ŻUL – Życzliwy Uliczny Lud nie ocenia człowieka, lecz szansę. Każdy grosz jest mu cenny i każdy gest doceni. Tak, na ŻUL-a zawsze można liczyć…
Ok, ale po kolei.
Grudzień to miesiąc dobroczynności. Nagle okazuje się, ile osób wymaga pomocy, daru, datku, paczki, wsparcia. W maju tego nie widać (pewnie dlatego, że ciepło), w listopadzie też nie (chociaż nieciepło) i tylko grudzień otwiera tę czakrę dobroci.
Czy to złe? Pewnie nie, na pewno ciut irytujące i dające do myślenia: dlaczego to tak?
Każda okazja do czynienia dobra jest dobra, chociaż lepiej by było, żeby taka robota odbywała się nie tylko we fleszach, w grudniu po południu i na wizji, a w ciszy, nieustająco i na co dzień również.
Potrzeby nie występują tylko wtedy, kiedy zakutani w szale, w zakupów szale, łaskawie podzielimy się dobrem i dobytkiem, w skrócie dobrobytkiem.
Mam taką niegrudniową zasadę, iż nie od wielkiego dzwonu, kiedy w kieszeni dzwoni grosiwo, bez względu na okoliczności (no, chyba że to jest nóż przy gardle), dzielę się gotówką z każdym, kto poprosi.
Nie da się w ułamku sekundy przeskanować czyjegoś życia by ocenić, dlaczego nie zasługuje na naszą pomoc.
Przewidzieć się nie da, czy ten czasem zapity i pachnący ujemnie, nie wyda tych pieniędzy zgodnie z deklaracją — na jedzenie.
Jeśli nawet deklaruje, że: „Kierowniku, na piwko, tak suszy!”, to trudno. A może będzie to flakon jego ostatni?
Co kto z tym zrobi — jego sprawa. Ważne, co robimy my.
No i mamy wspomniany grudzień, karnawał dobroczynności. Szlachetne paczki, dobroczynne oglądanie reklam i cała reszta akcji, aukcji i atrakcji.
Po sklepach się szwędam, brzęczę monetą, a wkoło tabuny zapuszkowanych, licencjonowanych Śnieżynek.
Z uśmiechem, co kafle pieców hutniczych roztopi — nagabują, proszą, zachęcają… i nawet na mnie nie spojrzą.
Owszem, wiem, emanuję trudną do zdefiniowania aurą: „lepiej mnie nie wkurwiaj”, ale mimo to żadna, w szczytnym celu, się nie przełamie.
Nie to co ŻUL.
Na niego zawsze można liczyć.

Dodaj komentarz