#szosopasta na 390 słów, 2 minuty czasu czytania.
Nie był lękliwy, emanując trudną do sprecyzowania aurą „lepiej mnie nie wkurwiaj” nie miał kłopotów z naprzykrzającymi się z promocjami hostessami podczas zakupów.
A ponieważ od wielu lat szlifował charakter w akcji specjalnej o kryptonimie „życie” to wiedział, że bywa różnie.
I że po ciszy zawsze przychodzi burza.
Dlatego właśnie – przeważnie – byle co nie zaburzało jego snu, a jeśli podnosiło mu brew to tylko w lekkim zdziwieniu.
Jednak nie teraz, nie dzisiaj.
Już od jakiegoś czasu był niespokojny. Coś czuł i przeczuwał, że tej nadchodzącej akcji może nie sprostać, a próba która go czekała, może zakończyć się fiaskiem.
Zlany potem, przewracał się z boku na bok i w końcu, nie mogąc zasnąć, gnębiony ponurymi myślami, postanowił wytracić czas za kierownicą.
Jechać aż po świt lub kraniec kontynentu.
W końcu, gdzieś nad ranem, wylądował na poszarpanym, bezlitośnie chłostanym wiatrem brzegu morza.
Słońce zaczęło zalewać świat swoim jądrowym paliwem, i ujrzało zapatrzonego w dal silnego mężczyznę stojącego obok majestatycznego Land Cruisera – idiotoodpornego, klasycznie pięknego, twardego jak jego właściciel – pojazdu.
Wcześniej, kiedy jechali drogą znaną jedynie im i przemytnikom, dźwiękowi miażdżących fal towarzyszyło dudnienie muskularnego V8. Gdy dotarli na miejsce i dudnienie ucichło, świeży zapach sosen i morza przeniknął na wskroś mężczyznę, który stanął twarzą w twarz z Wielkim Błękitem.
Nie zdejmował butów, by poczuć może po raz ostatni na długi czas, chłodne – poranne fale na skórze.
Nie ryzykował, w obawie, że gdy tylko spróbuje, nie oprze się i odpłynie… już na zawsze, byle dalej stąd.
O nie, nie był ckliwym mięczakiem jakich teraz pełno.
Nie rozklejał się na widok szczeniaczków w internecie, otwierał drzwi kurierom.
Ba! Odbierał telefony z nieznanych numerów!
A mimo to, stoi teraz i cicho błagał morze, by dało mu swą siłę lub przynajmniej choć ciut spokoju.
Ale morze nigdy nie dawało mu żadnego spokoju.
Morze nie dzieliło się z nim swoją mocą.
Nie szeptało mu do ucha, że może, i da radę przez to przejść.
Nigdy – czyli – jak zawsze.
Na szczęście jego zaufany przyjaciel – lśniący chłodną stalą niczym pistolety tajnych agentów, z karoserią w bliznach po bitwach, dowodem, że byli w niejednej ostrej akcji – spokojnie stał, czekający i gotowy.
Jeśli tylko zostanie wezwany, nie zawiedzie.
Ech…
Droga nie pomogła.
Spokojna pewność pojazdu nie uspokoiła.
Widok morza nie podniósł na duchu.
Niech to Szlag – pomyślał i poklepał maskę pojazdu – kolejnego roku szkolnego w Polsce to ja chyba nie przeżyję…

Dodaj komentarz