„Moja ulica murem podzielona
Świeci neonami prawa strona
Lewa strona cała wygaszona
Zza zasłony obserwuję obie strony”
Jedną z lepszych, nazywaną nawet „najlepszą powieścią szpiegowską wszech czasów”, jest Ze śmiertelnego zimna Johna Le Carre.
Akcja książki dzieje się w pewnym mieście schludnie podzielonym, praktycznym eksperymencie „na żywej tkance” różnych wizji społecznych>
Tyglu gotujących się emocji, miksie historii i niezrozumiałych decyzji ludzi z wizją, mających taki rozmach, że potrafiących z dnia na dzień, w środku Europy, postawić mur.
W Berlinie.
„Mój dom murem podzielony
Podzielone murem schody
Po lewej stronie łazienka
Po prawej stronie kuchenka”
Aż nagle sprawy przybierają nietypowy obrót. W nocy z 9 na 10 listopada w Berlinie Mur runął.
Chwilę sobie stał, w skali wszechświata to nawet nie jest mrugnięcie, ale jak wszystko, co pojebane i stworzone w mrocznych,
obłąkanych ludzkich głowach, szybko trafił go szlag.
„Moje ciało murem podzielone
Dziesięć palców na lewą stronę
Drugie dziesięć na prawą stronę
Głowy równa część na każdą stronę”
Mniej więcej wtedy właśnie, gdzieś w czasie obalania tego muru, tylko że gdzie indziej, miała miejsce akcja jak ze świata agentów specjalnych.
Przechodząc obok bloku (mieszkalnego) kolegi i widząc, że jest u siebie (świeciło się światło), postanowiłem go odwiedzić.
„Wszedłem” więc do niego. Tak się wtedy robiło – nie było telefonów pod ręką, żeby zadzwonić i dowiedzieć się, że teraz to nie, że może innym razem bo ma nieposprzątane.
To były takie czasy.
Żeby się z kimś spotkać, trzeba było do niego pójść.
A jak go nie było w domu, to trzeba było go poszukać.
I cieszyć się, gdy ktoś pokazał kierunek, w którym on poszedł.
Ludzi jakoś – mimo braku nielimitowanego internetu, sms-ów, WhatsAppów, Messengerów, e-maili, wideokonferencji i telefonu w każdej kieszeni – się odwiedzało.
Wpadłem więc w odwiedziny, a w ramach uproszczenia procedur „wszedłem jak stałem” – po balkonach.
Oj spokojnie, to było tylko 3. piętro. Myk, myk i już jesteś.
Cóż to jest dla wysportowanego nastolatka z nieograniczoną wyobraźnią?
Nic nie poradzę, że miał pokój po przeciwnej stronie drzwi klatkoschodowych!
Zapukało się w okno, gospodarz otworzył, powieka mu nawet nie drgnęła (jak to u zajebistego nastoletniego twardziela):
– A zapraszam, zapraszam! Wchodzić, wchodzić, nie ma co tak stać na krawędzi, jeszcze się spadnie no, i przeciąg jest.
„Moja ulica murem podzielona
Świeci neonami prawa strona
Lewa strona cała wygaszona
Zza zasłony obserwuję obie strony”
Od tego czasu minęło wiele lat, i kiedy przydarzyła się okazja, by uczcić ten wspaniały czas obalania murów, beztroskiego chodzenia po balkonach i giętkiego przeskakiwania barierek – postanowiłem skorzystać.
Przejeżdżałem właśnie nieopodal kolegi i pomyślałem: A zrobię mu niespodziankę, wpadnę, jak to onegdaj bywało – niezapowiedziany i niespodziewany.
Po pierwszym szoku może będzie nawet i śmiesznie. Szybka kawka, bon ton, lecę dalej, nie przeszkadzam, pardon.
Osiedle na którym przyszło mu żyć, piękne i strzeżone.
Płoty, barierki, i budka strażnika w stylu dopasowanym.
To jest porządna dzielnica, tu porządek i bezpieczeństwo to podstawa, i za coś się w końcu płaci.
Podjeżdżam przed szlaban, opadnięty:
– Dzień dobry, pan do kogo? – trzeba przyznać, strażnik kulturka!
– „Służbowo, na statek”!
– A „Miś”, Bajera! Znam, znam, ale do adremu.
– No tak, brawo, to nie ten film, ale nieważne. Ja do Pana Kowalskiego, niespodziewana niespodzianka.
– Umówiony?
– Słucham?
– Czy jest pan umówiony?
– A co to pana Szwajcara obchodzi?
– Obcych na teren nie wpuszcza się. Muszę zadzwonić i zapytać, czy mogę wpuścić.
– Człowieku! To ma być niespodzianka! Jak mamy go mile zaskoczyć, gdy będziemy dzwonić i pytać, czy mogę wjechać? Co to jest w ogóle, audiencja u Papieża?
– Proszę pana, to osiedle strzeżone. Nie ma pan pilota od bramy, a ja wykonuję tylko swoją pracę, proszę mi nie utrudniać. Nie wpuszczę pana na teren bez wyraźnej zgody właścicieli. Mam całą gromadkę dzieci i kredyt z WIBOR-em. Panie, ja nie mam wyboru!
Klomby pienie strzyżone, ludzie nie srają psami gdzie popadnie, wozy wymyte, kostka brukowa importowana aż z Włoch.
A do tego domofony, kamery, skanery, lidary, ochrony i kordony.
Cholera jasna, ależ się ten nasz lokalny, zaściankowy świat zrobił niebezpieczny.
Cóż, kiedyś mury się burzyło.
„Lewa strona nigdy się nie budzi
Prawa strona nigdy nie zasypia”

Dodaj komentarz