„Jednego Q nigdy by nie przyznał: że całkiem lubił te pikantne, pełne przesady opowieści. Bond był nieznośnym egocentrykiem z tendencją do strzelania ludziom w twarz. Niechętnie doprowadzał ich przed sąd albo, nie daj Boże, sadzał przy herbacie, żeby porozmawiać. Ale przynajmniej żył pełnią życia.” (Vaseem Khan – Q. Cząstka Strachu)
Nie lubię książek o Bondzie pana Fleminga.
Owszem, Fleming był cenionym autorem, i, choć styl miał miejscami archaiczny, jego książki są bogate w detale i mają psychologiczny ciężar. Mimo że są znacznie ciemniejsze oraz bardziej brutalne niż wczesne filmy, a Fleming opisywał Bonda jako „narzędzie”, które nienawidzi swojej pracy, nie odnalazłem się w tym. Ale jego słowa nie płyną w moim rytmie i mnie męczą.
Za filmami, poza wyjątkami, też nie przepadam.
Tak, starsi „Bondowie” (Moore, częściowo Connery) świadomie weszli w konwencję absurdalnej, kampowej rozrywki z gadżetami, nierealistycznymi pościgami i humorystycznym tonem.
Ale im te filmy starsze (lub ja), tym trudniej mi się je ogląda – zbyt rażące są braki w logice, błędy techniczne i coraz bardziej groteskowa stylizacja.
Craig – OK.
On w Casino Royale dał mi nadzieję na prawdziwego Bonda, człowieka, który żyje, krwawi, a upadki, zarówno dosłowne, jak i w przenośni, opanował w stopniu doskonałym i podchodzi do nich, jak już wstanie – z sardonicznym dystansem.
Ale Skyfall i Spectre, choć bywają chwalone za złożoność psychologiczną i rozwinięcie tła Bonda, jako całość mnie nie porywają. Być może są po prostu za długie.
Może specjalnie – by rachunek za popcorn, obliczany według skomplikowanego klucza, się zgadzał.
No, a No Time To Die… wiadomo, nie da się odzobaczyć.
Mimo to lubię Bonda. Lubię „Bonda” jako ideę.
Człowieka, który ma świadomość, że nawet jeśli jest pomyłką, to krótki będzie jej żywot.
A mimo to robi, co trzeba.
Kogoś, kto mimo wszystko znalazł równowagę między wartościami.
Zdaję sobie sprawę, że od samego początku seria była przedsięwzięciem komercyjnym, promującym luksus. Choć w erze Craiga product placement jest jeszcze bardziej inwazyjny, a komercyjny charakter serii jest jej immanentną cechą od dekad, irytuje mnie, że czasem to zwykły skok na kasę poprzez tanią rozrywkę.
Tak, mimo że jesteśmy wykorzystywani do podprogowego sprzedawania nam Omeg, Astonów, Tomów Fordów i innych zgrabnie podsuwanych gadżetów, to gdyby popatrzeć głębiej – w Bondzie, jeśli chce się to zobaczyć, widać coś więcej.
Gdyby obrać to z pięknych opakowań (choć ciężko – żyjemy w czasach, w których dla większości liczy się tylko opakowanie), widać kogoś, kto posiada zasady i stosuje się do nich, nawet kiedy nie są w trendzie, niezbyt popularne i wymagają ofiar.
Świat idzie w stronę relatywizacji. Wszystko da się usprawiedliwić – nawet największe skurwysyństwo można wytłumaczyć „dobrem większości”, głupotę obronić semantyką, a atak na inny kraj przedstawić jako samoobronę.
Kiedy adwokaci nie bronią praw, tylko używają ich dla własnych korzyści, politycy mają lepkie palce i nie reprezentują już nic prócz swoich interesów, żołnierze stają się mięsem na polu, a 2+2 nie dla każdego = 4, coraz wyraźniej widać, jak bardzo „Bond” jest potrzebny.
Ktoś, kto zrobi, co trzeba – ponad koniunkturą.
Kto, kierując się naturalnym kompasem moralnym, wymierzy sprawiedliwość, nie oglądając się na korzyści grup.
Kto w czasach mięczaków i sojowego latte weźmie na siebie odpowiedzialność za pociągnięcie za spust.
I, chociaż dres wydaje się wygodniejszy, robi to z lepszą klasą.
„Pod tą gładką, szpiegowską fasadą krył się człowiek, którego Q, wbrew wszelkim przeciwnościom, zaczął darzyć sympatią. Było w nim coś szlachetnego. Był nieugięty w swoim staroświeckim przywiązaniu do wartości, które z dnia na dzień coraz szybciej zanikały. Jego istnienie dowodziło, że w czasach chciwości i zepsucia wciąż są ludzie, którzy wierzą w coś większego niż oni sami. W dobro. Przyzwoitość. Dokonywanie właściwych wyborów, nawet jeśli nie zawsze wiadomo, gdzie przebiegają ich granice.” (Vaseem Khan – Q. Cząstka Strachu)

Dodaj komentarz