Ja rozumiem, że w mediach społecznościowych rządzą algorytmy.
Jesteśmy ciągle podsłuchiwani, analizowani, oceniani. I jak przeglądnę ofertę stołków, to za chwilę algorytm usłużnie podsunie mi wybór sznurów.
Oki, to w internecie… Inny, nierzeczywisty świat.
I nawet jak mnie coś nie interesuje i jest tak głupie, że aż muszę się zatrzymać, żeby pokiwać głową z niedowierzaniem – algorytmy wiedzą lepiej.
O, np. w ogóle mnie to nie interesuje, bo odrobiłem tę lekcję już dawno, a i tak na Facebooku co drugi post to elaborat o Heweliuszu.
Ktoś, co zna się na książkach – pisze o pisaniu o Heweliuszu i jak się wtedy ciężko pisało, bo huśtało i wiało a laptop nie miał podświetlanej klawiatury.
Ktoś, kto rozumie seriale – zachwala Heweliuszoseriale, aktualne bardzo ale szczególnie ten chilijski z lat 70., robiony w stylu starej etiopskiej szkoły katastroficznych filmów morskich.
Goście od betonu: pokład Heweliusza został zalany betonem – mamy za szafą jeden kawałek.
Influencerzy – byłem tam wtedy na miejscu, potwierdzam, że gdyby nie suplementy to bym nie schudł.
Dobra, wiem, że internet żyje swoim życiem, ale zaczynam poważnie brać pod uwagę, że całościowo żyjemy w Matrixie.
Jadę autem, nie ma internetu, włączam Polskie Radio – audycja o Heweliuszu albo reklama podcastu o Heweliuszu. Kurwa, nawet wysiadłem żeby ucałować ziemię i sprawdzić czy aby na pewno jestem live.
Jadę dalej, jest sieć – przerzucam się na radio internetowe. Program o Heweliuszu, reportaż o Heweliuszu, i : „nie zapomnij o naszej serii podcastów o Heweliuszu”.
Wracam do domu, w TV reklama serialu o Heweliuszu albo program, jak to tam było z tym Heweliuszem.
Nie da się nawet włączyć VOD, bo serial o Heweliuszu, lub „Heweliusz: historia prawdziwa”, albo reportaż o pewnej pani, co miała pomoc do sprzątania z pomorza, która ponoć stała na nabrzeżu, jak rok wcześniej zatonął Heweliusz, i 45-minutowa retrospekcja, co sobie wtedy pomyślała o chorobie morskiej i jak tam musiało być zimno.
Boję się iść wykąpać – kurde, mam wannę – tam będzie tyle wody, że na pewno gdzieś przykitrali Heweliusza.
A Jan Heweliusz żył sobie w XVII wieku, był gdańskim astronomem, browarnikiem i matematykiem.
I jednym z najwybitniejszych uczonych.
Chociaż żył w baroku, to był człowiekiem renesansu.
Facet samodzielnie zbudował obserwatorium na dachu swojego domu w Gdańsku, gdzie prowadził precyzyjne obserwacje nieba bez użycia teleskopu – tak się wtedy robiło domówki – no i ktoś te jego piwa musiał wypić.
Współczesny facet ma kłopoty, żeby w lodówce odkryć mleko, a ten gościu odkrył kilka gwiazdozbiorów.
Opisał powierzchnię Księżyca (coś dla płaskoziemców – nic nie wspomina o flagach, śladach i lądownikach) i sporządził szczegółowe katalogi gwiazd.
A nie miał Photoshopa!
Często też latał do Londynu, gdyż był członkiem londyńskiego Royal Society i uważany jest za jednego z pionierów nowożytnej astronomii.
Tak – Heweliusz był pionierem, a nie jakimś promem.
O fak! Nawet ja napisałem o Heweliuszu.

Dodaj komentarz