Turysta

Dystopia 2042.
Tekst oparty na prozie Ziemowita Szczerka.

„Zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, co jest dla ciebie dobre.” — Bertrand Russell.

Był ktoś kiedyś w Korei Północnej?
Ja byłem.
W tym połączeniu skansenu z obozem koncentracyjnym dla minimalistów.
Minimum jedzenia, minimum posiadania, minimum wiedzy, minimum wolności.

Plan na dzień? Wielbienie umiłowanego przywódcy, poprzez wysłuchiwanie w kółko, jak gdzie indziej jest źle i praca od świtu do nocy, bo Umiłowany umiłował sobie wybudowanie bomby i zakup nowego modelu Ferrari.

Kiedy Rosja upadła, mówili, że Putin zrobił z niej drugą Koreę Północną.

Ale to nieprawda — w Rosji jest gorzej.
W Korei Płn. mają chociaż czyste ulice.

Jest 2042 rok, dwanaście lat po zakończeniu ośmioletniej wojny w Ukrainie.
Wojny, która była przecież tylko samoobroną, zakrojoną na góra trzytygodniową akcją specjalną, reklamowaną: „jedź na krótki urlop, poznaj nowych ludzi i ich zabij”.

Podczas tej krótkiej „wycieczki fakultatywnej”, która trochę się przedłużyła, większość zdrowych ruskich mężczyzn została przyrządzona przez czołgi na tatar à la Ukraina.

Część została upolowana przez drony podpięte pod salony gier w Tokio w grach wojennych online.

A reszta okaleczona przez miny — i odesłana w ramach prezentu dla rodziny: „miał wrócić w jednym kawałku, ale oddajemy jeden kawałek” — może się przyda na czarnym rynku organów.

Teraz Rosja to kraj upadłych.
Śmieszne. Ci, co wrócili, to byli kryminaliści, aktualni psychole, uzależnieni od alkoholu, narkotyków i zabijania — mordercy, ale bohaterowie wojenni z orderami i dozgonnym szacunkiem.

Szkoda, że im ten zgon nie nastąpił przed powrotem.
Do niczego normalnego już się nie nadają, więc przestępczość jest wszędzie.
Taki ruski mir.

Służby — jak sama nazwa wskazuje — służąc robią, co mogą, by głodny, uciemiężony i wyniszczony naród nie podniósł słabej, bo słabej, ale wielomilionowej ręki na tych, którym ten raj zawdzięcza.

„Nie wiem, czy Bóg istnieje, ale jeśli tak — to ma bardzo specyficzne poczucie humoru.” — Kurt Vonnegut

Owszem, jestem wyrachowanym cynikiem, ale robiąc to, co robię, muszę taki być.
Nie wierzę już w dobro i zło — nie po tym, co widziałem na świecie.
Jeśli Bóg istnieje, to tworząc człowieka musiał mieć zajebistego kaca.

Po rozpadzie Rosji, we Władywostoku oglądałem wykop pod tunel na Alaskę, który miał zbudować Musk.
Dobre miejsce na przemyt głowic jądrowych lub… okrętu podwodnego.
3 tys. km do cywilizacji, w lecie bagna i komary porywające krowy, w zimie… cóż — zimno.

Widziałem Afganistan, Bejrut, Czeczenię, Damaszek… Ural, Węgry i Zabrze.

Ale w Matuszce – w sercu Rosji – nie byłem od lat.

W tym, co z niej pozostało po tym, jak kolejne regiony, pod dowództwem kolejnych watażków, odrywały się od niej.
Po to, by powrócić do świata, w którym na półkach są towary i można się po nie przejść bez obaw, czy snajper Wania nie popił i nie trenuje.
Gdzie działa niekontrolowany internet z dostępem do PornHuba, a w kinach można oglądać inne niż radziecko-rosyjskie podniosłe wymiociny.

Tak, teraz rzuciłem się na głęboką wodę i jadę przez Białoruś do Moskwy – stolicy tego, co zostało po upadku i rozbiciu Wielkiego na Wsze czasy Mocarstwa.

Po śmierci бацьki Łukaszenki, kiedy uprawy ziemniaków wróciły do normy, a produkcja alkoholu i papierosów weszła na odpowiedni, globalny poziom, Białoruś wróciła do Europy.
Której częścią przecież zawsze była!

Wybudowano linie… ok, linię kolejową o cywilizowanej, europejskiej szerokości torów; i w miarę szybkim pociągiem wygodnie dostałem się do Mińska.
By tu przesiąść się na kolej szerokotorową – za to wolną – w kierunku Moskwy.

Na granicy żołnierz pogranicznik, z lekka jakby wymięty – albo zmęczony udawaniem wielkich rosyjskich superludzi, albo czymś się przytruł (trzeba wiedzieć, co się konfiskuje) – chodząc od przedziału do przedziału, które pamiętałem jeszcze z PRL-u (z tym ich niezapomnianym smrodem wymieszanych woni wódki, potu, braku sprzątania, pozwolenia na palenie i przelotowych kibli), sprawdził mi bardzo dokładnie paszport i wizę.

Załącznik znalazł, ale się nie uśmiechnął, oddając mi dokumenty.

Stosując się do Protokołu Zachowania i Estetyki Wojsk Pogranicza, musiał wyglądać i zachowywać się idealnie, dokładnie i majestatycznie.

Cóż, jak kraj – taki majestat.
Nieszczęsnej Rosji ciut go zabrakło po tym, jak prawie kompletnie wyniszczyły ją sankcje, które spadły na nią po „samoobronnym” ataku na Ukrainę w 2022 roku.

Ale oczywiście, jak w każdym kraju totalitarnym – pozory na pierwszym miejscu.

– Wilkommen in Rossija – w końcu powiedział żołnierz.
– Thanks – odparłem, a on przeszedł do kolejnego etapu żmudnej, nudnej i nie wiadomo komu i do czego potrzebnej kontroli.

Rozumiem, że mógłbym od nich wywozić jakieś niesamowicie ważne rzeczy, nie wiem… worek cebuli czy napromieniowaną cegłę.
Ale co mogłem przywieźć, że tak się bał?
Pewnie się bał, że coś przeoczy i kto inny zarekwiruje kontrabandę.

Spokojnie, maładiec, tego, co wiozę, nie znajdziesz.

Nienerwowo poprawiłem na nosie nieprzydatne już za chwilę inteligentne okulary.
AI, połączenie z siecią, informacje na bieżąco wyświetlane w polu widzenia – wszystko to za kilometr przestanie działać.

Cóż… sankcje.
Sieć rosyjska działa w innym systemie niż reszta świata i jest szczelnie kontrolowana.
Dobre i dioptrie – wzrok już nie ten.

„Welcome to the real world.” – Morfeusz.

Czekała mnie naga rzeczywistość. Bez filtrów. Non stop i nie kolor.
– Tylko na zdrowie to wyjdzie – zaśmiała się Swietłana, sąsiadka z siedzenia obok.
Jechała na chwilę do rodziny, podzielić się wypracowaną sprzątaniem w Mińsku pensją. – Zobaczysz pan, jak wygląda prawdziwy świat.

Po dwóch godzinach stania w polu, wypełnionym w większości nerwowym czekaniem – pociąg w końcu ruszył.

Rosyjskie terytorium przywitało mnie potężnymi flagami.
Wypłowiałymi, poszarpanymi, smętnie zwisającymi z potężnych, podrdzewiałych masztów.
Obraz potęgi.

W koło pełno kobiet objuczonych tobołami, mężczyźni palący i klnący na czym świat stoi, porównujący „zachodnie bogactwo”, w którym dawno już uczestniczyła Białoruś.

To kolejna część imperium, które miało należeć do wymarzonej Wszechrosji, a w ostatnich latach uciekło od coraz bardziej obumierającego kadłuba Rosji.
A może od zwykłego Związku Radzieckiego, do którego chciał wrócić Putin?

– Wszystko przez tego chuja – mówili. – Dobrze, że w końcu umarł.

Tylko szkoda, że o dwadzieścia lat za późno.
Cóż, dopiero co stawiali pomniki Stalinowi.
Pamięć ludzka jest zawodna.

Władimir Putin nie wysadził się razem z całym światem bombą jądrową.
Nie strzelił sobie w głowę w bunkrze.
Nie został otruty, choć kilka sobowtórów ponoć tak.
Nie oddał też władzy.
Ot, po prostu umarł. Ze starości.
A kiedy to się stało – dwie dekady były już dla Rosji stracone.

Po wielu monotonnych godzinach przysypiania dotarłem w końcu do Moskwy.

Kiedyś była bogata – widać jeszcze część tego bogactwa – ale niewiele z tego zostało.
Nieutrzymywana i nieremontowana, bo naprawdę nie ma za co – sypie się.
Jak to mówią: syfa pudrem nie wyleczysz.

Na Placu Czerwonym jakiś protest. Dzieciaki ubrane po zachodniemu krzyczą, żeby precz z sankcjami i żeby uznać Rzeczywistość.

Rzeczywistość to wygodny slogan: Rosja nie uznaje secesji swoich terytoriów – od Krymu po Władywostok – czyli, jednym słowem, nie chce uznać takiej Rzeczywistości, a od tego zależy zniesienie zachodnich sankcji.

„Cały naród odbuduje dobrobyt” – głosi wielkie hasło na częściowo podświetlonym billboardzie.

Na ulicach stare samochody – mercedesy, BMW i Volkswageny z początku XXI wieku – wtedy jeszcze robiono długowieczne pojazdy. I chińskie elektryki.

Rozglądam się za stacjami ładowania tych elektryków. Przecież poszły jakiś czas temu w świat informacje, że Rosja też w to zainwestowała, ale żadnych nie widzę.

Więc albo to kolejna propagandowa brednia, albo ludzie ładują te tanie chińczyki kablami puszczonymi z okien bloków.
Putin mówił przecież o otwarciu na „ekologię samochodów elektrycznych”.
Trudno się dziwić – uzależnił się od Chin całkowicie.
To co miał mówić?

„Rosja przyjmuje zmiany klimatyczne ze zrozumieniem i otwartymi ramionami”.

Cóż… może w końcu będzie cieplej i milej w tym kraju, i „być może w końcu coś sensownego zacznie rosnąć na północy”.
Nie sądzę, wylezą stare trupy z roztopionej tundry, jeszcze bardziej zrobi się wesoło… i ciepło.

„Wykorzystuj takie talenty, jakie posiadasz; lasy byłyby bardzo ciche, gdyby nie śpiewały w nich żadne ptaki oprócz tych, które śpiewają najlepiej.” – Henry van Dyke.

Tak, czas wyjaśnić, co tu w ogóle robię.
Cóż, to proste.

Po latach embarga na wszystko, sankcji na jeszcze więcej (nawet na hiszpańskie klozety) i braku czegokolwiek.
Kiedy brakło części do aut, samolotów, lodówek, a ropa i gaz tak staniały, że petrorubli brakło nawet na wysiłek wojenny.

I kiedy nie miał już kto pracować, bo robił za mięso na froncie, kiedy Putin w końcu umarł, do wszystkich w końcu dotarło, w jakiej są dupie.
Że jedzenie kartofli ze słoniną nie zaprowadzi ich do dobrobytu i potęgi Wielkiej Rosji, ordery ciężko się trawi, a dewizy są niezbędne.
Dlatego każdy na tyle szalony turysta, który chciał przyjechać i je zostawić, i każdy towar, który udało mu się przywieźć, byli mile widziani.

No to jestem.
Ale turystą tylko po wierzchu – jestem przemytnikiem, z wizją na zarobek życia.

Ktoś wie, co to Kwantokryształ?
Pamięć kwantowa?

Przezroczysto-czarny, z delikatnym połyskiem, kiedy wewnętrzne warstwy migoczą jak gwiazdy w miniaturowej mgławicy. Produkowane przez „ARX-K”, „MemNoir” lub nielegalne „ChernStack”.

Ten mały kawałek syntetycznego kryształu (centymetr długości, kilkanaście gramów wagi), którego wnętrze zbudowane jest z kontrolowanych defektów krystalicznych i nanowłókien węgla, jest bezcenny nawet w cywilizowanym świecie.

Bo dzięki nim wewnątrz tworzą się stabilne stany kwantowe, które mogą przechować ogromne ilości informacji w postaci splątanych kubitów.

To jedyny nośnik, który mieści tysiące terabajtów danych w fizycznie maleńkim kawałku i jest praktycznie nieodczytywalny bez odpowiedniego „klucza rezonansowego”.

Odporny na typowe formy kradzieży danych, przechowuje prawdę, kompromaty, rodzinne nagrania, zakazanych artystów, dowody zbrodni i bogactwa w kryptowalucie.

Na czarnym rynku płaci się krocie, nie tylko za pamięć, ale i za to, że ktoś inny ma twoją historię – możliwość jej przywrócenia, pokazania światu.

Kronika wojny zawarta w jednym krystalicznym „zwoju” – dowody mogą obalić propagandę i zaprowadzić przed trybunał.
Medalion rodzinny zawieszony na szyi – zapłacisz za ucieczkę przed FSB, przekupisz gangi, nakupisz ogórków kiszonych pod wódkę na dekady!

Kradzież, szantaż, chaos.
Przechowywanie kryptowalut.
Co tylko kto zapragnie.

Są różne warianty, ale ja mam te najdroższe – MemNoir – luksusowe, drogie, używane przez elity.

Zainwestowałem w nie dużo swoich ale przeważnie nieswoich pieniędzy, kilka osób oddało też życie, bym – kiedy wrócę z jednym z nich i zapisanym na nim kluczem kryptowalut – był milionerem.

Tak, no i jestem w końcu w Moskwie.
Turysta i dewizowiec, co nie znaczy, że mogę sobie chodzić, gdzie chcę.
Kontrola.

Zawieziono mnie do hotelu „Orbita”.
Stoi przy dawnej alei Nowy Arbat, dziś zarośniętej chwastami i billboardami, których od lat nikt nie wymienia.
Kiedyś był to czterogwiazdkowy hotel sieci państwowej – z restauracją na dachu i fontanną w holu.

Teraz gwiazdki z elewacji zniknęły razem z ostatnim remontem.
O fontannie nic nie wiadomo.

„Orbita” to miejsce, które wciąż przyjmuje gości z Zachodu.
Ma prąd, ciepłą wodę i recepcjonistkę z dewizowym uśmiechem.

W folderach promocyjnych wciąż piszą, że „widok na rzekę Moskwę zapiera dech”, choć zza okna widać tylko parking z porzuconymi trolejbusami i bazar, gdzie handlarze sprzedają przemycany, reglamentowany towar, a babuszki próbują przetrwać do jutra, sprzedając brukiew i bimber w słoikach.

Hol oświetlają jarzeniówki, część nie działa. Z sufitu zwisają kamery, które wyglądają, jakby niczego już nie nagrywały.
Ale nagrywają.

Na ścianach – zdjęcia Moskwy: czyste ulice, reklamy, tłumy ludzi z telefonami.
Fikcja dla naiwnych.
Dziś jakby ciszej.

Czasem tylko mikrobus z turystami z Berlina, Oslo czy Japonii zatrzymuje się przed wejściem, a przebrany za przewodniczkę funkcjonariusz bezpieki tłumaczy coś gościom, którzy rozglądają się, jakby byli w muzeum cywilizacji, która się nie udała.

W pokojach – tapety pamiętające pierwsze sankcje, telewizory kineskopowe z trzema działającymi kanałami, Wi-Fi tylko z dostępem certyfikowanym przez władze.

Ale łóżka są czyste, a za odpowiednią dopłatą można dostać działającą klimatyzację.

W barze podają importowane piwo, które może i kosztuje dużo więcej, ale za to smakuje jak lokalne.
Z głośników cicho sączy się „Hotel California”, w którym ktoś zmienił słowa na rosyjskie.

„Życie składa się z wydarzeń, które zachodzą pomiędzy tym, co wiemy, i tym, o czym dowiadujemy się zbyt późno, by temu zaradzić.” – Nauczony Błędami.

Hotel „Orbita” to jedyne miejsce w tej części Moskwy, gdzie Zachód może się zatrzymać.
Na tyle bezpieczne, by przetrwać noc, i na tyle prawdziwe, by jej nie zapomnieć.
W holu kręcą się cwaniacy.

FSB przymyka na to oko – nieformalny kontakt z западник jest jednym z niewielu możliwych sposobów zdobycia towarów, których sprzedaży Rosjanom zabraniają sankcje.
– Phones, glasses, my friend? – podpytują mnie cwaniacy, a zniżając głos: – Microchip?

Nie, chłopcy, nie robię w drobnicy, nie mam mikroczipów na handel.
Miam coś innego, ale nie zamierzałem tego sprzedawać jakimś randomowym cinkciarzom spod hotelu.
Nie stać was.

Wiem, gdzie za mój towar zapłacą każdą cenę, bo tylko nielicznym udaje się je zdobyć.

A jednostkom przemycić i przejechać tak, żeby nie wykryli.
Ja… mam swoje sposoby… i
I nie muszę już nigdzie chodzić, te sprawy załatwia się teraz inaczej.
Sami przyjdą.

Kładę się na łóżku. Zakładam dłonie za głowę, a nogę za nogę.
Teraz zostaje tylko czekać.
Kontrahenci przyjdą do pokoju. Odbiorą towar i przeleją mi krypto.

A to będą wielkie pieniądze.

Problem z rodzajem ludzkim polega na tym, że regularnie przerasta nasze najgorsze wyobrażenia na jego temat.
Jesteśmy podłymi, nikczemnymi istotami, parzącymi się w błocie, które same stworzyły, z oczami wzniesionymi ku niebu, które zaludniamy duchami, żebyśmy mogli w nocy zasnąć i wymyślać coraz to nowe usprawiedliwienia dla naszych czynów.

Tak, ale za te pieniądze będę miał spokój i odkupienie za wszystkie grzechy, do końca swych dni…
Drgnąłem, nagle wytrącony z zadumy. Zadzwonił hotelowy telefon.
– Przyszli jacyś panowie, mówią „KGB” – służbiście zgłosił recepcjonista.

Uśmiecham się z ulgą. Wszystko się zgadza, „KGB” – służby zlikwidowane w 1991 roku – to umówione hasło.

– Dziękuję. Proszę wpuścić panów na górę.

Siadam w fotelu i wyjmuję kwantokryształy.
Pukanie do drzwi.

– Proszę!

Wchodzą. Czterech.
Dwóch w płaszczach, moda jak za dobrych gestapowskich czasów.
Dwóch w mundurach, najnowszy typ kałasznikowa przerzucony luźno, ale czujnie, przez ramię.

Blednę.

– Przywrócili nas do służby w zeszłym roku, światowiec, a nie wiedział… Pan?

Tak, to przyszło, prawdziwe KGB.

„Wy­obraź sobie, że je­steś mar­twy. Prze­ży­łeś już swoje życie. A teraz do­brze wy­ko­rzy­staj czas, który ci po­zo­stał”. – Marek Aureliusz.

Jedna myśl na temat “Turysta

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑