185/365 #szosopasta na 767 słów, 4 minuty czasu czytania.
Jechałem onegdaj z jednym gościem. Jechałem i milczałem, co może wydawać się dziwne, ale czasami przychodzi mi z łatwością. Mam wtedy czas, żeby wymyślać to, co potem tu zrzucam na bezbronnych i niegotowych na wszystko czytelników.
Ja milczałem, on milczał, i tak – ciche mijały nam kilometry, gdyż są ludzie, z którymi wymowniej się milczy niż mówi. Kiedy dwóch takich się zejdzie, to cisza – nawet godzinami – nie kłuje, nie przeszkadza i nie doskwiera. Oczywiście pod warunkiem, że jest COŚ między nimi.
Bo co to jest NIC? „Nic” to jest flaszka na dwóch!
Trasa długą była, ale połykaliśmy ją – kilometr za kilometrem – sprawnie, konsekwentnie i ze swadą. Znaczy się – ja połykałem, bo to ja wiozłem wiezionego.
W pewnym momencie, kiedy pochłaniałem przestrzeń łakomie jak Słowokomczuchy słowa, jadąc lewym pasem, nagle, bez refleksji i widocznego powodu – zwolniłem. Wykorzystując 140 km na ha i związane z tym opory powietrza, korzystając z doskonałego układu hamulcowego, świetnie wentylowanego dzięki dziurom wyżartym w tarczach – przyhamowałem.
Po sekundochwili – ale nie takiej jak na filmach, gdzie każdy ma swoją osobistą prędkość i dowolnie ją sobie zwalnia lub przyspiesza, tu dla wszystkich jednakowo szybkiej – auto jadące prawym pasem zajechało mi drogę. Dodam, że zajechało bez zbędnej refleksji, patrzenia, komunikacji, informacji i bez kierunkowskazu.
Zatrąbiłem ostrzegawczo – kiedy energia silnika poszła na produkcję decybeli, a pół-hiperboliczne łany zbóż w promieniu trzydziestu kilometrów położyły się na ziemi – i setki kilometrów dalej, na północ, szwedzki rząd, wciąż z dzwonieniem w uszach, wystosował notę protestacyjną do ambasadora. Przez wiele dni na plaże Bornholmu fale wyrzucały martwe delfiny i wieloryby, a w przepływających nieopodal amerykańskich okrętach podwodnych trzeba było odesłać na rentę inwalidzką krwawiących z uszu operatorów sonaru.
Jednak gdybym – czymś wiedziony – bezwiednie wcześniej nie zwolnił, byłby problem. Może nawet duży.
Cała akcja sprowokowała lekkie uniesienie brwi i krótką wymianę zdań typu:
– Skąd wiedziałeś, że tak zrobi?
Zadumałem się nad tym… Bo… skąd wiedziałem?
A skąd mam wiedzieć skąd?
Ciemna materia i ciemna energia to trudne do pojęcia, niewidzialne formy, które – wedle współczesnych założeń – stanowią około 96% masy Wszechświata, zostawiając ledwie 4 procenty dla „zwykłej”, rozpoznanej przez nas materii i energii, która tworzy gwiazdy, planety i wszystko, co możemy bezpośrednio obserwować – no i wiedzy o tym wszystkim.
Bazując na powyższym: w sumie… to, co my tam wiemy?
Coś poinformowało moją podświadomość. Może to neurofotoreceptoreplotyka, praktyka, albo jakieś inne podprogowe bodźce, z których nasz umysł nie zdaje sobie sprawy – lub, bo choć poprzez fotony i nerwy wzrokowe widzi – to jednak potrzeby już nie widzi ta nasza świadomość, aby nas o tym informować?
Pijany zawsze wróci do domu, ale nie zawsze wie jak.
Jak wyjaśnić to, że zanim tamten gość z prawej wpadł na pomysł, żeby bezpardonowo zajechać mi drogę – ja już o tym wiedziałem? Z wiedzą o Wszechświecie na poziomie 4% – cóż można wiedzieć i powiedzieć?
Może to była jakaś inteligencja emocjonalna, doświadczenie lub tak zwany Uj Wi Co, Ciemna moja Masa, albo Energia jakaś?
Albo wiem! To splątanie kwantowe, albowiem te kwanty będąc w wielu miejscach i stanach naraz, plączą się wszędzie i ciągle jak chcą.
Po tej akcji współpodróżnik zamilkł już permanentnie, a kiedy po wielu godzinach fizjologiczno-filozoficznego milczenia dojechaliśmy na miejsce, odezwał się na odchodnym:
– Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak jeździł. Pierwszy raz od wielu lat, jadąc jako pasażer, nie kierowałem i nie wciskałem hamulca razem z kierowcą!
Ludzki mózg jest niezgłębionym kłębowiskiem energii. Strzelam z łuku z lewej ręki, rzucam nożem prawą, ale piszę obiema tak samo – równie krzywo, koślawo i z takimi błędami, że całe rzesze polonistek latami przechodziły za wcześnie na za długie zwolnienia lekarskie, a prokuratury całego świata prowadziły z tego tytułu śledztwa przeciw mnie – za znęcanie się i zbrodnie przeciw ludzkości.
A imiona zapamiętuję kolorami (i nie ma się co śmiać – są tacy, którzy potrafią tańczyć o architekturze).
Ciągle wychodzi przezabawnie, kiedy nie odróżniam Damiana od Daniela, a tego od Dawida. Dla odmiany doskonale mieszam w wazach… wyrr… wyrazach!
I kiedy trzeba – znaczy się ciągle – używam w pełni słownika niepoprawnej polszczyzny: „Wersja druga, poprawiona, Kurwa!”
Ongiś miałem w pracy za „kolegę” takiego oślizgłego typka. Mały, milczący i w nieładzie (wszelkie podobieństwa z kimkolwiek niezamierzone – pewnie wielu jest takich). Czułem podświadomie, że coś z nim jest nie tak. On nie lubił mnie, a ja go vice nie wersal.
Aż kiedyś – kiedy po raz kolejny niemilcząco, za to dobitnie i znacząco, używając pełni polskiego języka, mocno z akcentem na uja, dolę i bać coś skomentowałem – wyraził swoje niezadowolenie z mojego niezacnego zachowania.
Wtedy sobie przypomniałem… Nie, nie jego imię.
Kolor jego imienia – taki podobny do beżowo-łazienkowego – a przy tej okazji napis, który ktoś, kto długo i zatwardziale robił okupację ubikacji, po sobie zostawił.
Chyba szło mu tam do dupy, skoro miał czas, by wyryć na drzwiach swym wiernym karambitem napis:
„Lepiej być człowiekiem, który głośno przeklina, niż małym, cichym skurwysynem.”

bingo
PolubieniePolubienie
Coś wygrałem?
PolubieniePolubienie