#szosopasta na 723 słowa, 4 minuty czasu czytania.
S.O.S.
Było tak: przez wieki… dobra, dziesięciolecia — nie było takiego wyjazdu, który byłby bez sensu.
Wbić w noc nad morze tylko po to, by na przez na nie patrzeć przez piętnaście minut?
I jechać tam przez dziewięć do 12 godzin, drogami kategorii „komuna” — przez ciemne centra miast, dziury pseudoobwodnic, krótkie produkty autostrado-podobne — wystrzegając się nocnych rowerzystów, którzy rowerów używają już tylko do podpierania, niechodzenia na czworaka albo leżenia połową (nie wiadomo, czy tą homo, czy sapiens) w rowie?
Jasne! Czemu nie?
Kawa w Wenecji i powrót do roboty?
Ruszamy? Proszę zapiąć pasy!
Po kolegę do Amsterdamu?
Cóż szkodzi? Spróbujmy!
Ekipa z pod Zakopca zaprasza?
Już jestem. A to jeszcze raz!
Nie było odległości dość dużej, czasu wystarczająco krótkiego ani pieniędzy dostatecznie małych, żeby były przeszkodą.
Taki charakter? Owsiki? Głód życia? Potrzeba przygód? Ciągła ucieczka przed rzeczywistością? ADHD?
Kto wie?
I tak płynęły lata, rodziny część cierpiała, druga czerpała, aż pewnego zimnego, jesiennego dnia — jakieś sześćset lat później, czyli niedawno — miałem pojechać do Grazu. A może Garażu… nie, do Gierzwałdu!
I w głowie nagle, zapaliło się Mi_ pytanie „Ale po co?”
No właśnie, w tym problem.
W końcu padło to magiczne, wcześniej nieznane!
Chybamchorym, hmm… kurde, i jakby ująć odpowiedź, w jakimś zgrabnym przykładzie z życia.
Może tak:
Gdzieś nad Atlantykiem rozpływa się mgła, a atmosfera staje się przejrzysta jak oczy dziecka.
Nagle widoczność sięga nieskończoności — i gdyby teraz być w Krakowie, można by oglądać Tatry z bezpiecznej – od Zakopanego – odległości.
Po jakimś czasie, gdzieś na horyzoncie, warstwa chmur zamyka się w sklepienie; pół drogi do księżyca żarzy się różowo i łososiowo w promieniach zachodu.
A dalej — kolejne chmury, opatulone deszczem jak ozdoby choinkowe bibułką, przebłyski czystego nieba, cumulonimbusy strzelające do siebie dwudziestokilometrowymi piorunami. Niebo w niebie w niebie.
W takim anturażu leci Airbus 380 na wysokości przelotowej – jakieś jedenaście kilometrów nad wodą, i z osiemset na godzinę. Pasażerowie w trybie bezpiecznym, wszystkie systemy sprawne, a we Włodawie przybyło.
Nasz Airbus sunie przed siebie jak hotel, który na chwilę zapomniał, że nie ma fundamentów, albo jak chrząszcz, który nie wie, że jest za ciężki, żeby latać, a mimo to lata.
Sytuacja stabilna, spokojna i pełna profesjonalnej rezerwy.
Nagle na tej idylli pojawia się rysa.
To myśliwiec Eurofighter — zabójcza mieszanka prędkości, pocisków, kompozytów, aluminium i tytanu.
Ten co prędkość zamieniona w krzywe, nagle, z Mach 2 schodzi do tempa tego ociężałego 380 wozu; i hamując niemal wbija gałki oczne pilota w potylicę.
Pilot myśliwca, podlatując, zdejmuje rękę z przepustnicy, gałki oczne na swoje miejsce wciska, a przycisk radia naciska.
Głos ustawia w tonacji profesjonalisty, który od lat „najlepiej wie, jak jest”:
— Airbusie, co tam, nuda?
— No, nuda…
— To pa na to.
I robiąc nagły start, dźwięk zostawia daleko w tyle.
Wznoszenie, zawrót, nurkowanie — pokaz precyzji, mocy, szybkości i wigoru w geometrii ekstazy.
Po pionowej próbie dotarcia do słońca nagle rezygnuje – robi odwrót, zwrot i nawrót, i pikując w stronę morza, próbuje sił charakterów, nerwów i zwieraczy z żarłaczami.
W ostatniej chwili, tuż nad falami, kiedy wie, że znów wygrał, wyrównuje, wyciąga sprzęt nad wodę i efektownym piruetem pionowopoziomym przez ogon — wraca na kurs.
— No, Airbus — pyta proforma, gdyż wie — I jak, fajnie, nie?
Przez chwilę trwa cisza.
Oniemieli z zachwytu?
Zesra… Zamarli ze strachu?
A może to z podziwu?
W końcu A380 rzuca do mikrofonu:
— No, ba, bardzo fajne. Robi wrażenie, ale spójrz na to!
Nastaje nagła cisza.
Pilot myśliwca uważnie patrzy — taki kolos, co tu odwinie?
Ale nic się nie dzieje. Airbus leci dalej prosto, z tą samą prędkością.
Nuda, jak na polskim filmie, tylko wyjść nie ma jak.
Po piętnastu minutach pilot Airbusa przez radio pyta:
— No co, i jak było?
— Ale co? Już? Coś się zadziało, coś przegapiłem? – dopytuje skonfundowany Eurofighter.
Z radia słychać lekki śmiech, wręcz widać ten spokojny, profesjonalny, wyrobiony latami doświadczenia półuśmiech:
— Wiesz co, Myśliwcu w Eurofighterze? Przez te piętnaście minut wstałem, przeciągnąłem się i poszedłem na tył, do toalety.
A potem jeszcze była kawa, i do tego ciasto… moje ulubione, czekoladowe. Fajnie, c’nie?
…Ta, prawda, trochę mi zeszło, żeby odpowiedzieć jakąś ciętą powyższą ripostą na to, że skoro nie jadę do Grazu czy innego Gierzwałdu to jestem DSM (Dziad Stary Marynowany).
No tak, ale nie jestem Mark Twain — i cięta riposta nie przychodzi mi zaraz po dwudziestu czterech godzinach.
Ale za to, być może morał tej opowiastki jest ciętszy od szybkiej, nieprzemyślanej, 24 godzinnej riposty:
Otóż, kiedy jesteś młody, prędkość i adrenalina są wspaniałe. Gdy dorośniesz i zmądrzejesz, nauczysz się, że wygoda i spokój też mają swoją wartość.
Nazywa się to „S.O.S”: Slower, Older, Smarter. [Wolniejszy. Starszy. Inteligentniejszy].
No, chyba „S.O.S”: Starość, Ojczulku, Starość.
Kurwa, skoro to tak…
To niech mnie ktoś dobije.

Dodaj komentarz