„Osz ty, Niemcu! Aleś odwalił numer! No, po tym to ja cię tak nie zostawię. Nie chcem, ale muszem – jak powiadał klasyk. Takich numerów się nie robi, a człowiek dojrzały (czyli ja?) nie pozostawi tego bez odpowiedzi!”
To wszystko właśnie (albo podobnie) pomyślałem, kiedy zobaczyłem ten obrazek, co go właśnie ujrzałem. Może i nieczęsty to widok, ale i niesporadyczny, szczególnie u tych niezbornie pogubionych.
Nie ma chwili na zwłokę. Wskakuję do mego „Francuza” 508 i atak!
Ta, no wiem, tamto to Audi – widać po olimpiadzie na klapie. Niebieskie, dwie dwururki z tyłu… jak odsłonięte lufy karabinów maszynowych Mossberga czy inny Maschinengewehr 42.
To nie atrapy, tu żartów nie ma. Z klapy łypie krwiste, jak umaczane w posoce pokonanych wrogów „S”.
Będzie ciężko dopaść takiego moim – umówmy się, że dobrym, ale jednak – roboczym koniem. Pociągowy tak, ale pościgowy to on nie jest.
Jakoś dam radę. Muszę! Nie mogę mu odpuścić, nie w tej sytuacji!
Oj, dobra, wiem, może ma te 20-calowe kute alufelgi, skóry alcantara na fotelach Recaro i z 800 koni… ale ja mam… ja mam! Hmm, no właśnie, co ja mam?
O! 35-letnie doświadczenie mam! I też mam „S”. W kabinie.
Ruszam.
Profesjonalista byle czym zrobi wszystko, amator wszystkim zrobi byle nic!
Lecz dość już tych patetycznych bzdur… czas się zmierzyć z problemem, który dość żwawo ucieka.
Sobie tam pewnie myśli, że jak „Francuz”, to tak jak podczas drugiej światowej? Że podniesie się ręce w górę i Hände hoch? Nic z tego! Może i Francuz, ale za sterami Polak!
Dywizjon 303 mówi ci coś?
Chociaż pewnie nie myśli sobie nic, a na pewno nie o mnie.
Francuskie Pięćsetósemki kombi są dla nich niewidoczne.
Gry uliczne zaczęte.
Choinka zapachowa… Gdzie on znikł?! Ależ poszedł… Już, już, już go gonię. Ej no, czekajże!
Skrzyżowanie, drugie też za nami, zakręt, i lekkie zwolnienie na torowisku… Jeb, jeb po szynach!
Na pewno plomby mu poszły w tych niskoprofilowych gumach na potężnych, wielocalowych „kutfelach”. Uśmiechnąłem się na myśl o stomatologicznych cenach.
Masz za swoje!
A mnie nic.
Ruch na ulicy jak cholera. Pewnie w poniedziałek albo wtorek będzie wolne, bo ci dzielni niedzielni kierowcy wylegli zrobić zakupy w sobotę i na dwa tygodnie futrują.
Bo może będzie wojna.
To i dobrze. O Szumiący Borze! Tylko duży ruch mi tutaj dopomoże, bo przy tych jego koniach pod maską moje skromne „S” przy automacie nadaje się tylko do przecierania szmatką jak się kawą zaleje i przy odsprzedaży. Jedyne, co ja mu mogę teraz, to siedzieć na ogonie.
Wziii… hamowanie awaryjne! Taksówkarz się wrypał bez kierunkowskazu – oczywiście (choć nie w BMW)! Ale przecież wszyscy wiedzą, że on tu skręca o tej porze, od dziesięciu lat tak robi.
Znowu dwa pasy, wracam do gry i rura… i nic. No tak, to jedna rura… rurka, rureczka raczej.
No gdzież to Audi?
A, tam jest! Gdzieś hen, na horyzoncie zdarzeń. Wyrwał jak po masło w promocji. Cholera, dobre auta robią te Niemce! I po co wam elektryki! Ale 100 km/h w mieście? Gościu, nie ponosi cię fantazja? No tak, sądu się taki nie boi, nawet ostatecznego, a co dopiero klasycznego: „Po raz kolejny odbieram panu prawo jazdy. Szerokiej drogi”.
Nagle, kiedy odległość znów – po kilku strategicznie przeprowadzonych, genialnych chwytach drogowych – zmalała, już wiem, że on wie, że ja wiem!
Cóż robić? Muszę go dopaść. Polacy, naród dumny i uparty, z szablami na czołgi szli! Nie poddam się.
Jasna cholera! Kolejne światła i cały czas zielona fala. A jak trzeba, to jej nie ma.
Jak jechałem kiedyś na porodówkę – czerwone na każdym skrzyżowaniu!
A tu? Ciągle pechowo zielone i można gnać.
To i gnamy.
Znaczy on gna, a ja podganiam. I nagle – ciach!
Skoro już wie, że ja wiem, że on wie, to chyba się teraz lekko wkurwił, że tak go gonię, i czas na jego ruch. A on przecież za ciężko wypracowane leasingi sprzęt z górnej półki nabył.
Przerażacza Leszczów, MachoStadoPrzywódcę, WyrywaczaDziewicZubrań – on to ma – a tu jakieś kombi na siedemnastkach. Albo może paliwa mu już brak, bo ma mały bak, a zużywa tego może morze od szaleńczego pościgu?
Mój rodaku, ja mam siedemdziesiąt w baku!
Choć radio włączone (a wtedy widzi się gorzej), to widzę nagły pisk opon i niespodziewany skręt na parking pod hipermarketem. Rozśmieszył mnie tym. Gościu? Wiesz, z kim tańczysz?
Przewiduję twoje ruchy: trzy kroki w przód i dwa w bok!
Hamuje w miejscu, ale z poślizgiem, staje, parkuje – i standardowo, dwa miejsca w poprzek zajmuje. Wysiada. Wpadam za nim zgrabnym poślizgiem, zatrzymuję się tuż obok, a on – nastroszony jak kurczak w Wielkanoc, który wie, co się tu świeci – idzie do mnie.
Rozstaw ramion taki, jakby zawodowo telewizory pod pachami nosił. Gotowy do pełnej konfrontacji!
Była bitwa sprzętów, krajów i kultur, zaraz będzie przepychanka słowna, a potem konfrontacja ręczno-siłowa. Ja znam takie typy!
Wyskakuję zręcznie i gibko, jak przystało na… No, mniejsza, wysiadam, najsprawniej jak mogę z auta i rzucam do niego:
– Łap!
I rzucam mu portfel.
– I patrz, z czego żyjesz. Nie zostawiaj portfela na dachu auta swego, mój kolego, bo ktoś może być wolniejszy niż ja i nie mieć chęci szaleńczo się ganiać po mieście.
Widok opadniętej szczęki zawsze jest najlepszą nagrodą.

Dodaj komentarz