Samotne wędrowanie po górach w czasach przedinstagramowych było mistycznym przeżyciem. Człowiek był młody, oczytany Mayem i Tomkiem w krainach, a wyobraźnia buzowała w nim niczym radioaktywny izotop.
Idzie się, a co gałąź, to wrogi Indianin, za każdym węgłem czai się wróg, chociaż wiesz, żeś tu sam… bo nie ma jeszcze mediów społecznościowych, więc i idiotów, u których dopamina się dopomina (poza mną), tu nie ma.
Jeszcze nie wiedzą o wbieganiu bez koszulek na szczyty, chodzeniu w kozaczkach po lodzie i pozowaniu do zdjęć na środku jeziora w stylu: „Zróbmy to szybko, póki do nas nie dotarło, jakie to głupie”.
I za coś się przecież GOPR-owi płaci!
Już ciemno i środek prawdziwej zimy (zimy wtedy jeszcze nie wiedziały o globalnym ociepleniu).
Jestem tu całkowicie sam. Tylko ja na całej Planecie.
A potem w prześwicie między gałęziami zobaczyłem niebo. I gwiazdy.
W kosmosie, szacunkowo i tylko w tym widzialnym, są 2 biliony galaktyk (2000000000000), a każda galaktyka zawiera kilkaset miliardów gwiazd. To daje circa about jakieś 200 tryliardów (200000000000000000000000) gwiazd we wszechświecie.
Plus minus dwie.
Ta… no to szanse, że jestem sam we wszechświecie, są… ujemne, z tego co widzę.
No i szlag wziął całą tę intymną atmosferę samotnego twardziela, który niczym Rambo się przedziera.
Nad tymi i innymi sprawami dumałem, kiedy zmierzałem, sukcesywnie realizując Swój Plan: do Krakowa autostopem, potem autobusem, następnie trawersy graniami, wspinaczki żlebami, wspinaczki z czekanami, by na końcu pić grzańce w schronisku z innymi „górnikami”.
Szedłem i – jak to w górach o tej porze – śnieg był wszędzie.
Niebo gwiaździste nade mną, śniegi przepaściste przede mną.
Cudownie. Dajesz, jak Sylwek!
Jak na wytrawnego, świeżo nieprzyjętego do komandosów piechura przystało, przedzierałem się tempem równym, stabilnym i energicznym.
Jeśli „energicznym” można nazywać szuranie kikutami z odmrożeniami czwartego stopnia w trzystopniowej skali, przez świeżo spadły po pół uda śnieg, w lasach tak daleko od sadyb ludzkich, że ścieżkami znanymi tylko białym niedźwiedziom.
W ciszy, jakiej już się nie usłyszy, łagodnie swym igliwiem szumiały potężne choinki.
Szedłem co szerszymi przecinkami na azymut – gdyż jeśli były tu gdzieś jakieś szlaki, to dawno zatarł się po nich wszelki ślad.
Przedzierałem się, nie zrażając przeciwnościami – po to właśnie chyba się chodzi w góry. I jasny przyświecał mi Cel – wspomniane wino grzane. W doskonałej komitywie.
Sił nie brakowało. Jak to dwudziestolatkowi. Buty kupione w pewną sobotę na stadionie, impregnowane specjalnymi środkami, z dożywotnią gwarancją i 100% nieprzemakalności, przemokły już na sam widok tego białego, co je czeka, jeszcze w autobusie.
„Dożywotnia gwarancja” – ciekawe, czyjego dożywocia?
Ale nic to, bo już niebawem – wszystko zostało zaplanowane na mapie z dużym dodatkiem wyobraźni – w schronisku, które obrałem za finał tej wyrafinowanej wyprawy, będę mógł je zzuć, wyżąć, wysuszyć i wyrzucić.
Lodowate zimno nóg, w ramach cichej rekompensaty i wymiany cieplnej, uzupełniałem gorącem całkowicie spoconej „góry”.
Na szczęście, będąc doświadczonym piechurem, przewidziałem to, dlatego pod sweter Made in Turkey włożyłem bawełniany podkoszulek i koszulę flanelową w kratkę twarzową.
Kiedy moja niezawodna biologiczna machina, przedzierając się przez nieubity, ciężki śnieg, generowała olbrzymie ilości ciepła, ten podkoszulek skrzętnie je magazynował, flanela wchłaniała, a poliester swetra skutecznie zatrzymywał. I całość dociśnięta plecakiem ze stelażem – tu nie zmarnuje się ani gram energii.
Myślenie strategiczne ma kolosalną przyszłość!
– Jest super! Ależ jest super! – Schronisko już chyba niedaleko, a tam wesoły ogień w kominku, wrzątek do herbaty („i nie musi być letni, gdyż nigdzie mi się nie spieszy”), grzane wino, gitar brzdąkanie i śpiew takich samych jak ja traperów, wędrowców, piechurów, i górskich górników opowieści, że oka na bezdechu nie zmrużysz – dodaję sobie w myślach animuszu, bo trochę strach w tę ciemną, cichą noc tak samemu.
Raźniej poczułem się na ten widok wyobraźniowy.
I impreza do rana.
W końcu to sylwester!
Zerknąłem na zegarek siedmiomelodyjkowy ale za to bez podświetlenia. Już chyba późno – i naparłem mocniej na zwały nieprzebytych zasp, aż pod ciśnieniem zachlupotała radośnie świeżo roztopiona woda w mych butach szczelnych w złą stronę.
Raźno zadarłem nogę ubraną w zlodowaciały dżins – przecież kowboje tak się nosili i żyli!
Przełamałem twardą zmarzlinę, lodową misterną strukturę i ruszyłem jak kowboje – z kopyta.
Gwiazdy wędrowały, gdy wędrowałem, zachodziły, gdy podchodziłem i wirowały radośnie gdy w końcu, przemoczony, zziębnięty, głodny, spragniony i utrudzony – bardziej poczułem niż zobaczyłem światło.
Tak jest! Czuć dym z komina, prawie widać światła przytulnych wnętrz, niemal słychać gwar czekających z grzańcem na niespodziewanego gościa.
Schronisko w polskich Beskidach – to każdy wędrowiec lubił najbardziej, kiedy po trudach całodzienno-północnej wędrówki dotrał w przytulny, bezpieczny, ciepły, zimowy, schroniskowy kąt!
Owiany już przyjemnie ciepłym dymem z komina, bezzwłoczne (póki nie ma tu jeszcze żadnej zwłoki) przyspieszam i podchodzę raźno – na ile się da na odmrożonych kikutach – odśnieżonym dziedzińcem. Strzepuję buty, by woda choć częściowo wypłynęła z nich górą i by nie nanieść tego białego gówna do sieni.
I zanim chwycę za klamkę, zerkam przez zalane potem oczy na kartkę do niej przybitą:
„Schronisko z powodu prywatnej imprezy sylwestrowej – nieczynne. Najbliższe czynne schronisko – idź prosto, a po 60 km na zachód skręć w prawo.
Życzymy szampańskiej zabawy i Do Siego Roku!”
Lubi łazić zimą w nocy po górach?
No to bon voyage…

Dodaj komentarz