#szosopasta na 800 słów, 4 minuty czasu czytania.
W środku nocy śpiącego w domu faceta budzi telefon.
Dlaczego nie miał włączonego trybu skupienia, wyłączonego dzwonka, trybu „cisza” czy innego braku powiadomień — tego tu nie rozkminimy; ale tym zajmą się wykwalifikowani śledczy.
W każdym razie — telefon dzwoni. On odbiera:
— Porwaliśmy twoją żonę, przygotuj sto tysięcy na okup…
— Chłopie — mówi ten, przetrzeźwiały tak, jakby nigdy w życiu nic nie pił i nie spał nawet minuty — moja żona śpi obok, ale… propozycja jest interesująca. To zdzwonimy się może jutro.
Tak, ta mrożąca krew w żyłach historia wydarzyła się naprawdę, ale zaprawdę wyglądała inaczej.
Bo to był zimny, deszczowy, „garncowy” dzień marcowy. Wycieraczki wątpliwej jakości i niepierwszej świeżości ledwie radziły sobie z morzem wody, które lało się na przednią szybę.
M. („M.” to tradycyjny kryptonim zwierzchnika, przywódcy, mistrza ceremonii — no i żony), w swojej bezdennej dobroci, jadąc „na miasto” do kosmetyczki, fryzjera czy może po inne tuleje do akceleratora, pozwoliła Mi_ zająć miejsce pasażera i podziwiać kunszt prowadzenia pojazdu mechanicznego bez wspomagania, klimatyzacji i z ułamaną anteną — we wroższym niż dżungla terenie zabudowanym.
Jak ona sobie radzi bez wspomagaczy, z tymi grubymi, mającymi na karku meny sezonów wielosezonowymi oponami, z szybami zaparowanymi bardziej niż w saunie i bez radia?
Nie wiem — ale ma parę w łapie dziewczyna!
W każdym razie: ja jadę kupić części zapasowe do mojego uziemionego pojazdu, ona mnie podwozi; deszcz leje, czasu mało, zimno, tłoczno — i tyle w temacie.
Kiedy dotarliśmy na podhurtowniane miejsce i wyskoczyłem centralnie w kałużę wielkości Śniardw, już w locie usłyszałem jeszcze:
— Tylko się pośpiesz! Fryzjer z włączoną tokarką nie będzie wiecznie czekał nad rozgrzaną hybrydą!
Czy jakoś tak.
Wyskoczyłem, szybkim kraulem przebiłem się przez ten drogowy akwen wodny i od razu pomknąłem, przemykając między kroplami jak Keanu Reeves między pociskami.
Wpadłem do hurtowni towarów luksusowych do pojazdów osobowych i, zakupiwszy piękny zestaw porcelanowych bezpieczników spiekanych na zimno fuzją jądrową w okolicach Jowisza (a przynajmniej próbuję w to wierzyć — bo tyle kosztowały), przedzieram się z powrotem.
Wracam, a oślepiony błyskawicami, nie widzę w ścianie szarego deszczu żadnego przejścia przez które można by się przedrzeć.
W końcu, uskrzydlony strachem przed zemstą fryzjera, jakoś się przedarłem. Łapię za klamkę odpalonego pojazdu, wsiadam, zasiadam i, patrząc przed się, gadam:
— Avanti!
I w tym samym momencie jakimś siódmym zmysłem… hmm… zaraz… zaraza — mam rozcieńczony 35% wzrok, pół słuchu, pseudowęch po kowidzie, smak tylko już teoretyczny i dotyk imadła…
Dobra — jakimś piątym i pół upośledzonym zmysłem czuję, że coś jest tu nie tak.
Coś mocno jest nie tak, bo atmosfera nagle jakby zgęstniała, a jakieś dziwne prądy i fluidy zaczynają przepływać w tym ciasnym wnętrzu.
— A co pan mi tu avanturujesz się?! Co się pan tu pakujesz z tymi paczkami?! — woła do mnie M., przywódczyni i żona, głosem zmienionym na męski i niezwykle lekko tylko zdenerwowanym — za to barytonem.
Rozglądam się na boki, wychylam przez okno w kontroli koloru, macam tapicerkę i sprawdzam stan licznika — tak, wychodzi mi, że auto niby to samo.
A w czasie i przestrzeni mnie też nie przeniosło, dlatego nagle wszystko mi staje… na głowie. I robi się jasne — w głowie.
To porwanie!
Pewnie dla okupu!
Ukradli Mi_ M.!
Tak jak w tym filmie dokumentalnym o Komando — zabrali, uprowadzili, a w aucie zostawili negocjatora.
„Będziesz fikał, to cię załatwimy, a resztę prześlemy do Paczkomat®”.
Co teraz? Pod czapką leniwie plączą Mi_ się myśli błyskawiczne. Co tu robić? Bo zapewne o powodzeniu tej misji decydują sekundy!
Chucku Norrisie, gdzie jesteś cholero, jak cię potrzeba?
Powinienem teraz, jak prawdziwy Arnold w Commando, wyciągnąć swoje podręczne AK-47, pociągnąć barytonowi serią — i dodać z grzywy.
Potem, wyciągając cygaro z ust, rzucić pod wąsem: „Złym jest zmuszanie kogoś do użycia siły… szczególnie tego, kto całe życie doskonalił się w tej sztuce”.
Następnie wstać, umalować się pomadką barwami maskującymi po ryju, owiesić pas gratami, i ruszyć falangą przed siebie, okrążyć jednoosobową grupą wszystkich wrogów — niosąc śmierć, zniszczenie, pożogę i sprowadzając na świat słuszny gniew Boży.
Taki Nemisis!
No ale, cholera, AK to kawał automatu i zaplątał mi się w poły dresu. Jestem też bardziej taki koci negocjator niż mężny zabójca, a z Bondem to mnie mylili tylko z wyglądu — w dodatku raz i dawno temu.
Siedzimy więc: ja z rozdziawioną gębą, gość z przymrużonymi oczami, a szukanie zagubionych w osłupieniu ciętych ripost trwa.
I pewnie trochę to potrwa, bo cięta riposta to coś, co przychodzi mi do głowy dopiero 24 godziny później. W końcu facet lituje się nade mną:
— Panie, tak… chyba pomylił pan auta. I tak, są takie same, a pańskie stoi, o tam, obok.
Dopiero potem – jak po podaniu kroplówek, defibrylatorów i cukru, kiedy wszyscy wrócili do siebie po wybuchach śmiechów – dowiedziałem się, że po mieście grasują dwa IDENTYCZNE (nawet ich cholerne rejestracje różnią się jedną cyferką) pojazdy i z upodobaniem, tak dla jaj, jak tylko jest okazja, parkują obok — wzajemnie sobie rysując w pomyłkach karoserię niepasującymi do zamków kluczykami.

Dodaj komentarz