#szosopasta na 966 słów, 5 minut czasu czytania.
Volvo P1800 to jeden z najbardziej charakterystycznych modeli w historii tej marki.
To eleganckie coupé, które w latach 60. i 70. udowodniło, że Szwedzi potrafili tworzyć nie tylko bezpieczne, ale i piękne samochody.
Smukła sylwetka, włoska linia nadwozia i chromowane detale sprawiały, że auto wyglądało bardziej jak włoski sportowiec niż typowe, łosioodporne Volvo w kolorze łososiopodobnym.
Pod maską tego kryptoferrari nie kryły się brutalne V8 czy inne V10, a solidne, czterocylindrowe jednostki, które stawiały nie na czystą (ale kończąca się dość szybko na poboczu) prędkość, a na trwałość i niezawodność,
Takie volvo, w latach 60. prowadził sam Sir Roger Moore – w TV jako dzielny „Święty”, a w realnym, pozaekranowym życiu, jako kierowca… niedzielny.
Inne, równie przepiękne Volvo P1800S rocznik 1966 – użytkowane było też przez nieżyjącego już Irva Gordona, który kupionym w 1966 roku pojazdem jeździł do końca swych dni.
Długo nim jeździł, a sytuacja ta niby prozaiczna, tylko powierzchownie wydaje się normalna.
Ok, może gdyby p. Irvin był handlowcem, kurierem lub muzykiem, te klocki pasowałyby do siebie lepiej.
Ale on był nauczycielem z Long Island, który po prostu lubił sobie pojeździć.
A zgodnie z informacjami opublikowanymi na dostępnej w internecie liście The High Mile Club Hall of Fame, zawierającej 50 aut o największych potwierdzonych przebiegach, niekomercyjne i nieciężarowe Volvo P1800S Irva Gordona, nauczyciela, pokonało razem z nim 5 230 782 km.
Ja rozumiem – jak kiedyś złapali jednego tirowca w jego Volvo i okazało się, że auto ma półtora miliona km na liczniku, to było już przekręcone z dwóch i pół miliona – ja wszystko rozumiem.
Zawodowiec w przedsprzedażowej optymalizacji komercyjnego pojazdu.
Ale tu? Tak lubili podróżować, że wypodróżowali sobie ponad 5,2 miliona kilometrów autem z ’66, po robocie?
I jeszcze druga sprawa: niezawodność.
Jakie auto zrobi 5 mln km, kiedy teraz nikt nie kupi używanego osobowego złomu ze 180 tys km na liczniku, bo na pewno przekręcone z astronomicznych 350 000 i nie wyjedzie nawet z komisu!?
Ta kwestia jednak szybko się wyjaśnia, gdyż zapytany: jak to możliwe, że auto przez tyle km i czasu mu się nie zepsuło?, ten odpowiada rozbrajająco:
„A, po prostu przeczytałem instrukcję obsługi i się do niej stosuję”.
Tak, nasz amerykański nauczyciel regularnie wymieniał olej – zarówno w silniku, jak i w skrzyni – profilaktycznie zlecał przeglądy i wszystko solidnie naprawiał na częściach oryginalnych.
Temu i inne temu „Temu” podobne składy atrakcyjnych produktów typu „mysz, ryż i gówno tysz” omijał z daleka, a sprzęt użytkował zgodnie z przeznaczeniem.
Ja wiem, że teraz kiedy Volvo jest chińskie, to wszystkie części z Chin są w nim oryginalne i jest łatwiej, ale wtedy tak nie było.
Pan nie chodzący na łatwiznę Gordon, był tak zapobiegliwy, że po pokonaniu miliona mil zlecił też remont silnika – ale jak się okazało, niepotrzebnie mechanikom zawracał dupę, bo nie było czego remontować.
Nie znałem go, ale pan Irv był pewnie typem starego, prawdziwego dżentelmena.
Nie takiego co to teraz – jak kupią Swojej Kobiecie pojazd (w leasingu, na firmę, dywaniki wyżebrane gratis), to wręczają go z całą drużyną dilera śpiewającą w tle „sto lat”, kilometrami czerwonej wstążki, wrzutką na Insta w 8 rolkach, 3 fotografami i filmem fabularnym z tego wydarzenia tak istotnego, że nie godzi się aby ktoś na świecie tego nie zobaczył.
On, jak już wiemy, na łatwiznę nie chodził, za to pewnie, jak The Saint, chodził w dobrym garniturze, dopasowanych kolorem butach, pod świeżą koszulę dobierał odpowiednią muchę, i nie pierdolił farmazonów przez internet, w dresie, z dziarami na szyi, nerką przez pierś, i czapką na bakier.
Kasa nie kupi klasy.
Nie – pewnie był facetem takim, który jak się za coś wziął, to na poważnie i jak już kupił żonie samochód, to o niego dbał… w swoim stylu.
Raczej był to jakiś solidny Lincoln Continental, być może rocznik 1965, zakupiony dla niej w miejscowym salonie Ossborn nad Son’s Lincoln’s.
Wehikuł ten ważył pewnie ze trzy bezpieczne tony i miał więcej ruchomych części niż warsztat mechaniki precyzyjnej pełen szwajcarskich zegarków.
I zapewne, po wielu, wielu latach, dopóki sędziwy wiek nie uniemożliwił jej prowadzenia tego samochodu, też zawsze był wypucowany, lśniący i budzący taki zachwyt, że przy każdej rodzinnej wizycie któreś z wnucząt dyskretnie zakradało się do garażu, by go podziwiać.
A kiedy z niedowierzeniem kręcąc głową, sprawdziło już że wóz jak zwykle jest zatankowany pod korek, wyciągało wskaźnik oleju – zawsze w tajemniczy sposób zwilżony był po górną kreskę czyściutkim bursztynowym 10W40.
Nawet wtedy kiedy nasz Gentleman – Gordon pan, dawno zmarł.
Bo facet który robi 5 mln. km jednym cywilnym wozem, niczego nie zostawia przypadkowi.
Na bank, już na łożu śmierci, wezwał on do siebie wszystkich żyjących mężczyzn z rodu Ossbornów – jakieś cztery pokolenia – i zawarł z nimi niejawnie tajny pakt, mówiący z grubsza, że jeżeli kiedykolwiek w przyszłości ciśnienie w oponach lincolna jego żony spadnie poniżej minimum, albo wydarzy się jakiekolwiek inne niedbalstwo, np. braknie płynu w spryskiwaczach, wszyscy Ossbornowie nie tylko stracą swe nieśmiertelne dusze!
Będą wywleczeni z domów, jachtów, konferencji czy toalet i posłani w trybie doraźnym do piekła – jak doktor Faust.
Zrobił to, ponieważ był człowiekiem skrupulatnym, poważnym i uważnym.
No i wiedział, że jego żona ma dość mętne pojęcie, czym w ogóle jest opona – poza tym, że mężczyźni od czasu do czasu heroicznie wyskakują z samochodu i ją wymieniają, podczas gdy ona siedzi wygodnie w środku i ich podziwia.
A Ossborn nad Son’s mu uwierzyli.
I kiedy już zmarł, niewidoczne, doskonale zorganizowane tajne drużyny mechaników stale prowadziły dyskretną obserwację pani Gordon. I czasem, w niedzielne poranki, wykradały lincolna z parkingu przed kościołem i jechały na potajemną wymianę oleju, tankowanie, mycie i serwis opon.
Dlatego fakt, że lincoln chodził idealnie przez więcej niż ćwierć wieku – bez żadnych napraw, a nawet bez dolewania benzyny – utwierdził tylko panią G. w opinii, że mężczyźni zawsze zajmują się zbytecznymi sprawami, a samochody to proste konstrukcje.
Jednak prawda – choć dla p. G i większości ukryta – jest inna, gdyż „Jak dbosz tak mosz.”
I nie tylko o pojazd.

Dodaj komentarz