Sz.Sz.

#szosopasta na 738 słów, 4 minuty czasu czytania

— Do tego zadania, mimo że z pozoru proste — ale od razu mówię, niełatwe — wybraliśmy pana… — tu, żeby się nie pomylić, zerknęła na doskonale podrobioną wizytówkę — …y… SzosaMi z Go-Ke San, gdyż polecono nam pana w Gildii OldMotorHeadówStarychZgredów.

Po odrzuceniu wielu kandydatów, a po rentgenowskiej analizie pana przeszłości, dokonań, sprawdzeniu rekomendacji, przeglądnięciu stanu uzębienia, jakości wody w akwarium i zapoznaniu się z dowodowym materiałem filmowym — o dziwo — ze wszystkich freelancerów specjalnej troski spełnia pan dokładnie te warunki, które są nam potrzebne. Jest pan punktualny jak zegar atomowy z Mannheim, niezawodny jak stary radziecki sierp, przedsiębiorczy jak Gutenberg, ale — co najważniejsze — nie odzywa się pan nieproszony i był pan szkolony w arkanach pradawnej, trudnej sztuki savoir-vivre…

…Milczałem.

— Pana zadanie, panie z Go-Ke, polegać będzie na odbiorze z lotniska naszego gościa. Bardzo ważnego gościa. Gościa, który w końcu, po piętnastu latach starań, po raz pierwszy zgodził się pokazać publicznie…

I to właśnie na naszym festiwalu — pana Sztefana Szulce, rodem z Salzburga. Zwanego „TrzyGie” Gdyż Geniuszu, Guru, Gigancie.

Tu musiała na chwilę wyjść, żeby przewietrzyć olśniony mózg, dotlenić twarz, nie zemdleć z wrażenia.

…Czekałem.

Gdy, zataczając się z lekka na szpilkach, którymi można by razić wrogów na odległość, wróciła, kontynuowała:

— Ten eksperymentator taśmy, mistrz montażu i arcyreżyser, to Kurosawa dokumentu, Spielberg Odrodzonego Kina Nowego Frankfurtu, Tarantino 8 mm. To Francis, Ford i Coppola w jednym!

Wybrano pana, panie Szosa-Mi, żeby punktualnie odebrać, precyzyjnie przetransportować i niezawodnie dostarczyć Legendę — dodam: żywą, jeśli można prosić!

To bardzo płochliwy Człowiek Mit. Postać, która stworzyła takie dzieła jak „Mój warsztat w Karl-Marx-Stadt”, „Mein Bruder macht Puder” czy legendarne, nagrodzone wszystkimi dotychczasowymi i przyszłymi, jeszcze niewymyślonymi nagrodami — „Wehrmachtnachrichtungenverbindungen”. Ale pewnie panu one nic nie powiedzą.

…Nic nie powiedziały.

Twórca dzieł tak zaangażowanych — kontynuowała z emfazą — tak głęboko uderzających w człowieka, tak wnikających we wnętrze, że już po pierwszych seansach wprowadzono nakaz okazywania przed projekcją aktualnych badań lekarskich i psychiatrycznych, honorowanych jedynie od kilku specjalistów na całym świecie. Najnowsze jego dzieła, tworzone gdzieś na rubieżach cywilizacji — a niektórzy twierdzą, że już poza planetą — kiedy się pojawiają, są krokiem milowym w całej światowej kulturze. Wpływają na gospodarki, potrafią obalać rządy i wzniecać rewolucje!

I tu uwaga, panie Szosa — Sz. Sz. jest on osobą niezwykle delikatną, człowiekiem zmanierowanym, wnikliwym obserwatorem, czułym na najmniejsze szczegóły detalistą. Dlatego nie możemy sobie pozwolić, i pan, panie Mi, razem z nami, na najmniejsze nawet uchybienie.

Że tak rzucę z japońska: Zro — Zu — Mi — Ano?

…Kiwłem głowom.

No, może tak. Ja tam się nie znam.

Daj mi młotek, a wbiję gwoździa. Ale co prawda to fakt, w tym wypadku muszę przyłożyć się bardziej z wyborem tego młotka.

Zadziałać bez ostentacji Bentleya czy innego Rollsa. Szulce to gocki reżyser EksperymentaThor Nowej Fali Etiopskiego Undergroundu. Z różnych względów angielskie czy niemieckie wozy mogą mu nie pasować. Jakieś Maybachy czy JaguaroMaseratiPorscha odpadają — nie możemy zbytnio przyciągać uwagi.

Padające w ilościach hurtowych omdlałe fanki mogłyby zakłócić marszrutę.

Muszę mieć wóz odpowiednio wygodny, a przy tym zwrotny, szybki i gibki. Dystyngowany, ale w. Dlatego do tej ważnej misji wybrałem Lexusa LS, gdyż super on jes. Fest.

To flagowa limuzyna Lexusa, ich najbardziej luksusowy model, coś jak odpowiednik Mercedesa Klasy S, BMW serii 7 czy Audi A8.

Ponieważ od początku był wizytówką Lexusa, pokazując światu, i czym dla Japończyków jest luksus, perfekcją wykonania, subtelnością i dążeniem do harmonii — uznałem, że może się nadać.

Mister Szulce jest osobą skrytą jak Pawłowicz po spożyciu bukietu na dzień kobiet i płochliwą jak kierowca po 12 godzinach jazdy nonstop, a do bagażnika go (tym razem) wsadzał nie będę… LS mu spasuje.

Nie jest to auto dla tych, którzy chcą krzyczeć o swoim statusie. To maszyna dla tych, którzy nie muszą nic mówić. …Nie dla mas, dla nas, w sam raz. No i ma całe to Omotenashi — japońską sztukę gościnności, projektowaną tak, by przewidywać potrzeby pasażera i kierowcy, zanim oni sami o tym pomyślą — i shibumi, czyli dyskretną elegancję.

Cokolwiek to znaczy.

Brak przesady, zero tandety, mistrzostwo wykończenia, jakość na poziomie rękodzieła i miecza samurajskiego własnej produkcji. I Kioto prosto z Tokyo, czyli masaże z podgrzewaniem, wentylacją, elektryczną regulacją niemal wszystkiego, co siedzi w człowieku, który na tym siedzi. A tapicerki z jedwabiu i skóry najwyższej jakości — domykają tego dzieła.

Nasz Kosmita będzie kontent z tego kontentu.

Jasne, czułbym się pewniej w jakimś modyfikowanym dla Bonda BMW 7, z systemem wyrzutni rakiet, przecinakiem rozciągniętych przez fanów stalowych lin, czy antywłamaniowymi szybami których nie sforsuje żadna fanek banda. Albo chociaż BMW R1200C by, jak z Wai Lin śmigać wąskimi zaułkami przed Nachalnymi!

Ale nie tu — ta misja wymaga innej klasy, finezji i jakości, a nie brutalnych pościgów, zwycięskich bijatyk czy innych ekwilibrystycznych driftów z przesadnym cięciem zakrętów przy „dwieście lewy tnij”.

„Tylko pamiętaj, panie SzosaMi — cicha kultura!

Płacimy panu zdecydowanie zbyt wygórowane wynagrodzenie za: 1. punktualność
2. profesjonalizm
3. bezpieczeństwo
ale głównie — nie wykłócając się o termin płatności — za milczący najwyżej klasy savoir-vivre.” Sztefan Szulce to odludek, eremita, introwertyk, którego łatwo spłoszyć!

A nie chcemy go spłoszyć. Tak? Nie chcemy, żeby po piętnastu latach nieobecności poczuł jakikolwiek dyskomfort — cały czas w głowie brzmiały mi słowa managerki tego przedsięwzięcia.

— Spoko, nie ma przecież problemu. Mi się ma zachować, mi się to podoba — uspokoiłem ją, i siebie, w duchu.

I milczeniu.

Kiedy nadszedł czas działania a ja z cichym szumem opon, bezgłośnie — żeby nie spłoszyć gołębi i Szacownego Sz. — punktualnie, do tysięcznych sekundy,

podjechałem do krawężnika, Sztefan Szulce, w eleganckim trenczu, elegancko podszedł pod eleganckie drzwi eleganckiego hotelu.

Wysiadłem by uchylić mu nieba i odrzwia wielkości wrót hangaru lotniczego mego megapojazdu, a kiedy podchodził, oddając głębię szacunku (w japońskim stylu) ukłoniłem się nisko i, chcąc, by poczuł się jak w domu, radośnie przywitałem znamienitość w jego ojczystym języku:

— AUF WIEDERSEHEN!

2 myśli na temat “Sz.Sz.

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑