Dzień mamy

#szosopasta na 411 słów, 2 minuty czasu czytania

Były kiedyś czasy ciut bardziej analogowe niż teraz.
Człowiek miał wtedy bandę kumpli, ale nie miał smartbandy cyfrowych urządzeń spiętych ze sobą aplikacjami gdzieś tam w chmurach.
Niestety, sam wtedy musiał pamiętać o odwiedzaniu, nawadnianiu, krokach, siedzeniu, wstawaniu, spaniu, zamykaniu pierścieni i że ma oddychać.
I pamiętał.
I to jak!

Na ręce nosiło się zegarek analogowy, tzn. kwarcowy z siedmioma melodyjkami, a powiadomienia z FB, Instagrama, Messengera, e-maila, Twiterra, Mastodonta, TvAppla, Alexy, Alexa i Aleksieja przychodziły rzadziej.
Nigdy nie przychodziły.

W głowie, a nie w ręce, miało się pamięć operacyjną RAM (Raczej Aktualnie Myślę) i masową — HDD (Ha, Dawno wieDziałem).
Do obsługi powyższego myślenia służyła istota szara, a nie wielogodzinnie wymanicurowany albo obgryziony wyimaginowanymi problemami nowoczesności kciuk.

Pamięć i wiedza były niezależne od pojemności baterii i stopnia jej naładowania.
I człowiek pamiętał — nawet numery telefonów — i to wszystkie dziesięć, w tym swój.

Wtedy w ogóle się działo — bez ustawek pod insta i nagrywania na TikToka — i nie wiem, jak ludzkość to przetrwała.
Ludzie wychodzili z domu bez telefonu i jakoś cało, chyba cudem! z połamanymi hokejkami, ale wracali.
Na koncertach nie filmowali jak leci, żeby to na spokojnie w domu obejrzeć, a i tak do teraz pamiętają, gdzie byli i czego słuchali.
Zamiast dwóch tysięcy znajomych miało się ich ośmiu, a mimo to człowiek nie czuł się samotny.
I najlepsze(!) — w knajpie, zamiast w ekrany, patrzono się na siebie i potrafiono nawet ze sobą o czymś sensownie pogadać.

Tak, tak, człowiek miał wszystko jakoś ogarnięte i o wszystkim pamiętał, bo musiał myśleć sam — wgłownie — nie mógł polegać na apce, esemesie przypominającym, wiadomości push ani innych smart systemach.
Jeśli lało, to i bez alertów RCB przewidująco brał parasol.

Jak jechał sobie wtedy taki jeden człowiek szosami w trasę, nucąc pod nosem melodie z radia radiowego — nieinternetowego — typu Radio Małopolska Fun, swobodnie i spokojnie dumał nad otaczającą go rzeczywistością.
Mógł się skupić na mniej istotnych teraz elementach podróży, czyli na drodze, bo nie musiał ogarniać nawigacji, Janosika, smartphona, smartwatcha, wideorejestratora, trzech ekranów z nastawami fotela, klimatyzacji, poziomu nawiewu, ustawień kolorów ambient, systemu entertainmantu z tyłu i około 400 innych równie istotnych danych, bez których teraz to za róg ulicy — po fajki — pojechać strach.

I kiedy tak sobie jechał, nagle, z krzaków wychylał się umundurowany lizak, na końcu którego przeważnie lokowała się POLICJA
(Poszukiwacz Okoliczności Licznych Inkasacji Cennych Jednostek i Aktywów).
I zaczynał się dialog:

— Dzień dobry, kontrola drogowa, proszę przygotować dokumenty do kontroli.
— Dzień dobry. Prosz… Wszystko w porządeczku mamy!
— Gaśnicę mamy?
— Mamy!
— Trójkąt mamy?
— Mamy!
— A aktualne badanie techniczne mamy?
— O kur… de. Zapomniałem.

2 myśli na temat “Dzień mamy

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑