Baśka Voda

[ #szosopasta na 1191 słów, 6 minut czytania ]

„To nie jest łzawa piosenka, ja twierdzę, że jest to piosenka optymistyczna, żartobliwa, wesoła, z akcentami humorystycznymi. W sumie uważam, że potrzeba jest nam zdrowych, wesołych, optymistycznych piosenek właśnie takich.” – Rejs

P. Murphy powiedział kiedyś mądrość, jakoś w ten deseń: jeśli coś się może spieprzyć, to się spieprzy.

Tak mu się chlapnęło, no i mleko się rozlało…

Jedynym w miarę skutecznym przeciwnikiem Pana Murphy’ego jest Pani Intuicja (czasami w jej roli występuje M.). Przemawia ona z tyłu głowy, nadaje sygnały odpowiednio wcześnie i każdy je słyszy, lecz nie każdy ich słucha…

Samopoziomujące się, pneumatyczne zawieszenie w samochodzie to fajny „bajer”. Nieważne, jaki ciężar włożysz do bagażnika, auto nie „przysiądzie” tyłem. Utrzymując nadwozie na odpowiedniej wysokości, zapewni ci wyjątkowy poziom komfortu – i to niezależnie od jakości nawierzchni. Owszem, są minusy.

Gdy nie działa, to jedziesz jak na desce furmanki o drewnianych kołach, na nieutwardzonej drodze galicyjskiej wsi, ale… dlaczego by miało nie działać? Naciskasz guzik na pilocie i zanim podejdziesz, auto odblokowuje drzwi, wyłącza alarm, poziomuje się i – gotowe do startu – czeka, radośnie błyskając kierunkami.

A to wszystko korzystając jedynie z energii akumulatora. Taka wygoda: wsiadasz i masz.

No, dość teoretyzowania, czas ruszać.

Mimo że to tylko zwykły wyjazd na Bałkany, jakich odbyło się już wiele – na camping, bo dzieci lubią campingi – żadne tam wyzwanie a’la Le Mans 24, to jednak jak nie ruszysz, to nie dojedziesz.

– Czy mi się zdaje, że coś długo… dziwnie chyba… ciut za długo, z mozołem bucząc pompą, wtłaczając pod dużym ciśnieniem powietrze do miechów, zawieszenie w naszym pojeździe go poziomuje? Może by to sprawdzić? – zapytała czujnie p. Intuicja przed wyjazdem.

– E, nie, chyba raczej nie sądzę! – odpowiedział jej p. Murphy. – To złudzenie, jesteś zafrasowany innymi sprawami, ignoruj, przecież działa, c’nie? Nie można się przejmować każdą pierdółką, człowiek by z domu nie wyszedł w obawie, że się mu niebo zwali na głowę. Przecież się poziomuje, tak czy nie? Ignoruj tę Panią, zawsze panikuje!

Pierwsza część drogi wiodła przez góry, bocznymi szlakami, poprzez pofałdowany, leśny krajobraz typu „Uwaga Rysie”.

Nie mogłem zbytnio skupić się na urokach fauny i flory, gdyż szeroko zakrojony plan budowy i remontów dróg w te miejsca jeszcze nie dotarł. Mimo pełnego skupienia na asfalcie, zaliczyłem chyba każdy krater, szczelinę, wyrwę i ubytek tych nawierzchni niepierwszej świeżości.

No, nie ja – zawieszenie zaliczyło, ale przecież właśnie od tego ma się doskonałe samopoziomujące i pneumatyczne! Właśnie po to, żeby sobie głowy nie zaprzątać i zapewnić komfort podróży na takie okoliczności.

Tymczasem zrobiło się ciemno.

Kto jeździł z dziećmi, ten wie – noc to najlepszy czas.

Chyba było sporo tych kraterów, gdyż kilkaset km dalej, podczas pierwszego postoju kawowego, przy uruchamianiu procedur startowych auto wyraźnie mniej raźnie, coś jak ja przy wstawaniu z kanapy, podnosiło się do poziomu.

Pojazd błysnął do mnie kierunkami z jakimś takim lekkim wyrzutem, pobuczał poziomowaniem jak zwykle – może ciut ciężej – jednak, zwycięstwo! Rozprostował kości, jedziemy dalej.

Dojechaliśmy na campingowe namiotowisko, które dzieci bardzo lubią, bo to namioty, blisko przyrody, wody, świeżego powietrza i w ogóle… A samochód jest energetyczno-logistycznym centrum całego taboru.

Naładować tablet, wyciągnąć coś z bagażnika, doładować komórkę, schować coś do auta, „ach, zapomniałam pompki do materaca”, weź wyjmij jeszcze talerzyki… wszystko opiera się o pojazd: otwórz-zamknij-gdzie są kluczyki.

Dodatkowa, bezpłatna porada: na każdy wyjazd powyżej 200 km bierzemy też zapasowe kluczyki – bez dyskusji.

A auto, jak wierny pies – najlepszy przyjaciel dziecka – za każdym razem: mrugnięcie, odryglowanie, poziomowanie, mrugnięcie, odryglowanie, poziomooowanie… mrugnięcie, odryglowanie, poziomooooooowa…

Nie, już nie.

Gdy rano wyczołgałem się z namiotu, próbując przełamać opory psychiczne oraz szukając argumentów do kolejnego polskiego powstania po nocy na miękkim materacu, zobaczyłem go (pojazd, nie psa) przekrzywionego, pochylonego na bok jak rybacka łódź podczas odpływu, oklapniętego na tył.

Na zdalną komendę z kluczyka tylko w przeciągłym jęku mrugnął kierunkami i już więcej się do mnie nie odezwał.

Foch?

Nie, to akumulator padł.

W sumie? Cóż, trudno się dziwić – to nie terminator na atomowych ogniwach przyszłości.

Po szybkiej szwedzko-niemiecko-polskiej konsultacji campingowej w gronie fachowców ustalono:

Po primo – odpali się na kable.

Po secundo – potem się go pochwali.

Po tertio – weźmie się na przejażdżkę, by w trakcie jazdy doładował swoje morale i akumulator do pełna.

I szlus.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy po odpaleniu i kilkunastu sekundach pięknej, radosnej pracy jego 3-litrowego serca niespodziewanie gasł.

I tak za każdym razem z tych kilkunastu prób, które się odbyły, póki o mało co nie rozładowaliśmy przez te kable akumulatora Niemcowi.

I szlus.

Nie, on dzisiaj sam nie pojedzie!

Ale od tego właśnie ma się ubezpieczenia!

Właśnie po to się płaci horrendalne kwoty, mimo że i tak mocno zrabatowane za bezpieczną i bezwypadkową jazdę oraz znajomości z panią Izą.

Po dodzwonieniu się (roaming) do Polski (ubezpieczyciel), skąd zadzwoniono na Węgry (najbliższy agent z UE), które oddzwoniły na Bałkany (ja, poza UE), po wymianie uprzejmości, numerów polis oraz możliwych opcji stanęło na tym, że:

1. Najbliższy warsztat, który może się tym zająć, jest 100 km stąd.

2. To nie problem, laweta jest 50 km stąd.

3. To też nie problem, ale:

4. Jest sobota… i

5. Jest pan, panie Mi_, na wyspie.

Ojacierpiędolę, faktycznie!

I to jest problem.

Stanąłem jednak na wysokości swoich negocjacyjnych umiejętności, łamanym wielojęzycznym polsko-niemiecko-węgiersko-angielsko-brailem, którego sam chwilami nie rozumiałem, popartym błaganiami na kolanach, powołując się na biedne dzieciątka, które gdzieś tam samotne w namiocie (a sztorm idzie, mimo że niebo bezchmurne i 40-stopniowe upały), serwis autoryzowany zgodził się nas przyjąć.

Po godzinach, w sobotę, na podwójnych stawkach, w dodatku z dodatkiem ekspresowym plus szkodliwe.

Kilka nerwowych kaw później padła diagnoza fachowca:

„Ciągłe otwieranie auta powodowało jego poziomowanie, które nie mogło się udać, gdyż miech w lewym tyle, mocno zużyty, lekko pękł. Jak Nefretete.

Uparte próby rozładowały do zera akumulator, a z powodu całkowitej utraty zasilania, przez to i zmysłów, uszkodzeniu uległ autoalarm, który po odpaleniu auta (na kable) nie wrócił już w pełni do zmysłów.

Przeczuwając w swojej autoalarmiej paranoi poprzestawianych zer i jedynek, że próbujemy ukraść największego przyjaciela dzieci, których miał strzec, odcinał uparcie dopływ paliwa i wszystko co się da.”

Po doprowadzeniu do przytomności alarmu, doładowaniu akumulatora, nienaprawieniu miecha i oddaniu jednej nerki w celu uiszczenia opłaty za naprawę oraz uspokojeniu rodziny mechanika, co na obiad w sobotę nie wrócił, pozostało już tylko… hmm… wrócić tą furmanką tych kilka tysięcy km.

W trakcie triumfalnego powrotu p. Murphy zatarł rączki i, co nikogo już nie zdziwiło, zastały nas takie ulewy, że zalany centralny komputer (chyba po to, żeby autoalarm nie czuł się samotny) zgłupiał całkowicie i nie odzyskał już kontaktu z rzeczywistością, skutecznie bojkotując wszelkie próby ustawienia klimatyzacji czy radia.

Złapanie gumy w oponie typu runflat oraz mandatu za przekroczenie 30 km/h gdzieś w zupełnie pustym terenie zabudowanym austriackiej, w pełni zalanej, uroczej pseudomieściny były już tylko drobnymi dodatkami.

Ale się zawziąłem i wróciliśmy. Wróciliśmy cało. Na koniec pozostało już tylko wymienić miech i kręgosłupy, komputer, akumulator, wszystko to zaprogramować w autoryzowanym serwisie i u rehabilitanta oraz zapłacić rachunek roamingowy za konsultacje miedzyplanetarne.

Co też bez problemu zrobiłem, gdyż miałem jeszcze drugą nerkę w zapasie.

Słuchajcie się p. Intuicji, czasem trzeba się wsłuchać mocniej i zacząć jej wierzyć, na poważnie, gdyż pan Murphy nie próżnuje, czając się za rogiem, nie omieszka skorzystać z okazji, żeby nam dokopać.

Panie Murphy? Słyszysz ty mnie? Wal się gnoju! 🙂

2 myśli na temat “Baśka Voda

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑