Emanując

228/365 #szosopasta na 665 słów, 4 minuty czasu czytania.

Wsiadam do auta. Zimno i ciemnawo.
Szczęśliwie – trochę śniegu dosypało.
Lekko przełamało szaro-bury, komunistycznie elegancki koloryt jesieni.

Auta jeżdżą powoli, na letnich. Jasne, zawsze warto czekać ze zmianą do pierwszego śniegu –
a może w tym roku nie spadnie?

Ech… przypomniało mi się.
Tak, to był dokładnie taki sam dzień jak dzisiaj.
Listopad.
Gówno prawda.
Żaden tam listo pad.

Ponury, zimny, zamglony, śmierdzący i wilgotny 110%
Deprecho dopad.

Ktoś kiedyś powiedział, że emanuję trudną do określenia aurą „tylko mnie nie wkurwiaj”.
Wstępnie – niezwykle mnie to ubawiło.
Ale po dłuższej refleksji i skonsumowaniu tego „dania do myślenia” na chłodno –
doszedłem do wniosku, że coś w tym jest.

Od kiedy wynaleziono hostessy w hipermarketach,
nie przypominam sobie, żeby któraś miała ochotę coś Mi_ zaprezentować, poczęstować czymś, zachęcić do zakupu.

Nic! Nigdy!

Jestem niewidoczny.
Jest przecież tyle innych, bezpieczniejszych celów.

„Kierownikiem” od dorzucania się na flaszkę też jestem tylko w sytuacjach,
gdy strach przed wytrzeźwieniem jest większy niż przed Mi_.

Zawsze i wszędzie większość długo się zastanawia, czy mnie zaczepić –
by w końcu, tak na wszelki wypadek, zrezygnować.
To bardzo się przydaje.
Zwłaszcza wtedy, kiedy to ja wchodzę w interakcję – i nie da się Mi_ uniknąć.

Wróćmy jednak do tamtego ponuranka.

Po wypiciu espresso odczekałem chwilę.
Ale nic się nie wydarzyło.
Nadal bardzo słaby kontakt z rzeczywistością.
Poproszę drugie espresso. Podwójne.

Ok, ciut lepiej.
No to: Młodość do szkół, Boomerowość do prac.

Można sobie wyobrazić, jak wygląda ktoś „emanujący trudną do określenia aurą tylko mnie nie wkurwiaj”
rano, skoro świt, ledwie dobudzony o 7…
Z włosami, które są jak moja silna wola – robią ze mną, co chcą.

Grzecznie pytam:
Kto i jakim prawem wymyślił godzinę 7 w nocy do wstawania rano?!

Dobra.
Młodzież rozwieziona, ja w końcu dobudzony.
Komputer, notes, telefon… cały ten pomocny „stuff” – w domu zostawiony.

Brawo Mi_.
To teraz trzeba po to wszystko wrócić.

Gdy zajechałem pod dom –
z drugiej strony ulicy usłyszałem coś jakby cichy płacz, przechodzący w gardłowe łkanie i słabiutki wrzask…

Co TO może być?

Nic nie widzę, ale wyraźnie coś słyszę.
Jak to możliwe? Może dlatego, że mgła wyostrza słuch?

Często przecież widzę auta – o, nawet teraz – które jeżdżą we mgle na światłach automatycznych-dziennych-led-przód.
Ich nie widać, oni nic nie widzą, a jadą.
Nie włączają świateł mijania.
Nie widzą takiej potrzeby.
Więc pewnie jeżdżą na słuch.

Światła automatyczne – mimo szczerych chęci konstruktorów, czujników i chipów – nie zastąpią nam rozumów.
Są sytuacje, że żeby widzieć i być widocznym, trzeba spojrzeć na rzeczywistość ciut szerzej.

Ale wszystkie te rozkiminki na nic.
Ludzie – jak nie widać, słyszą dobrze,
ale nie wiążą tego z jakąś interakcją.

Przechodząc dalej – ignorują dziwne dźwięki.

Zaintrygowany, przeszedłem przez ulicę.
Po drugiej stronie, za kratami obarczonymi kłódką, gdzieś w kącie – leży kocię.
Leży w pozycji co najmniej dziwnej, nawet jak na kota.
I cicho, resztką sił – drze się, miauczy, wyje, płacze.

Cholera.
Ręką nie sięgnę, na wołanie nie reaguje, nogą nie ruszy,
a na obietnice całych stosów myszy oraz filetów z kurczaka – tylko oczy się tam robią większe… i nic.

Poszedłem więc do sklepu, co jest właścicielem kłódki.

Używając pełni moich umiejętności perswazji, negocjacji oraz manipulacji,
przyprowadziłem stawiającą lekki opór kierowniczkę pod kratę i mówię:

– Proszę otworzyć tę kłódkę!

Nie chciała, bo nie można, nie wolno, się nie da, a ponadto się boi…

Kocię płacze.
Na pani nie robi to jednak większego wrażenia.
Podobnie jak na przechodniach.

To tylko wzniosło moją „emanację” na wyższy poziom.

Gdy grzecznie i uprzejmie kolejny raz poprosiłem panią, by najpierw spojrzała mi w oczy,
a potem otworzyła tę cholerną kratę – za którą może i są klimatyzatory warte tysiące –
ale niech Mi_ pani uwierzy, mam je głęboko w dupie…
wezmę tylko to zwierzę i tyle.

Pani uciekła.
Ale zaraz wróciła. Z kluczem.

A ja wziąłem ten kłębek nieszczęścia za kark –
bo za nic innego się nie dało –
i do leczenia.

To było parę (w sensie: kilka, nie dwa) lat temu.

A kocię?

Wyleczone z przetrąconej miednicy i innych parwowiroz, z niedowładem ogona i trochę krzywe…
całkiem sprawnie zarządza teraz całym domem, emanując dokładnie odwrotnie niż ja. Księżna.

2 myśli na temat “Emanując

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑