#szosopasta na 696 słów, 4 minuty czasu czytania.
Mann z Materną, ludzie świetli i poliglotni, udzielali kiedyś porad – jak się zachować w świecie — taktownie, asertywnie i, co ważniejsze, nie tylko milcząc w 15 językach, ale i mówiąc.
Nawet w 7.
Okazało się, że to bardzo proste.
I tylko szkoda, że szkolenie z języka węgierskiego MannoTernowowego duetu przeprowadziłem dopiero niedawno.
Ach, gdybym kiedyś wiedział, że wystarczy zamienić „s” na „sz” np. autobus to autobusz, i jusz, umiesz po węgierszku — to wszystko potoczyłoby się inaczej.
Podróżowaliśmy onegdaj między różnymi państwami, a bilety międzynarodowe na przejazdy kolejowe przez granice jeszcze nieSchengenowe były wtedy drogie jak lot w kosmos teraz.
Żeby nie zbankrutować od samego myślenia o cenach tych biletów — no i w roztropnym podejściu do podróży — wykorzystywaliśmy wyrobiony latami życia w dostatkach komunizmu spryt.
Otóż, wystarczyło dojechać do ostatniej zapyziałej – jak wszystkie przygraniczne wtedy – stacji przed granicą, przejść przez tę granicę nieśpieszną piechotką i wsiąść do pociągu byle jakiego, ale już w innym kraju.
Przy takim smart podejściu, pójściu i przejściu, taniość zostawała zachowana i wszyscy wygrywali.
Taki podróżniczy Specnaz.
Jeśli podróżuje się tanio i nigdzie ci się nie śpieszy, to ten mix autostopów, pociągów i spacerów jest najlepszym sposobem zwiedzania świata.
Oczywiście zaraz po siedzeniu cięgiem nad basem w jakimś kurorcie All Ekskjuzmi i robieniu sobie selfie z potrawami.
Ten sposób podróżowania jest oczywiście bezkonkurencyjny.
Wracając do tamtej śmiesznej, ale nieśpiesznej podróży, o której tu mowa – pierwsza stacja kolejowa za kolejną granicą była oddalona tylko o 2 km.
Ale odległości nie miały tu znaczenia.
Bo nagle jakby ktoś pieprznął się w głowę sztachetą.
Kroczysz i wkraczasz, a w krainie tej, gdzie kilometrami ciągną się radosne słoneczniki, obok nich arbuzy co ustawione na przydrożnych pryzmach stoją, i rozmiary małych ciężarówek mają, a ich sprzedawcy — przerażeni, że będą musieli zabrać to z powrotem jak się nie sprzeda — od rana pijają tokaje.
Tak, hercliś wilkomem w świecie ugrofiński.
To Węgry.
Węgry Wschodnie — dodam wymownie.
Jeśli wujek Google i ciotka Wikipedia są już na świecie, to zajmują się tylko wybraną grupką rozpieszczonych dzieci gdzieś w Dolinie Krzemowej.
Tu, w tej mieścince wielkości połowy najmniejszej dzielnicy Radomia, nikt o nich nie słyszał, a GSM, GPS, Internet, Roaming, Translator… to słowa, które jeszcze nie zostały wynalezione.
No cóż — idziemy, patrzymy i widzimy: sklep, stacja i arbuzy.
Metropolia to to nie jest.
Językami świata też tu pewnie nie władają, zresztą… my też nie.
Napisy — ach, jaka szkoda, że nie znałem wtedy węgierskiego tak dobrze jak teraz — nie wydają się nawet zbliżone do czegokolwiek.
„Az első állomás Kelet-Magyarországon, közvetlenül a román határ után.”
– Czy ty coś rozumiesz z tego, co tu jest napisane?
Są jakieś literki, ale to chyba inna planeta, nic się zrozumieć nie da.
Maorys piszący po gruzińsku w Mongolii z akcentem khoisan byłby bardziej czytelny!
Znamy węgierski? Jeszcze nie!
A oni znają polski? A po co?
Jakieś języki pośrednie, chybotliwie łączone te dwa odległe brzegi? Zapomnij.
No, to, proszę szanownę państwę, jestę w dupię!
Żadnego werbalnego kontaktu, a i czytelniczo też słabawo.
I jak tu kupić bilet, jak się w ogóle dowiedzieć, dokąd i kiedy jaki pociąg jedzie? I czy jedzie.
Może jakoś bułkę jakąś na migi się kupi.
Pocierasz brzuch, sprzedawca pociera palce, wydziera banknoty, wręcza pieczywo — i się z głodu nie umiera.
Ale tak żyć, aż do śmierci?
Nie!
To jak się stąd wyrwać, o może informacja kolejowa pomoże.
Najbliższa informacja kolejowa mieści się w kasie.
A w kasie, na tej stacji kolejowej — Węgierka. I bynajmniej nie jest to śliwka.
Oraz, jak sądzę, niepotrzebnymi językami na tej wspaniałej obcej planecie nie włada, gdyż są to zupełnie niepotrzebne wydatki energetyczne i bezsensowne zużycie neuronów.
Sytuacja szach-patowa, ale coś trzeba by wymyślić, żeby do końca życia – nawet krótkiego – tu nie zostać.
Ok, a co tam, nic nam już bardziej nie zaszkodzi, nim umrzemy tu pod płotem, zapomniani przez cywilizację — idziemy do tej kasy, może jakoś na migi się dogadamy?
– Mów!
– Ty mów!
– Ale w jakim języku?
– No, a jakie znasz? Mów w tych, które znasz, czyli po polsku. Co za różnica, i tak nikt nic nie zrozumie, będzie śmiesz…
– Czym mogę służyć szanownemu państwu? – nagle odzywa się (tu pszechodzę na węgierski który jusz znam) Węgierszka kaszjerka.
Najczystszą polszczyzną się odzywa, ta kaszjerka Węgierszka, która jak się okazało, była Polką, z Polszki.

Dodaj komentarz