…Ciało ludzkie opiera się na konstrukcji z dwustu sześciu kości, połączonych ze sobą znanymi z zawodności stawami, które często trzeszczą, skrzypią i trzaskają, kiedy znajdują się w nie najlepszym stanie technicznym. Kurde, ciekawe w jakim są moje?
Ten szkielet obciągnięty jest trzęsącym się mięsiwem, wydęty workami z powietrzem i nadziany gordyjskim węzłem kanalizacyjnym, pełnym bulgocących kwasów i gazów pod ciśnieniem, spryskiwanym enzymami i rozpuszczalnikami produkowanymi przez ułożone wzdłuż niego ciemne, skruszałe bryłki genetycznie przeprogramowanego mięsa i wystarczy to nacisnąć ciut za mocno, by się rozlało na lewo i prawo. I kto to zaraz będzie sprzątał?
Tak właśnie sobie dumałem, kiedy leciałem, a lot zanosił się na długi. Miałem czas.
Doszło, a raczej dojechało do niego w dość prosty sposób.
Kiedy zdałem auto w serwisie i zdałem sobie sprawę, że nie dostanę pojazdu zastępczego (jeszcze panie czego!), a taksówkarze po ostatniej akcji mają embargo na obsługiwanie siwego w trampkach mnie, postanowiłem wziąć hulajnogę.
No co, z buta nie będę szedł.
Taką miejską, elektryczną wziąłem.
Małe kółeczka, z powodu wąskiej kierownicy niestabilność – poziom mistrz, 25 km na h i zerowa sterowność.
Ja pojadę wszystkim, styknie.
Po drodze zrobiłem podstawowe miejsko-męskie zakupy: piwo w szkle, chleb krojony, jaja sześć sztuk i dwie mrożone pizze.
Newralgiczne te przedmioty zamontowałem bezpiecznie w torbie zarzuconej luzem przez plecy i na bok, a pizze, w swych poręcznych, ale ponadgabarytowych pudełkach, umieściłem przed nogami, na hulajpodeście hulajnogi.
Spoko, nic im nie będzie, ten pojazd małokółkowy jest tak skonstruowany, że całkowicie uniemożliwia człowiekowi w moim wieku Bunny Hopy, Nose Manuale czy inne One Handery.
O, kiedyś to tak! Pewnie, ale teraz?
Stajesz, ruszasz, jedziesz prosto. Co tu może pójść… pojechać nie tak?
Jechałem z pizzopudełkami przygniecionymi butem na przedzie, a tom torbom na półplecach, kiedy nagle, chyba od drgań, pizze zaczęły się obsuwać.
Poprawianie nogą nic nie dało, może poza tym, że z lekka zaburzyło moją bardzo wątłą hulajnowagę (skrót od hulajnogi i równowagi).
I nagle sprawy, jak ta pizza, zaczęły się wymykać i dziać bardzo szybko.
Zaburzona równowaga z dołu przeniosła się na górę, kierownica w swej wąskości nie dała mi żadnej możliwości korekty.
Nawet nie wiem kiedy, walcząc o ciut stabilizacji (o życiowej już nie marzę, niech będzie choć chwilowa, hulajnogowa) i o niezgubienie ładunku, z chodnika zjechałem na ulicę.
Oczywiście z wysoka, przez krawężnik i jakby to ująć… jak to zwykle – zadziałało prawo Murphy’ego.
Prawo to mówi, że „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie”.
Jeśli kromka ma na sobie masło i spada, to spadnie masłem na podłogę, a jak możesz spaść z hulajnogi, ale ta sytuacja nie jest jeszcze na 100% pewna, to na pewno będzie studzienka kanalizacyjna, żeby ci pomóc.
Rozmieszczają je co pół kilometra, przeważnie są zapchane śmieciem, a wielkości znaczka pocztowego… I ona tam była, tak, ona dokładnie tam była… i czysta.
Murphy? Ty chuju!
No i właśnie wtedy, kiedy hulajnoga zablokowana studzienką nagle się zatrzymała, a jej nagle wytracona prędkość kinetyczna przeniosła się na moją masę, to wtedy właśnie rozpocząłem swój lot ponad kukułczym… kierowniczym gniazdem.
Czy tego chciałem, czy nie chciałem, sporo czasu miałem, żeby pomyśleć nad ciałem.
Nad towarem, który mam na półplecach, i nad tym, że lecę nad zazwyczaj dość ruchliwą ulicą prosto na jej środek.
I czy spisałem spadek, a jeśli tak, to kogo w nim wyznaczyłem do spłacania moich długów.
Nad tym, co napiszą na moim nagrobku, nie myślałem, to już dawno zostało ustalone: „I co się tak gapisz, też chciałbym leżeć na plaży nad morzem”.
I nagle Murphy został chyba ściągnięty w inne miejsce, bo w końcówce mojego lotu sytuacja uległa nagłej zmianie.
Nie no, nie dostałem skrzydeł, straż pożarna nie nadmuchała poduchy (chociaż czasu było dość!), ksiądz po poświęceniu Drwala na rozpoczęcie kultu w pobliskim McDonaldsie nie przyszedł i nie namaścił mnie olejami, i nie obudziłem się…
To moje ciało wzięło sprawy w swoje ręce, odcięło się od mojego bezużytecznego rozumu i wykonało latami ćwiczony, perfekcyjny, klasyczny pad przez ramię.
Okazało się, że ciało o wszystkim samo pomyślało, bo w dodatku zrobiło pad przez to drugie ramię, tam gdzie nie miałem torby z zakupami.
Kiedy po padzie od razu i błyskawicznie – jak komandos z połamanymi nogami, po nieudanym upadku z nierozłożonym spadochronem – wstałem do przykucu, natychmiast obróciłem się we wszystkie strony, szykując się do zderzenia z pojazdem.
Wtedy też kontem oka zauważyłem że: hulajnoga leży schludnie na boku przy krawężniku, pudła z pizzą obok, a z żadnej strony nie najeżdża samochód.
Ulica owszem, była zamarta, przerażona i cicha… ale pusta.
Kiedy już z martwych jakoś powstałem, podszedł do mnie facet z pieskiem:
…No panie, epickoś pan się wypierdolił – aż w pewnym momencie zacząłem dziękować Bogu, że tu obok jest zakład pogrzebowy i nie trzeba będzie daleko nosić zwłok.
P.S. W akcji nie ucierpiały żadne produkty. Piwo się nie rozlało, mąka nie wysypała, a jajka nie rozbiły.
Tak trzeba żyć!
Fak, niestety, żyć dalej…

Dodaj komentarz