„Old Dogs” cz. 2. Not shaken, not stirred

Pod koniec lutego, obcesowo jak spóźniony widz, wchodzący bez pardonu do wypełnionej sali teatralnej, przyszło nagle popołudnie pełne jaskrawego słońca i ciepła.
Jakby z misy nieboskłonu ściągnięto w końcu mokrą szmatkę.

Przyjęcie, na które został służbowo zaproszony, odbywało się w Knightsbridge, w apartamencie na trzecim piętrze z widokiem na Hyde Park – szeroką taflę zieleni w środku miasta, którą gdzie indziej ładnie by już wybetonowano lub rzucono na żer deweloperów.

Piętro gdzie odbywa się przyjęcie (gdy w końcu na nie trafia, okazuje się, że to jednak piętro piąte, cóż – wysokie sufity dość), wygląda znacznie ekskluzywniej niż te poniżej, które wyglądają bardzo ekskluzywnie.
Oczywiście! Przecież tutaj, w sercu londyńskiego serca Anglii, ekskluzywność to kluczowa sprawa, ci ludzie nie uznają półśrodków.

Żeby znaleźć budkę telefoniczną, trzeba przejść kilometr, ale kiedy już na nią trafisz, wygląda, jakby poważnym problemem było chuligańskie wysadzanie automatów telefonicznych dynamitem. Tej już nie ruszą.
Brytyjska skrzynka pocztowa pewnie zatrzymałaby TiRa, a w Knightsbridge nikt nie ma samochodu innego niż trzytonowy, ręcznie zbudowany limuzyna-potwór.

No bo naprawdę, trzeba przestrzegać pewnych niepodważalnych spraw, w rodzaju ręcznego chromowania chłodnic albo tradycyjnego rzeźbienia opon w pełnych blokach kauczuku.

Drzwi wejściowe wielkości wrót hangaru, strzeże dwóch młodzieńców, po których od razu widać, że matury zdali ekstremistycznie.
Odziani w szykowne marynarki, ogólnie emanują wizerunkiem uzbrojonych po zęby zajebistych skurwysynów, z którymi lepiej nie zadzierać.

Kiedy go zobaczyli, unieśli tylko lekko ręce w geście pokoju, pochylili głowy w ukłonie pełnym szacunku i nie sprawdzali zaproszenia. Tak na wszelki wypadek.

Skromne mieszkanie wielkości Stadionu Narodowego jakiegoś pomniejszego afrykańskiego kraju, było już pełne podejrzanych typów, typowych w takich sytuacjach „tych, co zwykle”. Nie brakło również designerów wnętrz, reżyserów filmowych, pisarzy, wenezuelskich nafciarzy i oligarchów – aktualnie nie wiadomo, czy jeszcze rosyjskich, oraz innych znanych jedynie z tego, że są znani.

Wszyscy oni plotkowali na temat najmodniejszego ostatnimi czasy klubu polo Guards, kreacji „chyba jej za mocno weszło” Heleny Bonham Carter i popijali szampana w oczekiwaniu na kolację.

Był głodny. Ale po obejrzeniu menu…

-Karmelizowane liście karczocha z mousse z wędzonej gęsi i kroplami malinowego reduction.

-Tartaletki z kraba królewskiego w sosie yuzu i chrupiącymi płatkami lotus.

-Polędwiczka z turbota pod pianą z czerwonego wina i musem z czarnej porzeczki.

-Mini brioche z foie gras marynowanym w syropie z fig i karmelizowanym fenkułem.

-Kacze udko confit w glazurze z kwiatów śliwy, podawane na purée z pietruszki i chipsie z jarmużu.

…Doszedł do wniosku, że przygotowała je jakaś ekstremalnie konceptualna restauracja fine diningu typu Alain Ducasse at The Dorchester czy inna Sketch. Lokalu, gdzie codziennie drukowali na laserówce świeżutkie menu, na imitacji pergaminu wykonanej w stu procentach z surowców wtórnych. Owszem, z przyjemnością myślał o specjałach serwowanych przez gospodynię i ewidentnie pierdolniętego szefa kuchni, ale nie martwił się, czy będzie umiał to zjeść, tylko czy się tym naje. No trudno, jest w pracy.

Gospodyni, amerykańska celebrytka Isadora Winthrope była posągową wdową na pełnym etacie, z kilkoma milionami zarobionymi bardzo ciężką pracą nad swoimi, świętej pamięci, trzema małżonkami.

Umiejętnie doprowadzić ich do grobowej deski tak, żeby odeszli szczęśliwe, spełnieni no i z odpowiednio zredagowanym testamentem – to nie jest łatwy chleb.

Bond wyobraził sobie, jak wzbogaceni o dodatkowe wyposażenie majętni mężowie (w zewnętrzną nerkę i zewnętrzne płuco) stają się skomplikowaną maszyną, niczym spawarka z wolframową elektrodą lub szybkostrzelne działko , której obsługi nie można powierzyć byle komu i uśmiechnął się na myśl o znanym brukowym dowcipie dotyczącym Pań w Tym Typie.

– Kim jest twój mąż?
– Jest milionerem.
– A kim był, zanim cię spotkał?
– Miliarderem.

Po kolacji, automatycznie podążając za trenowanym latami odruchem, z Martini shaken, not stirred, precyzyjnie kolizyjnym kursem pożeglował w kierunku najatrakcyjniejszej kobiety na bankiecie.

Smukła jak trzcina Tilda Swinton, i — chyba tylko po to, żeby jeszcze bardziej gnębić poniższych bankierów — na wysokich szpilkach. W obcisłej, krótkiej czarnej sukni bez dodatków, udziwnień i tatuaży, o których Clooney powiedział kiedyś „Tatuaże? A widziałeś naklejki na Ferrari?”.

Kiedy do niej dohalsował, odrzuciła z twarzy rozczochrane, w nieładzie za jakieś 200 albo 800 funtów, włosy.

– Pani pozwoli, jestem Bond, James Bond.

Lekko pochyliła głowę, przyjmując to do wiadomości, ale nie odpowiedziała.
Była niebywale atrakcyjną kobietą, nie, nie taką, że kiedy wychodzi, zawsze otwiera parasolkę, żeby piloci odrzutowców na widok jej twarzy nie powodowali katastrof, zwalając się bez czucia na wolanty, ale miała to coś.

Po czterdziestce z tą ulotną, nieoczywistą, nienachalną i niepodkręconą techniką, naturalną atrakcyjnością, którą mają tylko wybranki łaskawie obdarzone przez los… i geny (jeśli udało im się tego nie spieprzyć nadmiarem entuzjazmu, pieniędzy i wolnego czasu), a które dostrzegają tylko koneserzy.

– Skąd zna pani Isadorę? Nie widywałem tu pani przedtem – rzucił z lekkim półuśmiechem, tego że był tu po raz pierwszy… cóż, nie musiała przecież wiedzieć.
– Dopiero co się wprowadziłam do tego budynku, mieszkam kilka pięter niżej. Prowadzę galerię sztuki na South Audley Street. Jestem Antonina Pacławska.
– Polka? – ku jej zaskoczeniu nieco się cofnął, skłonił głowę, i pomny dziwnych form grzecznościowych tego przedziwnego Kraju Białych Niedźwiedzi chodzących zimą po ulicach, ujął jej dłoń w rękę i lekko dotknął ją ustami w szarmanckim geście, którego się nauczył w czasie tych lat spędzonych „w terenie”.
– Tak, jestem Polką. Zna pan Polskę?
– Cóż, można powiedzieć, że jestem konsultantem podróżującym również po krajach demokracji ludowej. Gdzie się pani urodziła?
– W Poznaniu. Zaraz… To pan mówi po polsku?
– Ledwie dukam – odrzekł swobodnie i bez akcentu doskonałą polszczyzną.

Prowadząc swobodną rozmowę, z łatwością przeskakiwali między językami. Przy kolacji szukali się nawzajem wzrokiem, a później, siedząc na autentycznie antycznej sofie, popijając kawę Guatemala Antigua, z cienkich, ręcznie malowanych chyba przez kwantowo zrekonstruowanych chińskich porcelanistów z dynastii Ming lub z Ćmielowa porcelanowych filiżanek, James zagadnął:

– Jak rozumiem, wystawiasz głównie malarzy nowoczesnych?

Antonina, jak to potrafią tylko Polki, nagle spoważniała.

– To moja codzienność – A zniżając głos do szeptu i niemal namiętnie powiedziała mu wprost do ucha – Ale moim głównym konikiem jest tropienie obrazów zrabowanych z Polski przez hitlerowców. Czytałeś „Europę zgwałconą”? To książka o grabieżach wojennych.
– Nie, ale mam pewną praktykę w kontaktach z tym światkiem.
– Tak, wyglądasz na konsultanta tego typu…
– Taki bystry?
– Taki barczysty…

I tak gawędzili, śmiali się i przekomarzali, a nagła bliskość nie uszła uwadze otoczenia i gdziekolwiek ruszyli, na ich widok wszyscy odwracali się jak stado papug na drzewie.

„No tak, James ma równie nieodparty czar jak Mastroianni” mruknął z zawiścią jakiś reżyser filmowy garnirowany turkusowym garniturem wielkości cyrkowego namiotu.

„I ciekawe, jaki ma w tym cel” pomyśleli wszyscy.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑