186/365 #szosopasta na 896 słów, 5 minut czasu czytania.
Śledzimy jego przygody przez dekady.
Podziwiamy, jak z drinkiem w jednej ręce, obejmując piękną kobietę drugą i strzelając celnie bez celowania trzecią, rzucając w przerwach arcyśmiesznym gagiem, zabija celną ripostą największego wroga.
Po czym, ograbiwszy go z wygranej w bakarata, odjeżdża, z lekka i krzywo uśmiechnięty – gdyż pewny jest, iż zło znów przegrało, a świat został uratowany.
Pokazują nam człowieka spełnionego, arcymężczyznę, uosobienie męskości i kłębowisko talentów, które to kłębowisko – pośród pięknych widoków – dokonuje heroicznych czynów (nie, jeszcze nie heroinicznych – Herosich!).
A obrazy sycące z ekranu nasze oczy, pełne wspaniałych wnętrz i atrakcyjnych kobiet, zapierają nam dech.
I marzymy… aby być kimś takim.
Albo z kimś takim.
Tyle że… czy na pewno?
Czy aby naprawdę widzimy to, co nam pokazują?
Przecież widać, że facet ewidentnie ma problem alkoholowy. Obserwując go z przygody na przygodę, widzimy, że pije coraz więcej.
I każda okazja jest dobra.
No i miesza… Oj, jak on miesza!
Mając (nie „mając” posiadając tylko „mając” mieszając) jakieś drinki wymyślone na poczekaniu, łącząc ze sobą przypadkowe alkohole – wydaje nam się, że to być może, może być i dobre.
Cóż, kiedy ażdy, kto kwalifikuje się do oglądania tych sensów, wie że to bez sensu, i jak kończy się mieszanie.
Taki (niby) z niego znawca trunków, koneser Champagne Bollinger, a koniec końców kończy z?
Z piwem… i to jakim!
Ło matko, nawet nie jestem w stanie wymówić z jakim, taka niewymowna opanowała mnie zgroza.
I nawet kiedy fachowcy próbują podpowiedzieć mu właściwą drogę – „zmieszane czy wstrząśnięte?” – on co?
On ma to w dupie!
Pod nonszalanckim uśmiechem bon vivanta i sardonicznym dowcipem cynicznego, wyluzowanego cwaniaczka tak naprawdę ukrywa traumy z przeszłości i osobowość psychotyczną.
Uśmiechnięty, niby zawsze opanowany, a w jednej chwili – wewnętrznie wpadając w szał – potrafi zbić z zimną krwią szwadron doborowych najemników, zupełnie nie licząc się ze szkodami w mieniu oraz… że to byli być może ojcowie czyichś dzieci!
Nie może, jak znany wysłannik Jagiełły przeciw Krzyżakom – dać „w nogi”?
Musi od razu zabijać?
To jednak nie koniec.
Wszystkie te traumy i problemy psychiczne kompensuje sobie drogimi ciuchami, gadżetami i rozwiązłym trybem życia.
Z czymś się to kojarzy?
Tak, typowy zakupoholik. Taki bystry, o zdiagnozowanym iQ 234, a nie wie, że droga to do nikąd?
No, jeśli już, ewentualnie do lombardu.
Zakup buta z Oxforda, najpierw daje przyjemność, by po chwili wpędzić w wyrzuty sumienia… a lawina kosztów się nakręca, bo to nie są tanie rzeczy – te Omegi, Astony i OdFordzie garnitury.
Niby zimna maszyna – asertywna, nieczuła i konsument kobiecych wdzięków, co woli mężatki – a co jakiś czas traci głowę, zakochując się jak uczniak.
Borze szumiący, Bondzie, gdzie błądzisz!?
Nie możesz tradycyjnie poderwać dziewczyny z biura?
Zaprosić do kina i strzelnicę?
To zawsze musi być jakaś femme fatale, działająca dla obcej, wrogiej organizacji?
Kobieta, która ma męża, i z którą nie masz ci przyszłości?
Czy ty się nie uczysz na licznych swych błędach?
Owszem, nasz Protagonista ma wiele talentów – które niestety koncertowo zmarnował.
Pracując dla jakiegoś rządu, ktoś, gdzieś, jakoś na wczesnym etapie szkolenia wmówił mu, że „za Anglię, James”.
Zamiast więc założyć globalną korporację (umiejętności lingwistyczne i przywódcze), zostać sławnym kierowcą np. Formuły 1 lub Pancerniakiem (doskonale jeździ wszelkimi pojazdami), cyrkowcem (ze wszystkiego wychodzi cało) czy wynaleźć lek na raka (błyskawicznie dokonuje analiz, wie, w jakiej temperaturze pije się sake i z jakiej beczki jest to brandy) – to ugania się po świecie i myśli, że go ratuje.
Gdzie tam, tak naprawdę zdrowie sobie rujnuje, i w rzeczywistości to notable wykorzystują go do rozgrywania swoich zimnowojennych, wcześniej – a korporacyjnych, teraz – gierek.
Nie licząc się zupełnie z przepisami drogowymi, jeździ czołgiem po ulicach miasta lub czołga się ludziom pod kołami.
Nadużywa broni automatycznej w centrum ruchliwego city.
Załatwia swoje szemrane interesy, wykorzystując płatny urlop lub chorobowe – i tylko się prosi o kontrolę z ZUS – a z tą Korporacją Zła nie wygrał jeszcze nikt!
Bondzie Jedyny, wiesz z kim tańczysz?
To p. Halinka z działu kontroli!
A ona się w tańcu nie pier… nie certoli!
I wszystko dlatego, że ktoś lekkomyślnie dał mu Licencję to Kill.
A gdyby na pasach przejechał staruszkę?
A te zniszczone sklepy i stargany? Kto za to wszystko płaci?
Podatnik płaci. Czyli ja płacę. I Ty też!
Wiecznie niesubordynowany, zniszczy wszystko, co mu wpadnie w ręce, a pobierając sprzęt z magazynu – pewne jest, że go nie odda.
Jeśli jednak czasem cudem udaje mu się odzyskać i zdać pozostałości swych destrukcyjnych działań, to standardowo – „James, miałeś oddać w jednym kawałku, a nie jeden kawałek!” – nic sobie z tego nie robi.
Nie zawsze wie (znów pijany?), do czego służy dane, z magazynu pobrane, specjalnie przygotowane urządzenie. – „A ten zegarek, jakie ma funkcje?” – „Pokazuje czas, James. Pokazuje czas.”
Mimo to wszystko – wszystko mu się udaje… jednak do czasu.
Widać, całymi latami śledzimy przecież tę genezę upadku: jeszcze na początku sagi radzi sobie z życiem.
Godzi obowiązki zawodowe z życiem prywatnym.
Podziwiamy, jak z każdej przygody wychodzi bez szwanku i rysy na idealnym od tygodnia nie golonym, ogolonym obliczu, bez zagięcia na garniturze, koszula – po pływaniu w błocie – jakby dopiero wyszła z magla, a kartką spodni może obierać jabłka.
Na wczesnym etapie zawsze rześki, potrafi do rana grać w karty i pić, a potem od razu iść do roboty trzeźwy.
Tak, znamy to, znamy! Ech, kiedy to się miało te 18 lat…
Lecz z czasem robi się coraz gorzej.
Atmosfera gęstnieje.
Wiek puka do tych drzwi – a Bond zamiast przez drzwi, przebija się przez ścianki karton-gips.
Upocony, już nie taki rześki, w brudnych ciuchach kryje się po krzakach.
Coraz ciężej przychodzi mu uśmiech i cięty żart.
Niedługo, cytując wieszcza, cięta riposta to będzie coś co przyjdzie mu do głowy 24 godziny pózniej.
Coraz ciemniejszych spotyka typów, a może to wzrok zawodzi, raz nawet… widzi się ze Śmiercią.
Nawet ona miała chyba dość tej lekkomyślności i przezornie nie zabrała go przez Styks… w jednym kawałku.
Licząc, że może to była tylko jakaś wydumana przenośnia, czekamy że jakimś cudem, w kolejnej części się opamięta.
Umówi się w końcu z koleżanką Moneypenny.
Ustrzeli misia, białego misia aa.
Kupi tę cholerną działkę… Nie James, nie tę „działkę”!
Ogórek na Spółdzielczych Ogrodach Działkowych gdzieś pod miastem.
I jeżdżąc na nią rowerem – będzie cieszył się z każdego pomidora bez nawozu.
Mimo, że aż strach pomyśleć co będzie dalej, jednak… czekamy.

myśle sobie, ba jestem nawet przekonany że nie kupiłby Ci on biletu do Londynu a nawet jak by niemożliwe mu się udało to chciałbym widzieć zdziwioną twarz jak czyta napis po wylądowaniu WITAMY W LĄDKU ZDRÓJ
PolubieniePolubienie
🙂 tak właśnie by było
PolubieniePolubienie