elegia o „półbogu kierownicy”, czyli o spoconym facecie w kurtce, który po prostu przetrwał zamieć.
Na zdjęciu zobrazowano „najkrótszy spacer świata”, cóż, ja nie byłem tak mądry…
Silny boczny wiatr skutecznie wrzucał na szosę wszystko to, co zsynchronizowany sztab pługów przed chwilą usunął.
Nie byle jaką szosę. Na autostradę, której zwaloną śniegiem ciemność rozjaśniały przemykające lewym pasem wygodne, bezpieczne, wyposażone we wszystkie systemy wspomagania SUV-y.
Spotkamy je później — w rowach albo na barierkach.
Producent zapomniał dodać system najważniejszy: Wspomaganie Myślenia.
Nawiany śnieg, wymieszany z piachem i przemielony oponami, dawał doskonałe podłoże do szusowania.
Padało poziomo, a wąskie paski ugniecionego śniegu prowadziły opony niczym tory skoczka na rozbiegu.
Też lodowe.
Auto, po każdym wybiciu z progu, robiąc tyłem myszkujący za myszkami myszołowca szykujący się do ataku, wgryzało się w śnieg.
W takich warunkach mogą jeździć tylko ci, którzy to umieją i lubieją.
Tylko tacy mają szansę dotrzeć do celu.
Jadąc kontrolowanymi poślizgami zapomniałem o istnieniu hamulca. Prędkość regulując biegami i obrotami silnika.
Przez miażdżoną rękami kierownicę, wtopiłem się w pojazd, z drgań zawieszenia wyciągając każdy niuans, sugestię i mikroinformację.
Wykorzystywałem każdy poślizg i uślizg, pod- i nadsterowność, by sukcesywnie przez zasypaną noc przeć.
Do przodu.
Stałem się maszyną. Istotnie, w pełnej koncentracji zapominałem, żem z kości i krwi jest istotą.
Tu nie było przypadków — każdy ruch, każdy gest, każdy manewr był przemyślany, idealny, perfekcyjny.
Tak, człowiek całymi latami doskonali się w swej perfekcyjnej precyzji właśnie dla takich chwil.
I trzeba się do tego też urodzić… Hmm… czyżbym był zaginionym bratem Sébastiena Ogiera?
Po godzinach jazdy tak perfekcyjnej, że gdyby ktoś sfilmował, można by od razu, bez montażu, wykorzystać to w Szybkich i wściekłych — dotarłem bezpiecznie do celu.
Zatrzymałem się i czekałem, aż wystygnę.
Patrzyłem jak klęknięte narody powoli powstają z kolan, skroplona na przedniej szybie adrenalina spływa wąskimi strużkami, i czułem jak dezodoranty na nowo wznowiły swój trud.
Ręce, palec po palcu, oderwałem od zmiażdżonej kierownicy aż w końcu mogłem unieść je w geście triumfu by zakrzyknąć:„Yeah! Co za jazda! Jaki kunszt! Mistrzostwo!”
— Widziałaś tę perfekcję?!?
— Y, no tak, pewnie… i ten… no pewnie że yeah! A tego… to już jesteśmy? Bo trochę się zdrzemnęłam.

Dodaj komentarz