Nie jest potwierdzone, że w postkomunie był taki program, który nazywał się „Po osiemnastej”. Nadawany po osiemnastej protoplasta „Darwinów”, kolega MdM, przecieracz szlaków dla TikToków.
Ale jest potwierdzone, bo sam widziałem, że tam, w krótkim skeczo-filmiku kabaretu „Pirania”, nasz bohater – facet w niepodeszłym wieku, w tenisówkach i t-shircie – zmagając się z losem, bierze się za bary z rzeczywistością.
Zamiast staczać się, stacza walkę sam ze sobą.
I wygrywa.
Widzimy tryumf woli nad materią… płynną.
Nasz Heros postanawia jeden dzień nie pić alkoholu!
Nic, ani grama, żeby nie wiem co.
Po prostu zero.
Gość bierze na tapet całą swoją silną wolę, stalowy charakter, niezłomny kręgosłup.
I żeby nie było łatwo – o nie! – nie jedzie na działkę pod lasem skąd wszędzie daleko, nie bierze nasennych tabletek, by przespać ten dzień.
Nie chwyta w dłoń odkurzacza, by działając jak w przykładowym ogłoszeniu –
„Sprzątam i myję okna za seks. Andrzej – tu podaję numer telefonu.”
„Zgadzam się. Roman, a tu mój numer telefonu.”
– sprzątać i się w tym zapamiętać.
Nie. Nasz protagonista, aby wypróbować swą silną wolę i delektować się zwycięstwem, nie ogranicza się do półśrodków.
Idzie pod monopolowy i proszę bardzo:
„Tam flaszeczki stoją pięknymi szeregami, łypią etykietami, migają zachęcająco, mienią się w słońcu. A ja? A ja nic! Zero, mnie to zupełnie nie interesuje!”
Ale kiedy tak patrzy na te alkohole, dochodzi – do słusznego zresztą – wniosku, że to jest żadna walka.
Co to za sprawdzian, kiedy on jest tu, na zewnątrz, a one tam, w środku? To po prostu śmiech, a nie test.
„Egzamin niezdany, proszę nas nie rozśmieszać.” – tak powiedziałby każdy profesor.
Ach „Docencie, docencie!” – zawyłaby na to Joanna Ka.
Dlatego tu idzie się na całość: Się wchodzi i kupuje dwie… hmm… nie, weźmie się jedną.
Tak. Teraz, mając wroga w zasięgu ręki, można będzie pokazywać swą żelazową wolę!
Zabiera ten syf do domu, stawia na stole, patrzy – i nadal nic. Gazetka, luzik, wolna sobota. Zupełnie go to nie rusza!
„Phi, proszę bardzo, mija kolejna godzina, a ja nic. One w sklepie, a mnie to nie obchodzi. Ona w domu, a mnie to zupełnie nie interesuje. Stoi na stole, a ja to pie… piękny bezinteresownik.”
I to jest stalowa wola. I to są żelazne dowody!
Ale… czy na pewno?
Zawsze trzeba doświadczenie przeprowadzić do końca, nie bać się eksperymentować.
Wyciąga kieliszek i wlewa ten cudny płyn, który – kiedy odpowiednio schłodzony i wlewany wprawnym ruchem – jest jakby „Jezus przechodził nam swą gołą, świętą stópką przez przełyk”.
Tak, on wleje, ale tylko do kieliszka. Po czym postawi i zostawi.
Będzie się wpatrywał, a nie wypije! To będzie ostateczny, wieńczący dzień sukceso-dowód.
„Proszę bardzo, wódeczka sobie stoi, jest dosłownie w zasięgu ręki. Wystarczy dokonać pochwytu, zgrabnym przechyłem – tak, by nie uronić nic z menisku – podnieść do ust i przelać w gardziołko. A ja co? A ja nic! Zero, mnie to po prostu zupełnie nie interesuje.”
Dzień niebawem dobiegnie końca. W TV skończyła się Wielka Gra, niedługo Cobra, i tu też zwycięska walka mocarzy powoli dobiega końca.
W końcu nasz bohater chwyta za kieliszek, i wypija zawartość, bo „Coś mu się w końcu za tę silną wolę należy!”.
To samo dzisiaj ja. Wyjeżdżając w trasę, postanowiłem zachować całkowity spokój.
Totalna obojętność, zero nerwów – no po prostu nic!
Człowiek z żelaza.
Dzień dobroci dla zwierząt, kierowców i debili.
Nawet jak już na wstępie, z podporządkowanej, wyjechał mi jakiś ciul i jadąc 35 km/h przy podwójnej ciągłej, katował mnie i swój pojazd, jadąc na trójce kilometrami – ja nic.
Uśmiechnąłem się tylko znudzony i z politowaniem.
I tak cały dzień. Kiedy oni zajeżdżali drogę, wymuszali pierwszeństwo, zmuszali do hamowania, nagłych manewrów przewidywania – jak Kasparow, 18 ruchów w przód – ja nic.
Kiedy, jak czasem w zoo, nie zawsze wiedziałem, z której strony klatki jest małpa…
Czy wysiadałem, by obrzucić ciula wiązką granatów?
Wyciągnąłem może automat, by pociągnąć durnej babie serią?
Pociąłem opony nożem typu Rambo, po wcześniejszym wycięciu inicjałów na lakierze?
Nie! Ja, proszę państwa, po prostu zero!
Totalny, absolutny, granitowy spokój.
Jak spiżowa armia z chińskiej porcelany.
Moja Wola jest przeważnie tak Silna, że robi ze mną co chce.
Lecz nie dzisiaj.
Dzień dobiegał końca. Wystarczyło już tylko dojechać do domu – prościzna – kiedy nagle jakiś zjeb w audi na angielskich blachach wyprzedził mnie na podwójnej ciągłej i pasach.
Wpieprzył się w lukę „ledwoledwo”, widoczną tylko specjalistycznymi mikroskopami, a na koniec tego wpieprzenia wypieprzył papierosa przez pieprzone okno. Prosto mi na maskę.
A co na to ja?
Jak nie wykonam dynamicznego manewru wyprzedania z poślizgiem.
Jak nie wbiję się zgrabnym łukiem, tnąc zakręt.
Jak precyzyjnie nie zaparkuję z piskiem!
Błyskawicznie wypadam z auta, dopadam drzwi i.
Wpadam do domu, gdzie „w końcu nasz bohater chwyta za kieliszek, wypija zawartość, bo coś mu się za tę silną wolę w końcu należy!”.

Dodaj komentarz