„Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie międzyplanetarne.
Wstaję rano za piętnaście trzecia czasu ziemskiego, choć w przestrzeni to już raczej względne. O tej porze promieniowanie tła jest najstabilniejsze.
Golę się wieczorem, bo w stanie nieważkości człowiekowi zarost fruwa po całej kajucie.
Śniadanie jadam na kolację, żeby nie marnować kalorii w cyklu hibernacyjnym, a skafandra nawet nie zdejmuję, bo mi się nie opłaca rozbierać po śniadaniu.
Więc tylko się budzę, sprawdzam poziom tlenu i wychodzę.
Do punktu startowego mam pięć tysięcy kilometrów. To w zasadzie nic, jeden skok atmosferyczny.
O czwartej za piętnaście startuje wahadłowiec transferowy z orbity geostacjonarnej. Zazwyczaj i tak nie zdążę, ale mam dobrze, bo jest przepełniony. Wszyscy lecą do Lagrange’a.
Więc biorę kurs na stację Księżycową. To godzinka. Potem szybko przeładowują mnie do konwoju Helios-Express, bo paliwo z He-3 ma priorytet. Inaczej się rozkłada.
W punkcie L5 wysiadam, podpinam się do trajektorii Mars–Ceres i łapię transasteroidowy wahadłowiec. Na Ceres przesiadka na prom „Galileusz”. Jonowy, cichy, do samego Jowisza. Tam to już z górki: Orbita transferowa 119 na Io, potem 122 na wektor przejściowy w kierunku Saturna, przesiadka na cykler przy pierścieniu F, i jestem w domu. To znaczy w robocie na Enceladusie.
I jest za piętnaście siódma czasu ziemskiego! To jeszcze mam kwadrans, więc w mesie biorę obiad z tuby, żeby po misji już nie musieć się rozmrażać. I góra 22:50, według zegara relatywistycznego, wracam na Ziemię.
Golę się. Jem śniadanie. I idę spać w kriokapsule.”
Jak ja szanuję tego gościa.
Cóż za ogarnięcie, determinacja, organizacja!
A ja? Ja nienawidzę wstawać w nocy. Nie, źle się wyraziłem – nie nienawidzę, ja po prostu KURWA NIE WSTAJĘ!
Jestem sokołem, nie jakimś skowronem. My w nocy śpimy!
Ale cóż zrobić, kiedy czasem trzeba? Robota typu: „Udaj się do ciepłych krajów, poznaj ciekawych ludzi, a potem ich zabij” sama się nie zrobi.
Służba nie drużba – szczególnie w prywatnym sektorze. Człowiek nie orzeł, i jak może, orze.
Dlatego dla mnie zarządzanie czasem jest bardzo ważne – szczególnie tym nocnym, kiedy każda minuta jest na wagę spania.
Ktoś nie wierzy?
Proszę bardzo, eksperymencik: jak się pójdzie spać o 22 czy o 23… mała różnica. Ale kiedy trzeba wstać o 6, lub o 6:05 w nocy?
Emocjonalna Przepaść!
Psychologiczna Bariera!
Obcy – decydujące starcie!
Na szczęście mam „zajebiście silną psychikę” oraz wolę (tak silną, że robią ze mną, co chcą) i wewnętrzny zegar, który zawsze pokazuje właściwą godzinę.
To pozwala mi na racjonalną czasogospodarkę, rozsądne zarządzanie minutogodzinami, optymalne wykorzystanie każdej śpiosekundy.
I dzięki temu się nie spóźniam, trafiam na czas, jestem punktualny jak kometa Hajleja.
To pozwala mi nie marnować ani grama czasu i nerwów – sobie oraz innym.
Jasne, był czas, kiedy nie bardzo wierzyłem w ten mój wewnętrzny zegarek. Nie ufałem niezawodnej biologii, dlatego kupiłem sobie zegarek z budzikiem (i siedmioma melodyjkami), ale po trzech próbach wypróbowania budzika dałem spokój.
Jak, do cholery, mam wypróbować działanie tego doskonałego sprzętu – co obudzi na siedem różnych melodii – kiedy budzę się minutę przed jego zadziałaniem?
Co teraz? Mam udawać, że śpię? Może się budzik nabierze?
Dałem spokój. Zegarek mam, ale nie stosuję – a mimo to i tak nie zasypiam.
– I zdanżam!
– Zdążam!
– No, właśnie, pan też zdanża!
Tak było i tamtym razem.
Miałem bardzo tajne, ale mało fajne, bo nocne, spotkanie umówione na 3:15 – i ani minuty później.
Każdy wie, jak to jest w tej robocie: szybkie przekazanie obiektu, nieznany łącznik, teren obcy, ciemno, wszędzie czai się zło, a może i wróg.
Nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Każda minuta, ba – może i sekunda – decyduje o powodzeniu takiej misji.
Żeby nie marnować ani sekundy drogocennego czasu, przygotowałem się już wieczorem.
Dojazd na miejsce, ze sprawdzeniem, czy nie mam ogona, zgubieniem go, gdyby był, bez zwłoki szybkie ukrycie ewentualnej zwłoki i wytarcie siedzeń – 45 minut.
Pobudka na kawę, na kawę i na kawę – 20 minut.
To, jakbym nie liczył… Zaraz, kalkulator, już liczę, tak – wychodzi tak: pobudka 2:10:00.
Bo dla sokoła, w nocy, każda minuta snu jest ze złota.
To dobranoc się z Państwem.
Restart systemu in progres…
…Obudziłem się, jak ustalono, standardowo 2:10:00.
I ani sekundy wcześniej – gdyż my do czasu musimy podchodzić po gospodarsku! Szczególnie do tego cholernego – nocnego.
Wstałem, a w czasie kiedy robiła się kawa, żeby mnie obudzić, dokonałem precyzyjnych, automatycznych, opatrzonych specjalnymi normami, latami trenowanych procedur ablucyjnych i ubierawczo-przygotowawczych.
Golf miałem jeszcze z wczoraj – tak zmięty że nie trzeba prasować, spodnie – przewidująco i teleskopowo ułożone obok łóżka, skarpetki schludnie ustawione obok obuwia.
Tu nic nie pozostawiono przypadkowi.
Jeszcze tylko kawa kilkukrotnie wysączona, śniadanie – wzorem mistrza – zjadłem już wieczorem.
Deszcz nie pada, nie muszę brać trencza.
Torba w dłoń, a na bagnet – broń.
Dokładnie jak w zegarku (tym na ręce, telefonie, kuchence oraz ścianie) – 2:30:00 – udałem się do wyjścia, celem zejścia, wyjścia, pójścia i pojechania.
Wsiadłem do auta i – zgodnie z zegarkiem (tym na ręce, telefonie, w aucie i radiu) – ani sekundy wcześniej, pojechałem na spotkanie.
Zgodnie z planem i procedurami, póki co, wszystko przebiega cacy.
Może poza tym, że ten, kto wymyślił tę porę i czas na spotkanie, jeszcze o tym nie wie, ale raczej już nie żyje.
Oj, dobrze ja sprawdzę węzły na sznurze, którym zwiążę worek, kiedy już wezmę tego planistę na przechadzkę nad jezioro.
O 2:59:59, kiedy byłem dokładnie w tym punkcie czasoprzestrzeni, który był przewidziany harmonogramem rozpisanym przez superkomputery z NASA, sprawdzonym przez najnowszy Zuchongzhi 2 – 66-kubitowy, nadprzewodzący komputer kwantowy z Chin – i jeszcze dodatkowo, bo maszyny… wiadomo, są omylne – na liczydle, w radiu cichutko ustawionym na „trójkę” podali:
„Bip, jest 27 października 2024 roku, ponownie minęła godzina druga! Pamiętaj o przestawieniu wskazówek zegara do tyłu. Dzisiaj śpisz godzinę dłużej.”
A wśródnocną ciszę rozdał nieludzki, jakby sokoli, zawodzący wrzask.

Dodaj komentarz