#szosopasta na 1643 słowa, 9 minut czasu czytania.
Dzisiaj Dzień Bonda: Nadczłowieka, Najlepszego lekarstwa na każde zło i Nadziei na lepsze jutro.
Zaczęło się to jakieś 63 lata temu, nie licząc książek, i tak się to ciągnie, pozostawiając za sobą stosy stygnących zwłok, zawiedzione kobiety, zniszczone pojazdy i obalone imperia.
I naprawdę, nikogo nie dziwi, kiedy siedząc podpiętym pod 10-litrowe kubasy ze słodkimi, gazowanymi napojami, wciągając kilogramy popcornu z automatycznych podajników taśmowych i z zapartym tchem patrząc, jak Bond, James Bond, z uśmiechem i nową Omegą, zabija dziesiątki wrogów (stąd nazwa – „dziesiątkować”) i nawet się przy tym nie spoci?
Że zawsze ma bilet na dowolny lot, kasę przynosi w walizkach wyciągniętych magicznie jak asy z rękawa i nie ma brody, mimo że goli się raz na 6 do 12 lat (a niektórzy Bondowie nigdy)?
I to, że on, w tych swoich nienagannych garniturkach – z sardonicznym uśmieszkiem, szczęściem, co zawsze sprzyja – zbirów hurtem zabija, a każda kula go omija i nigdy nie myje zębów, a mimo to podczas zbliżenia z damami nie uciekają one z krzykiem najbliższymi drzwiami? Jeśli już padają nieprzytomne, to z innych powodów, nie z powodu smrodu.
Siedzi się na takim VIP-fotelu w atmosferze atmosu i nie duma się, skąd On bierze te modne garnitury i białe koszule – zawsze na czas czyste i w hurcie. Kiedy zmienia bieliznę i kto ją krochmali, czy piszą poezje żeby się odstresować, co zostawią w spadku potomnym i kim karmi rybki?
Tego w filmie nie widać, gdyż jest to zmanipulowane na ekranie!
W filmie pokazuje się tylko wybrane urywki i jedynie z pracy. Ładnie poklejone, częściowe ujęcia z szarej całości.
Ba, niektóre sceny to nawet są dokręcane w studio, gdyż antagonista protagonisty za szybko spadł z dachu i nie udało się zrobić dobrego ujęcia w live.
O tym cicho sza, bo się wyda. Tak jak w Formule 1, kiedy pokazują nam jedynie wyścig. Szara rzeczywistość jest pominięta i widać ją dopiero w filmie dokumentalnym na Netflixie.
Cóż, trudno się dziwić – na filmie nie pokazuje się życia prozy, by nie wzbudzać zbędnej grozy.
Popcorn ma się sprzedać (bo tylko na nim jest jakiś zarobek, kiedy w kinie jest 5 osób, gdyż to nie megahit i arcydzieło otarte o Oscara pokroju „365 dni”), budżety spinać, no i za długo by ten film trwał, a jeszcze musi się zmieścić godzina reklam i napisy tych, co za udział wzięli.
Dlatego Dziś, tego Dnia – dość z obłudą, wycinkowym pokazywaniem, jak w mediach społecznościowych – samych sukcesów.
Skoro to Dzień Bonda, to należy teraz rozsiąść się wygodnie, przygotować stosowne napoje (wódka), zakąski (ogórki) i przegryzki (grzybki) – bo poznamy tu Bonda dzień, jeden z prozy życia naszego Agenta.
I jest trochę inny niż na filmie, szczególnie jak się jest tyle lat (63) w zawodzie.
Wszystko zaczyna się rano. Jeśli Bond budzi się i nic go nie boli, to się odpręża i nie wstaje, gdyż wie, że umarł. Jeśli jednak (standardowo) coś strzyka w kolanie, kręgosłup po ostatnim upadku mocno niedomaga, a siniaki ładnie sinieją – to wie i czuje: żyje i czas do pracy.
Czy się tym martwi bądź przejmuje dwa lata przed emeryturą? Nie, gdyż praktyka czyni mistrza. Ważne, żeby nie popaść w rutynę i zwyczajnie: „rób, co lubisz, a nigdy nie będziesz pracować” – a można ciągnąć i do niewczesnej emerytury (w końcu zapieprzając na co dzień w garniaku, nie jest się w mundurówce).
Co do kobiet w tych zbliżeniach tak ładnie pokazanych – tak, tu jest gorzej. Wiadomo, kusi, ale agencka żona, ta, co stoi za plecami każdego silnego faceta, stoi i… i doradza – raczej te zbliżenia, łagodnie mówiąc, odradza.
I ma rację, mądra kobieta, bo kto by się tam chciał użerać z tymi wszystkimi pięknościami – jedna na co dzień w zupełności wystarczy.
Martini – wstrząśnięte czy zmieszane? Może w filmie robi to jakąś różnicę. Kiedy jesteś w ciągu pościgu, ciśnienie w żyłach jak w odwiertach roponośnych, a adrenalina w takim stężeniu, że można ją kroić – to w dupie się to ma i jedna cholera, ważne, żeby procenty były i to szybko.
Agent mieszka w bloku bądź lokalu kamienicznym. Tak, tak – a co, że w willi czy innym pałacu?
Bądźmy poważni – w bloku mieszka, w dodatku w jakimś nierzucającym się w oczy.
Kamuflażość i incognitość to podstawa – nie można Złoczyńcom ułatwiać złoczyństwa!
I w razie wpadki łatwo się przeprowadzić – mebli mało, a hipoteka na pałac z ogrodem tak nie uwiera.
Dobra, wstał – brawo!
Już jest pierwszy sukces tego dnia.
Ubiera się w garnitury od Toma Forda, buty od Crockett & Jones, Seamastery od Omegi i inne wszystkie te pierdółki.
Nawet jak nosi tylko golfa i skórę, to i tak jedynie najlepsze – trzeba wyglądać, c’nie? Reprezentuje się w końcu Państwo, jak cię widzą tak cię piszą, no i w kinie, jak ekipa kręcąca będzie się za nim kręcić po terenie, to w IMAX 8K musi wszystko dokładnie ładnie widać.
Wszystko to kosztuje furę hajsu, a robota Agenta – wiadomo, w budżetówce – więc pensja może i pewna, ale biedna. Składki trzeba odprowadzać, opodatkowane to wszystko, VAT-y, PIT-y i akcyzy. Ok, niby jest zwrot kosztów, ale nie zawsze paragon za tego drinka da radę wziąć, szczególnie kiedy nagle musi zaiwaniać po dachu pędzącego pociągu.
Skąd więc brać na ten cały szyk i klasę kasę, gdyż każdy wie: jak upieprzyć w robocie garniak, to taki za minimum 15 koła papierów?
Cóż, tak jak u handlowców żyjących z prowizji czy brygadzistów robiących na akord – musi iść, przyłożyć się w pracy, dobrze tropić i ostro killować.
Wtedy, jak jakiegoś jednego czy drugiego potężnego wroga wyeliminuje raz w tygodniu, to coś tam zawsze skapnie z tych fortun niebotycznych.
I warto też, być dobrym w bakarata czy inną ruletkę.
Agentura przymyka oko (wiedzą, jak jest), gdy czasem sobie dorobi przy stoliku czy prowizję pobierze z sejfu – byle bez przesady.
Do tego zrobi zakupy w dyskoncie, zamiast whisky single malt wypije Heinekena i jakoś dociągnie do pierwszego.
Dobra, bo czas leci. Śniadanie (potrójne espresso) wypite, cmok-cmok wife i trzeba podrzucić dzieci do szkoły, a siebie do roboty. Zanim się towarzystwo wygramoli pod budą z tego cholernego Astona – to, oczywiście, schodzi wiek.
Niskie to (dzieci… i auto), ale dwoje drzwi, miejsca mało.
Wszystkie SUV-mamy już go obtrąbiły do suchej nitki.
Fakt faktem, do odwożenia pod szkołę to się zupełnie nie nadaje – o kupnie szafki w IKEA nie mówiąc. Co poradzić? To jest sprzęt specjalistyczny i auto służbowe, dlatego nie ma co grymasić – zagryźć zęby i jakoś znosić.
Potem Bond wbija na „Bazę”. Przykładowa panna Moneypenny czy inna p. Grażynka przekazuje mu szczegóły misji.
Ten podwija tylko rękawy i 8 godzin jeździ (pościg), spada (spadochron), pływa (nurkując), podkłada (bomby), zabija (czym się da), główkuje (głową), rozkminia (rozumem), wygrywa (w karty), wypada (z pociągu), lata (helikopterem), zatapia (okręty podwodne), dostaje (w ryj) i oddaje (kopa).
Ot, takie tam standardowe procedury – typowe agenckie robótki, oczywiście z pełnym przestrzeganiem przepisów BHP. A nieraz i dłużej musisz robić (na szczęście są nadgodziny). Kończy w końcu, myje ręce, po drodze zakupy i do domu na obiad.
A na chacie oczywiście chryja. Bo znowu ciuchy usyfione krwią: – Agent, kurwa! Bądź RAZ poważny! Przejmujesz się w ogóle moją pracą?! Wiesz, ile to wysiłku kosztuje sprać taką krew?! Nie dałoby się czasem być UWAŻNYM bardziej!?
Teraz trzeba trochę udobruchać Agentos Wifos, bo w dodatku – cholera zapomniał – znowu karabinek i cztery granaty nieogarnięte zostały w sypialni na łóżku. Jeden się sturlał pod komodę, koleżanki przyszły i dziecko jednej zaczęło się tym bawić.
Był ubaw. Można powiedzieć, że się nieźle niemal rozerwały, no po prostu bombowo.
W domu, jak to w domu – młodzież się kłóci, kot znowu wyczuł arcywrogiego kota i fuczy. Wszystko boli po robocie, a trzeba jeszcze odkurzyć, śmieci posegregować i pancerna szyba pękła w oknie w salonie, więc czas wymienić.
Gdyż jak prawdziwy mężczyzna mówi, że wymieni, to co pół roku nie trzeba mu przypominać, a zdaje się, że właśnie minęło. – Gdyż nie tylko ty, Agencie z borzej gałęzi, w tym domu chodzisz do pracy! A kto ci zrobił dzisiaj obiad!?
No, a weź się spóźnij na taki obiad! Właśnie.
Raz taka była draka. Obudził się gdzieś (potem wyszło, że to Radom, a może Budapeszt… nie, Stambuł to był!) bez pamięci, po mocnym strzale gdzieś w okolice głowy, w klatę.
Mniejsza, ważne, że nastąpiła nagła utrata przytomności – niby normalne, kiedy człowiek dostanie postrzał i utonie w rzece po upadku z 40 metrów – i kto by się przejmował, ale tym razem zonk: oprzytomniał i nie wie, kim jest!
Wstrząs mózgu i chwilowa utrata pamięci. Weź teraz zadzwoń do domu, że się spóźnisz, jak telefonu nie masz, a numerów nie pamiętasz (kto teraz pamięta numery?). Ba, nawet nie wiesz, że jest jakiś obiad, i o 16.
Zanim doszedł i wrócił do siebie, i do domu ledwo żywy, to kilka dni minęło.
I co? Może: „Cześć tato? Co słychać kochanie? Ale fajnie, że już jesteś”? Nic z tych rzeczy!
– Spóźniony jak zwykle, była wywiadówka i pani się pytała, czym zajmuje się tata, nieposprzątane w piwnicy i że jeszcze raz taki numer, a przestaniesz się martwić o stan uzębienia, bo po co się martwić czymś, czego się nie ma!
Doprawdy, kto to widział – tak stresować człowieka po takiej delegacji?
Jeszcze ten cholerny kamuflaż. Mieszkanie w bloku czy apartamencie typu loft?
Kto to, kurwa, wymyślił? Ciągle się sąsiedzi zmieniają i same z nimi problemy.
Bo jest tak: przychodzi wieczorem skonany do domu po „pracy w hucie”, a tam za ścianą domówka czy inna impreza.
Martini ma już zmieszane z wódką i z wódką, i do tego zimna wódka czeka.
Chciałoby się po prostu odpocząć, wypić jednego cholernego drinka z żoną i z procentami.
Raz pójść spokojnie spać! Czy to tak wiele?!
To nie – hałas i śmiechy do późna.
A człowiek zmęczony, w stresie i czasem sobie zapomni, że „licence to kill” jedynie w pracy, i z przyzwyczajenia, odruchowo… No, wiadomo, mniejsza z tym.
W każdym razie – sąsiedzi zmieniają się dość często, ale na szczęście zawsze jakiś cmentarz, jezioro lub las są niedaleko.
Tak, tak właśnie wygląda prawdziwy Bonda dzień.
Ale Dzisiaj Najlepszego, James!
A jutro, do roboty.

Dodaj komentarz