Bycie zawodowym zabójcą nie różni się zbytnio od bycia handlowcem.
A już od bycia handlowcem w sprzedaży bezpośredniej w zasadzie nie różni się niczym.
I tu, i tu:
- Klient jest hmm… jednorazowy.
- Trzeba szybko i sprawnie „sprzedać” towar, żeby „petent” się nie „rozmyślił”.
- Znać się na ludziach – i dopasować „argumentację” do profilu psyche to podstawa sukcesu misji.
- Pracuje się samemu w obcym terenie i z niechętnym „nabywcą”.
- Wynagrodzenie jedynie od „sprzedaży” zakończonej sukcesem.
- Słabi w tym fachy „odsiewani” są bardzo szybko.
- itp,
- itd.
Nie tak znowu dawno temu, był czas kiedy przez chwilę można było łatwiej wykonywać ten… te niełatwe fachy.
Czas kiedy nosiło się maseczki. Tak samo jak przy napadaniu na bank, operowaniu żywych organizmów lub sprawdzaniu, czy młode organizmy siedzące od 47 godzin „u siebie” w gawrze są jeszcze ciepłe.
A jeśli tak (cóż za rozczarowanie), to maska była najlepszym akcesorium by nie zejść, kiedy się tam w to piekło weszło, celem wyprowadzenia młodzieżowy – siłą spokoju – z pokoju.
Tak było.
Nosiło się te maseczki na co dzień już w marcu, mimo że Główny Lekarz Kraju w lutym się z tego śmiał i mówił, że to przecież bez sensu.
Ale cóż było robić, skoro zamówili sobie całego „Antonowa” (największy samolot świata) maseczek i policzyli, że z rachunku wychodzi, iż jednak trzeba nosić.
No to się nosiło.
Pracę mam taką bardzo podobną do bycia handlowcem lub zabójcą (niepotrzebne skreślić).
Zanim cement w wiadrze zwiąże – przekonuję nieprzekonanych, ale na wszelki wypadek dobrze związanych – żeby jednak byli przekonani.
W miarę możliwości i argumentów (co tam jest pod ręką) zachęcam ich tak, żeby po tym przekonywaniu nie czuli się pokonani, mało byli połamani i, broń Panie załamani, a betonem już dłużej niezalani.
Ogólnie znam się na swym fachu, dbam o szczegóły, jestem niczym John Wick – cierpliwy, skupiony i skrupulatny – lecz, no cóż… bywają w pracy czasem takie dni… Trudne dni.
Spotkanie z kolejnym nieprzekonanym klientem do przekonania miałem w centrum dużego miasta.
Miejsce – biurowiec dość wysoki, miejsca parkingowe pod nim tylko dla posiadających abonament, a miejsc „pod nim” brak.
Po minutach niespiesznej jazdy sukcesywnie oddalającej mnie od meritum mej wizyty – nadal miejsc brak.
Na szczęście, już jakieś 1,5 km dalej jedno się znalazło: wolne miejsce – płatne w platynie lub bitcoinach – ale jest.
Koszty jakoś się rozliczy.
Uruchamiam swój plan platynowy, wykupuję miejsce, zgrabna wysiadka wysportowanego, gibkiego co jest po przejściach ciała mego, i spacer.
Robię te 1,5 km z buta, a delektując się świeżym miejskim powietrzem, po drodze czujnie obserwuję dziwne spojrzenia przechodniów.
Hmm…
O co im może chodzić? Owszem, jestem przyzwyczajony, gdyż emanuję trudną do zdefiniowania aurą „lepiej mnie nie wkurwiaj”, ale bez przesady, nie w takiej ilości.
„Ludzie, nie jestem taki zły, na jakiego z twarzy wyglądam!” – myślę.
Szczególnie jak się mnie nie zaczepia.
Jednak dość już dumania o bzdurach, czas się skupić na pracy, bo w końcu jest – wejście, do którego z takim zaangażowaniem zmierzam.
A przy nim, na połowie ściany, różnej maści z 50 domofonowych przyciskodzwonków.
Śmiesznie to wygląda – każdy inny.
Dlaczego każdy musi mieć swój i za punkt honoru uznano, że inny niż reszta?
Nie wiem, zapewne nie ma co namolnym petentom ułatwiać, a może się zniechęcą i zaniechają najścia?
Ogniskuję soczewki, skupiam wzrok – i jednak jest – czyimś zgrabnym pismem nabazgrano: „Firma Kabestany i spółka”.
Tak się składa, że to im dzisiejszą mą wizytę dedykuję i składam.
Ding-dong:
– Można wejść?
– Zapraszamy, skoro trzeba to można wejść, 5. piętro!
Bzzzzzyyyyyt.
Jest winda.
Po naciśnięciu guzika i odczekaniu ciągnących się, długich minut już wiem, iż chwilowo po mnie nie przyjedzie.
No tak, przecież powiedziano wyraźnie: „trzeba” i „wejść”.
Cóż, pamiętam, że problemy techniczne zdarzają się windom już od czasów Otisa.
W dodatku dysponuję jeszcze nóżkami, a skoro przeszedłem półtora kilosa i jestem rozgrzany, mogę przecież pójść, przejść się i wyjść w pionie po schodach.
Wchodzę.
Na 5. piętrze kolejne drzwi, szklane. Tu wielka ulga i spore ułatwienie – mamy już tylko pięć firm do rozkminienia.
Ten, kto dotarł aż tu, na pewno już wie, który nacisnąć dzwonek, więc te są takie same, ale nie podpisane.
A może były napisy, tylko się odkleiły? Albo spocone po marszu paluchy je zmazały?
Nie wiem, w dodatku nie wiem też tego, któryż to do Kabestanów.
Naciskam więc wszystkie.
Po czasie określonym jako „kilka Went” (Wenta – jednostka czasu mierzona rzutem przez całe boisko w piłce ręcznej) wychodzą trzy różnej fajności, podobnie zamaskowane panie, ale żadna właściwa.
Kiedy zobaczyłem maski, coś zaczęło mi świtać, więc poza emanacją potem, teraz zaczynam też emanować tą „trudną do sprecyzowania aurą”.
Jedna z zamaseczkowanych lituje się w końcu nad sobą, mną i całym jeszcze niespalonym piętrem, i mówi:
– A tak, wiem, Kabestany! To ja im przekażę, że pan jest.
W końcu wychodzi Kabestanowa. Zamaskowana.
– Można wejść, ale jakbym mogła poprosić o założenie maseczki. Wie pan… zaraza grasuje i my się tu boimy. Nie, nie wirusa – sanepid robi inspekcję.
– Ok… to ja może pójdę do auta, bo właśnie sobie przypomniałem, że maseczki zapomniałem.
Tak, wyjaśniły się spojrzenia po drodze.
Kolejna szybka akcja: schody, drzwi, dookoła budynku, 1,5 km do auta. Jest maska. 1,5 km do budynku, drzwi, domofon – bzzzyt, schody, drzwi na piętrze.
Niech to szlag… Nie zapytałem jej, który to ich dzwonek!
Przecież nie będę znowu dzwonił do wszystkich. No, ale co mam zrobić?
Dzwonię.
Uff… Kilka się wychyla, wychodzi jedna.
– Zapraszam.
Dyrektor Kabestan, dla którego tu jestem, próbuje mnie wysłuchać, ale oddech mi się trochę rwie w tej masce, no i druga rundka na schodach po… ile to tego było – 4,5 km? – też kojąco na mnie nie wpływa. Coś chyba w końcu zrozumiał, może w niezamaskowanych oczach zobaczył, bo mówi:
– Wie pan co? Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani, ale jakby pan zostawił ofertę i wizytówkę, to się odezwiemy.
– Wie pan co? To ja zaraz przyniosę, w aucie zostawiłem…

Dodaj komentarz