Yin@Yang

222/365 #szosopasta na 774 słowa, 4 minuty czasu czytania.

Koncepcja yin i yang (takie biało-czarne krople w kółku) pochodzi z antycznej filozofii chińskiej. To dwie pierwotne i przeciwne, lecz uzupełniające się siły, które odnaleźć można w całym Wszechświecie.

Teorię znam, a zawsze mnie ciekawiło, jak w praktyce może się to yin i yang objawić, i może nie raz i nie dwa widziałem, lecz nigdy nie miałem pewności, czy aby trafiłem na pewno, czy na 100% to, co widzę, jest przedstawieniem owej filozofii w życiu codziennym.
Może w Chinach łatwiej, ale tu, u nas?

Aż pewnego dnia zajechałem w miejsce całkiem urocze. Miasteczko takie nieduże, ot, miejscówka jak Kasina Wielka, tylko mała.

Miejsce jakich u nas wiele, gdzie w rynku apteki prztykane żabkami mieszają się z banków filiami.
Gdzie co czwartek (a czasem wtorek) zjeżdżają tu tłumnie na targowisko interesanci z okolicznych, pomniejszych miejscowości, przy okazji pobytu załatwiając inne, niezbędne sprawunki przegryzane kababem.

Wiosna buchnęła mi w twarz. Nie taka jak kiedyś wiosna, kiedy zima ustępowała jej niemrawo, choć sukcesywnie, robiąc miejsce na dni dłuższe, słoneczne, cieplejsze, tchnące zapachami tego, co było ukryte pod śniegiem (a co właściciele powinni byli sprzątnąć po swoich podopiecznych). Dni niosące nadzieję na lepsze jutro.
Tym razem było inaczej – była zima, i nagle jej „ni ma”, i mimo że wiosna, to lato.
Gorąco, może nie skwar, ale dotkliwe tym bardziej, że nagłe.
Tak, tak, atak!
Zmiana strefy klimatycznej bez uprzedzeń i miękkiej gry.

Zajechałem i zaparkowałem obok przepięknego Peugeota RCZ. Naprawdę, to auto ma to coś.

Kształty i proporcje pociągnięte przez projektantów kreską odważną i fantazyjną.
I – co rzadko się zdarza – jak go narysowali, tak, niemal bez zmian, wyprodukowali.

RCZ to znakomicie wyrzeźbiony atleta, jak sprinter w blokach szykujący się do startu. Pochylony nisko nad ziemią, wpatrzony z uwagą w tor i odległą metę.
Auto narysowane według najlepszych prawideł sztuki designu samochodów sportowych.
Szeroki, niski, z wielkimi – w stosunku do ogólnych proporcji – kołami.

Linia nadwozia pociągnięta nisko, muskularnie, szeroko – okrakiem obejmująca drogę grubymi gumami. Dach zgrabnie przechodzi w szybę, a dalej – agresywny zderzak z nacięciami oraz dyfuzorem. Spojler wysuwany z klapy bagażnika, dwie solidne rury… dopełniają pięknej całości.

I mimo że już niemłode, z wyglądu zupełnie się nie starzeje.
Tak jak na starcie swej trasy, tak i później – cały czas robi wrażenie pięknego sportsmena.
I z klasą.

Gdybym nie znał technikaliów tej maszyny (pominę je tu, by nie psuć atmosfery), myślałbym – urwał się z 24 Le Mans.
W pędzie całonocnego ścigania i skupienia na drodze, w chwilowej euforii i ferworze dekoncentracji na torze, przypadkiem i niespodziewanie – z braku granic – wylądował tu, gdzieś na rubieżach Polski.

Stoję obok oszołomiony wiosną, podziwiam i myślę: kto tu jeździ takim autem?
Pewnie młody, prężny, zdolny architekt.
Odwiedza pewnie inwestora na tej niebanalnej inwestycji, którą z rozmachem zaprojektował niczym Gołębiewski w Pobierowie.
I dobry wybrał sposób.
Do tego wozu pasuje – przynajmniej za jego wygląd – może nie jak Bond do Astona, ale na pewno jak ktoś niebanalny, i z klasą, gdyż…

Gdyż funkcjonalność tego małego nibysportowego pojazdu jest ujemna. Drzwi to ma wielkości skrzydeł stodoły, a jak się już uda wsiąść, to w środku – kubły nisko mocowane, w skórach alcantara.
Bagażnik nie większy od naparstka i czteroosobowość – to taki żart, mrugnięcie okiem konstruktorów, motoryzacyjny easter egg.

Z tyłu można co najwyżej posadzić psa – pod warunkiem, że jamnik. A znam takie psy dla których ten pojazd byłby zabawką – złapać w zęby i zakopać w ogródku.

Takim pojazdem to autostradą z Marion Cotillard na Francuską Riwierę nie wstyd pojechać.
Nad brzegiem morza Fruit de mer kosztować, pić wina francuskie, podziwiać widoki morskie słuchając Brela (mimo że Belg).

Stoję chwilę zadumany, i już mam iść kiedy patrzę i widzę, zdumiony.
Zrozumiałem właśnie, że oto zobaczyłem praktyczne, 100% pewne przedstawienie koncepcji Yin i Yang!

Gdyż do naszego przepięknego RCZ podchodzi ogorzały i rosły, odpowiednio z przodu wyposażony w „zderzacz hadronów”, co to niejednego i niemałego hadrona już dzisiaj zjadł i kebabem przegryzł.
Żółta, jak tylko frotte koszule potrafią być, w czarną kratę luźno rzucona na front, skarpeta szara (już na zawsze pozostanę w niepewności, czy w takim kolorze kupiona), na niej klapek oraz portal do innego wymiaru – typu dres z paskami.

Otworzył bagażnikonaparstek i lekko go wgniótł przy zamykaniu typu „jeb”, gdy wrzucił wór ziemniaków w worku jutowym, a potem nadciągnęła jego Cotillard – całkowicie i doskonale, tylko odwrotnie odwzorowana.

Jakoś (jak!?) wsiedli, RCZ jęknął, ale jakoś ustał, dźwignął wagę tego zestawu, no i… odjechali.
Pewnie w kierunku na C.E.R.N.

Hmm… zostałem sam, w nagłej niepewności, że może jednak nie.
Może jednak nie był to stuprocentowy Yin i Yang – może to nie starcie dwóch różnych żywiołów.
RCZ to wóz sportowy, i ten zgrabnie do niego dobrany (i do oskarpetowanego klapka) sportowy dres trochę mi zmącił całą koncepcję.

2 myśli na temat “Yin@Yang

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑