ciało A działa na ciało B siłą F (akcja), to ciało B działa na ciało A siłą (reakcja) o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie”.
O Nie, Nie_Czas_Umierać, Chłopaku!
Zaraz po zatrzymaniu się pierwszy raz widziałem, jak całkiem nieduży dzieciak przeskakuje dwumetrowy murek – bez tyczki.
Tak zmykał, gdy instynkt (którego NIE MA! Ponoć…) podpowiedział mu, że spotkanie ze mną to nie jest dobry pomysł w tych okolicznościach.
I wtedy M. też nie spała, a oczy kota ze Shreka to pikuś przy tych spodkach, jakie się pojawiły w miejsce jej oczu, bławatnych przecudnej urody.
Tak że pamiętaj: jak człowiek do lat 10 – to gaz i w lewo!
Dobrze naoliwiony instynkt może dużo pomóc.
A M.? Jakoś od tego czasu dała sobie spokój z czuwaniem i jeszcze dobrze nie wsiądzie ze mną do auta, a już śpi!

No chyba, że M trzeba zawieść na dworzec a ktoś zaspał a czas nieubłaganie odlatuje….wtedy to siarczyście przemawia na koniec….
PolubieniePolubienie
I zaśnięta może siarczyście zasunąć znienacka
PolubieniePolubienie