„Old Dogs” cz. 1. P.E.S.E.L

Ja sobie w ramach ćwiczeń pisania wracam do starych projektów, i tak myślę: Inni mają w tej tematyce swoje książki, alternatywne wersje książek, komiksów czy filmów, to mogę mieć swoją wersję mini opowiadania w kilku odcinkach.

CZ. 1. P.E.S.E.L

Był legendą, ikoną, dobrym wzorem złego naśladowania, wzorcem, do którego kobiety wzdychały, mężczyźni z zazdrością prychali, a wrogowie… cóż, przeważnie umierali.
No właśnie, i co z tego, skoro, no właśnie… „był”.

Od zakończenia zimnej wojny, w której strony wyraźnie oznaczono grubą bold czcionką, linia oddzielająca dobro od zła miała szerokość muru berlińskiego z przyległościami a wrogowie mieli jakieś idee, James „J.B.” Bond cierpiał.
I — co gorsze od śmierci i cierpienia — nudził się!

No dobrze, po drodze do tego przedsionka piekła zwanego „emeryturą” wpadło kilka fajnych fuch. Jeszcze chwilę zmagał się z wrogami, których pomysły, idee i chęci, chociaż zakrojone na globalną skalę, koniec końców okazywały się bredzeniem megalomanów, zwykłą chciwością lub szaleństwem nieszczęśliwego dzieciństwa.

Ok, nie ma co wybrzydzać — dobre i to, jeśli człowiek chcę trochę się poruszać na świeżym powietrzu, potrenować celność rzucania nożem czy odwiedzić stare śmieci z misją „śmierci”.
Jednak, skończyło się i to.

I tak — z życia na ciągłej adrenalinie, w akcji, i nadającej sens jego egzystencji „For England James”.
Od arcytrudnych arcystarć z arcywrogami — powoli, sam nawet nie wiedział kiedy, doszedł do…
Do „papierkowej” roboty za biurkiem w jakimś REFERACIE SAMOPOMOCY KRÓLEWSKI czy innym DEPARTAMENCIE ZAPOBIEGANIA ZUŻYCIU KABESTANÓW OKRĘTOWYCH?

Yes, gnił teraz za biurkiem z tym nieśmiertelnym „cholerstwem” w kształcie buldoga na jego blacie — jedyną pamiątką ze starych, dobrych czasów.
Jakie czasy, takie pamiątki?

Cóż, Mr. Bond, PESEL też nie bierze jeńców.
Byłeś za dobry, żeby dać się zabić — to cierp w tym obozie jenieckim, zwanym okresem przedemerytalnym.

Ugrzązł w budynku o grubych ścianach, w których kryje się plątanina rur grubości tunelu pod kanałem La Manche, olbrzymich i niezmierzonych jak Internet. Siedzi i słucha, jak wydają z siebie stłumione dźwięki sugerujące, że gdzieś tam, w czeluściach, mieszczą się hamownie silników odrzutowych, kuźnie z epoki żelaza, a wynędzniali więźniowie, pobrzękując łańcuchami, błagają o litość i ryzę papieru do ksero.

Wiercąc się na doskonale ergonomicznym fotelu, opracowanym przez sztab szkolonych w NASA fachów, pięknym, bankowo drogim i cholernie niewygodnym — gdyż przeznaczonym dla młodych, prężnych zespołów i ich już rolajkrowanych po codziennym joggingu ciał, z nostalgią wraca do starych czasów.

Lat, kiedy — zamiast zbilansowanej diety w fit posiłku i wczesnego położenia się spać przed poranną jogą — po bardzo intensywnie nieprzespanej nocy z ekscytacją witał każdy kolejny dzień, który mógł być jego ostatnim. „Żyj tak, jakby jutra miało nie być”? Dobra, jasne, czemu nie.

Teraz, pracując w londyńskiej Centrali, czuł się jak dzikie zwierzę w klatce.
Każdego cholernego wieczoru licząc dni do emerytury… nie, nie licząc żadnych fakin dni, raczej licząc, że ktoś w końcu, gdzieś w ciemnym zaułku, za drogi zegarek i portfel z grabowej skóry, skróci jego męki tam i teraz. „Obiecuję, nie będę się bronił, no… może trochę, nie sprzedam skóry zbyt tanio.”

Dzień w dzień siedział w swoim boksie w młodym, dynamicznym, międzynarodowym zespole, a ich mocno zredagowana poprawność i uprzejme pouczenia o Excelu dosłownie wysysały energię z pokoju. A gdzie jest rozmach w planowaniu, iskry ironii w dyskusji, idee i pomysły skali Univers?

Przecież idee to pełne tarć, stronnicze byty, które więdną, gdy przypnie się je do tabelki. Idee muszą powodować kłopoty, zanim przyczynią się do rozwiązań.
Ech, patrzył przez okno na dżunglę kominów i klimatyzatorów, która w proleptycznym świetle poranka zaczynała się srebrzyć.

Widząc tę posrebrzaną przyszłość, odpływał — wracał myślami do przeszłości.
Kiedy wśród niezliczonych pojazdów i riksz, niepoliczalnych miast i dziur, głębin oraz gór całego świata próbował wytypować, wytropić i wyeliminować męty należące do obcego kontrwywiadu, bezpieki, wroga.

Gdy mylił tropy łażącym za nim facetom w kapeluszach zbyt głęboko nasuniętych na oczy, tak że przesłaniały im obraz i moralność, kiedy obserwował obserwatorów w zaułkach odrapanych z nadziei domów.
Do czasów, kiedy prowokował, walczył, kochał i zabijał.
Kiedy żył.

Patrzył na city, buldoga i paprotkę „jeszcze tylko brakuje tu portretu Polaka Papieża”, i pragnął, pragnął, by choćby tylko na jeden raz wróciły.
Całym swym jestestwem tęsknił, a organizm uzależniony od adrenaliny nadal zmagał się z nałogiem – za tą cudownie podniecającą, przesiąkniętą odorem śmierci, a nie tanich perfum z drogerii na rogu – atmosferą niebezpieczeństwa.

Pragnął wrócić do wspaniałych „Źródeł Informacji” łaknących kontaktu z prawdziwym mężczyzną.
Za facetem bez tatuowanych przedramion wystających spod podkoszulka, pompowanej na siłowni i chemią sylwetki bez prawdziwej siły ale ładnie prezentowanej w internecie, takim, który potrafi zrobić prawdziwą krzywdę ale i doprowadzić na szczyt.

Bloody hell!
Ach, a Christmas, ta piękna „Gwizdka”, która jednego roku przyszła do niego dwa razy?

Tak, teraz też nadchodziło Boże Narodzenie, i jak to zwykle w Londynie – poziomy deszcz, poziomy wiatr i zamknięte horyzonty. Miasto wyglądało jak namalowane przez pomniejszego impresjonistę.
Wszystko zamierało na swój zwykły sposób: rośliny, światło słońca.

Cóż z tego, że nawet w wieku… przedemerytalnym był w niezłej formie, a dzięki świetnemu krawcowi i regularnym wizytom u fryzjera wyglądał zarówno sprawnie, jak i elegancko w znakomicie skrojonym garniturze, z burzą siwych włosów.
Cóż z tego, że nie miał najmniejszych problemów z brakiem problemów z kobietami.
Bo chociaż Londyn prezentował się kosmopolitycznie pełną paletą kolorytu i odcieni skóry, On, jak zimowy Londyn — od dawna był zamarty.

Był kolejny wilgotny i męczący jak ból zęba dzień, jego monochromatyczna nijakość ledwo kwalifikowała się jako „szaruga”, kiedy jego czerwony, robiony w Chinach elektryczny autobus — do którego z obrzydzeniem i przemocą, stosując na sobie argumenty siły, jak co dzień wsiadł — mijał pałac Buckingham, znalazł w „Timesie” artykuł, który go naprawdę, po raz pierwszy od wieczności, zaciekawił.

Opisywano w nim działania Spoliation Advisory Panel — organu doradczego zajmującego się sprawami roszczeń tych, których majątki zrabowali w czasie wojny hitlerowcy, gdy okazywało się, że skradzione im dzieła sztuki należą dziś do zbiorów narodowych w brytyjskich muzeach.

Zawsze wiedział, że świat sztuki to teren wciągający i grząski.
Cóż, bagno.

Wieloletnie doświadczenie — tu z rozrzewnieniem wspomniał Ośmiorniczkę, Berlin, Jaja Fabergé, którymi prawie położył trupem biednego Jima — i siedząc na łatwym do wyczyszczenia, niepalnym fotelu z czegoś ropopochodnego, uśmiechnął się lekko na wspomnienie czasów, kiedy beztrosko wydawał setki tysięcy funtów swojego wydziału. „Uff, dobrze, że nie wygrałem tej licytacji”.

W tym przynoszącym kolosalne zyski, ale pełnym przemocy oraz zbrodni świecie fałszerstw i oszustw też grają bez pardonu.
Zadumał się chwilę nad tym, zamieszkałym przez historyków sztuki jak Bernard Berenson czy bezlitosnych handlarzy z Paryża, Londynu i Dżakarty — Imperium Zła.

Bo tak, ten ekskluzywny, pełen wykwintnych kolacji, najlepszych kreacji i bajkowych kolekcji, podziemny rynek dzieł sztuki jest równie niebezpieczny i ekscytujący jak świat szpiegowski.

A on może nie studiował historii sztuki w Cambridge, ale miał doskonałe referencje natury praktycznej do obracania się tak w wsród dział jak i dzieł.
Przecież nawet przez chwilę flirtował z Sztuką, flirtem zatrutym niczym trucizna żmii.

Jutro pójdę do Galerii, może świat sztuki zdoła mnie wyciągnąć z tej rutyny życia tylko teoretycznego — pomyślał, choć bez większej nadziei – P’ieprzyć E’meryturę S’tarość E’rekcję i L’umbago.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑