Błyskawica

181/365 #szosopasta na 1050 słów, 6 minut czasu czytania.

Licentia poetica na podstawie różnych przeczytanych źródeł

Tojo i jego tępa ekipa cesarskich doradców powiedziała mu mniej więcej coś takiego:
– Yamamoto, może byś pojechał i zabezpieczył nam Pacyfik? Wiesz, potrzebujemy wygodnej drogi morskiej, szerokości jakichś piętnastu tysięcy kilometrów, żeby zrealizować nasz mały planik – podbicia Ameryki. Jedź, działaj, a my w tym czasie wysprzątamy Chiny. Ok? Wykonać natychmiast.

Admirał Isoroku Yamamoto, sumienny sługa cesarza, zastanowił się dobrze nad całą sprawą i zaczął od wysadzenia Pearl Harbor w powietrze.
Tak, kiedyś to było… ale to już chwalebna przeszłość. Teraz, kiedy Japonia z niewiadomych powodów przegrywa kolejne bitwy, Yamamoto wsiada tuż przed wschodem słońca do Mitsubishi G4M, a pochwa jego miecza wali o framugę wąskich drzwi. Sprawa wygrania tej wojny jest już przegrana.

Ponieważ G4M to bombowiec, pierwszy i drugi pilot tłoczą się w kokpicie nad rurowym kadłubem. Nos samolotu wieńczy kopuła z zakrzywionych belek jak południki i równoleżniki globusa, a przestrzenie między nimi wypełniają grube szyby.

Isoroku gramoli się na górę do tej szklarni i przypina pasami w miejscu, z którego ma doskonały widok przez okna. Obie „Betty” (Jankesi nazywają ten typ „Betty” – ale oni kobiecymi imionami nazywają nawet własne samoloty! Ech, wieśniaki. Gdyby mieli miecze samurajskie, pewnie ozdabialiby ostrza lakierem do paznokci) – jego i admirała Ugaki – startują.

Po jednej stronie mają Port Simpsona, jedną z najlepszych przystani na Pacyfiku, a po drugiej, za wzgórzami, leży Morze Bismarcka. Gdzieś tam, w rozbitych wrakach transportowców, spoczywają tysiące ciał japońskich żołnierzy.

I tak cały czas, prawie od roku – od samego Midway, kiedy to Amerykanom nagle odechciało się łapać w starannie przemyślane pułapki Yamamoto i nabierać na jego szturm w stronę Alaski. Przypadkiem wysłali wszystkie ocalałe lotniskowce prosto na zmierzającą do Midway flotę inwazyjną.

A teraz te niechlujne, śmierdzące wieśniaki zatapiają wszystkie transportowce, jakie armia wysyła na Nową Gwineę. Cholera jasna! Ich samoloty zwiadowcze są dosłownie wszędzie – zawsze pojawiają się we właściwym miejscu, o właściwym czasie.
Skąd to wszystko wiedzą? Pewnie na tych najbardziej bezludnych wysepkach aż roi się od ich obserwatorów. Znają wszystkie ich ruchy!

Para samolotów leci na południowy wschód, ponad czubkiem Nowej Irlandii, i wkracza na Morze Salomona. Przed nimi, dwa tysiące metrów poniżej, rozpościera się archipelag Wysp Salomona – postrzępionych, zielonkawych garbów wystających z parującego oceanu. Parę mniejszych garbków, a potem jeden większy – to cel lotu: Bougainville.

Yamamoto musi zamachać flagą, zrobić parę inspekcji, olśnić żołnierzy z linii frontu blaskiem chwały i podbudować morale.

Podchodzą do bazy lotniczej marynarki w Bougainville – zgodnie z planem – o 9:35.
Kiedy nad nimi przelatuje jakiś cień, admirał unosi głowę i widzi sylwetkę myśliwca eskorty – ale jest on zupełnie nie na miejscu i niebezpiecznie blisko. Co to za kretyn?

Nagle pilot wchodzi w lot nurkowy. Zielona wyspa i błękitny ocean zawirowują. Nad nimi błyska jeszcze jeden samolot, zagłuszając rykiem silnika oba silniki Betty – choć to ledwie czarny błysk, jego dziwny zarys, z rozwidlonym ogonem, pozostaje w pamięci.

To P-38 Lightning!
Kiedy admirał Yamamoto ostatni raz sprawdzał, japońskie lotnictwo nie miało na stanie ani jednego.

Przez radio dobiega głos admirała Ugaki z drugiej Betty, tej z tyłu – rozkazuje pilotowi Yamamoto pozostać w szyku. Admirał nic przed sobą nie widzi – tylko fale rozbijające się o brzeg Bougainville i ścianę drzew, która rośnie w oczach, kiedy samolot traci wysokość.

Dziwne, ale właściwie teraz ta dżungla znajduje się nad nimi. Mimo że jest z marynarki, a nie z lotnictwa, to wie nawet on, że w walce kołowej, kiedy nie widzisz przed sobą żadnego samolotu – znaczy to, że masz przerąbane.

Z tyłu tryskają czerwone strumienie pocisków, żłobiąc dżunglę pod nimi. Betty zaczyna się gwałtownie trząść. Potem kąciki oczu zalewa żółty blask – palą się oba silniki.

Lotem koszącym wpadają w las. Yamamoto jest zaskoczony, jak daleko zdołali ulecieć, nie zderzając się z niczym. Potem pnie mahoniowców rozwalają samolot na części i wie, że to już koniec.

Przeszklony nos rozpada się w drobny mak, południki i równoleżniki gną się i łamią – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo tuż za nim nagle buchają płomienie.

Kiedy jego fotel znienacka odłamuje się od szczątków gondoli i wylatuje w przepaść, chwyta za miecz, nie chcąc zhańbić się porzuceniem świętej, pobłogosławionej przez cesarza broni.

I kiedy koziołkuje przez dżunglę niczym meteor – palą mu się włosy i ubranie – wciąż ściskając klingę przodków, nagle zdaje sobie sprawę:
Amerykanie musieli dokonać rzeczy niemożliwej – złamali wszystkie ich kody!

To tłumaczy Midway (w czerwcu 1942 admirał Isoroku Yamamoto dowodził z pokładu Yamato zakończoną katastrofalną klęską Japonii bitwą pod Midway, która była początkiem ich przegranej), Morze Bismarcka, Jayapurę… To tłumaczy wszystko!

A zwłaszcza wyjaśnia, dlaczego Yamamoto – który powinien teraz popijać zieloną herbatę w przerwach między nauką kaligrafii – dlaczego on, w rzeczywistości, pali się i leci przez dżunglę w fotelu z szybkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, ścigany przez kilkanaście ton płonącego żelastwa.

Chciałby to nagłe olśnienie komuś przekazać! On musi to przekazać!
„Trzeba zmienić wszystkie szyfry” – to właśnie myśli, lecąc głową naprzód, prosto w pień trzydziestometrowego Octomelis sumatrana


Admirał Isoroku Yamamoto zginął 18 kwietnia 1943 roku w wyniku zestrzelenia jego samolotu przez siły alianckie podczas II wojny światowej.

Cztery dni wcześniej amerykański nasłuch radiowy przechwycił pewną ultraważną depeszę nieprzyjaciela o jego planowanej podróży – i nie był to przejaw sabotażu czy błąd japońskich radiotelegrafistów. Amerykanie (o czym admirał dowiedział się… zbyt późno) od dawna byli w stanie odczytywać znaczną część depesz nieprzyjaciela.

Był to element ściśle tajnej operacji kryptograficznej: ULTRA.
Gdy 13 kwietnia 1943 roku stacja na Alasce przechwyciła depeszę NF131755, kryptolodzy szybko zdali sobie sprawę z wagi odcyfrowanej wiadomości – Japończycy podawali bowiem dokładny czas oraz trasę przelotu Yamamoto, określając także typ i ilość maszyn, które miały mu towarzyszyć.

Podstawowym problemem tej operacji była odległość, jaką miały pokonać myśliwce, by przeciąć drogę wyprawy Yamamoto. Najbliższa amerykańska baza lotnicza znajdowała się na Guadalcanal – zbyt daleko, by amerykańskie samoloty mogły dopaść Japończyków bez lądowania i dodatkowego tankowania.

Dlatego admirał Halsey zwrócił się z prośbą do wiceadmirała Marca Mitschera, dowódcy lotnictwa na Wyspach Salomona, który miał do dyspozycji świetne P-38 Lightning.

Pamiętajmy, że Amerykanie musieli koniecznie zadbać o bezpieczeństwo operacji łamania japońskich kodów. Dlatego w ramach dezinformacji co jakiś czas wysyłali nad Bougainville swoje myśliwce, chcąc przekonać przeciwnika, że zestrzelenie Yamamoto było dziełem przypadku, a nie zaplanowanej operacji.

Mało z tym – uczestniczący w operacji piloci zostali też odesłani do USA, gdyż dowództwo obawiało się, że w przypadku wzięcia do niewoli amerykańscy piloci mogą zdradzić tajemnicę przechwycenia japońskiej depeszy, dekonspirując tym samym ogromną operację dekryptażu.

2 myśli na temat “Błyskawica

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑