Dzisiaj w godzinach porannych, kiedy wstają tylko ranne zorze i nienormalni, jechałem drogą o nazwie nieważnej, a to co ważne – to że jednokierunkowej.
I tak się złożyło, iż mimo że jechałem nieprzytomny — kto to wymyślił, żeby nie spać o siódmej! — to jechałem prawidłowo.
A ten gość z naprzeciwka — nie.
Pech również chciał, że objawiło się nam obu przejście dla pieszych, przy których trzeba się było zatrzymać, bo piesi mają pierwszeństwo.
I się napatoczył jeden taki, a kiedy przeszedł już mój odcinek swoich pasów, niechcący przyblokował tego Znaprzeciwka.
To podjechałem te dwa metry i zrównaliśmy się ze sobą szybami.
A że facet w samochodzie z naprzeciwka miał uchyloną szybkę, bo jak palić, to tak, żeby się za bardzo nie zaciągać i mieć jak wyjebać peta.
Zatrzymałem się na jego wysokości (SUV), a mojej niskości (Niesuv), spojrzałem w górę — w prestiżowo, wysoko, w-SUV-nie zamontowaną głowę, co szlachetnie wieńczyła elegancko zawiązany krawat przy ganc wyprasowanej koszuli.
Od razu było widać – ewidentnie człowiek sukcesu.
Zląkłem się roztaczanego przez niego aromatu zajebistości i Armani, no ale brnę.
Powiedziałem mu, że jakby co, to ta droga jest jednokierunkowa, i że nie w tym kierunku, co podąża. I, że tak tylko mówię.
A on do mnie żeby się walił.
To przypomniało mi pewien aforyzm, pouczankę taką, co je ludzie tak bardzo lubią.
A jak się je jeszcze opatrzy w rzewną muzyką Zamfira i doda obrazek zachodzącego słońca — to już w ogóle, klękajcie nagrody, można sprzedawać na marketplejsach lub dorzucać do porannych życzeń „pysznej kawusi”.
Tysiące lajków gwarantowane.
Mądrość ta brzmi mniej więcej tak:
„Wychowanie i wynikająca z niego klasa to jedynka, którą stawia się na przędzie.
A za nią kolejne zera to wiedza, pieniądze, stanowiska, i dopisuje się je by rachunek zajebistości i sukcesu osiągnął tysiące, a u niektórych ludzi pokroju Trumpa czy Muska — miliony i miliardy.
Trump, jak każdy wie, wykończył 7 wojen i jedną łazienkę.
O Musku nie mówiąc.
I bez tej jedynki na przędzie, nawet największe wykształcenie, bogactwo czy doświadczenie są tylko zwykłymi zerami.”
A zero plus zero razy zero i zero to zawsze jest zero.
Wróciłem na ziemię, spojrzałem pod górkę na to lico pięknie wygolone, pod krawatką z jedwabi, w tym pięknym wypas samochodzie — a potem spojrzałem na siebie.
Ledwie żywy o tej barbarzyńskiej porze, we wczorajszym zmiętym jeansowym porze.
W golfie, co to się w niego mieszczę tylko jak go ponaciągam (ale ostrożnie, bo się dziury pod pachami powiększą).
Włos w nieładzie, wąs w rozkładzie, i tenisówki od kiedy mi noga przestała rosnąć te same.
I najgorsze dla prestiżu w Polsce: w aucie o milionach galaktycznych parseków (i nie wierz jeden z drugim w przechwałki Hana Solo iż Sokołem Millennium pokonał trasę na Kessel w mniej niż dwanaście parseków, bo „parsek” to jednostka odległości, a nie czasu), z lakierem wytartym do gołej blachy, a opony też gołe.
Skłoniłem uprzejmie głową, pojechałem dalej i pomyślałem wsobnie:
Ech kurwa, używam pełni języka, zer za tą moją jedynką mało, a i jedynka niepewna.
Nie no, nie dam rady, jest za wcześnie, a ja nie jestem godzien, by się zniżyć do jego wysokiego poziomu.

Dodaj komentarz