Wieźmin

Część, być może, pierwsza.

Później mówiono, że człowiek ten przybył od północy, od Garbarskiej. Ulicą jechał niespiesznie, wymijając piargi od tygodni niewywiezionych śmieci, a tak dziurawą, że chyba pamiętającą brukowanie przed koronacją Jadwigi, i tak szybciej nie dałby rady.

Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie biały T-shirt. Zwracał uwagę.

W swoim zmęczonym długą służbą, ale pod poprzecieranymi naklejkami i spłowiałymi plastikami wiernym i niezawodnym Ducatem wyglądał groźnie, łypiąc przez okno wzrokiem czujnym i bystrym.

Widać, doświadczenie miał duże.

Paczkomat nie pierwszej już był świeżości. Dawno nieserwisowany, wszystkich dziwił swoją ciągłą nieustępliwą chęcią życia.

Częściowo sponiewierany, wyglądał jak adwentowy kalendarz po inwazji przedszkolaków.

Długi jak gdański falowiec, stał obok dzikich krzaków ze strategiczną deską na czterech cegłach w środku i wonią spożywanego w nadmiarze piwa, zwracanego chaotycznie, na szybko i różnymi otworami.

Z boku placu stał, niewielkim takim, jakich wiele między blokowiskami, przy którym standardowo pozostały tylko najpotrzebniejsze ludzkie placówki – Kebab, Żabka i zakłady bukmacherskie „Bitit”.
Aha, no tak, i lokalny salon piękności „Pazy u Graży”.

W oddali, póki co, biły tylko dzwony.

Zaparkował prawidłowo pomiędzy niechlujnie rozstawionymi pojazdami, takimi których do krakowskiej SCT nie wpuszczono by nawet bez silników.

Wieźmin zakasał rękawy, odsłaniając przedramiona godne Richtera, i spokojnie zabrał się za swoją robotę. Po chwili ciszy tak wymownej że aż było ją słychać, poczuł się niczym święty Mikołaj. To ludzie z niedowierzaniem wylęgli z okolicznych mikroapartamentów – a jednak kogoś tu przysłali?

W czasach po pandemii, której nie było, z ludzi zamkniętych na kwadratach, i z brakiem dostępu do lasów i cmentarzy, wyszły zwierzęta… Hmm… nie… to nie tak, zwierzęta nie są przecież bezinteresownie okrutne, mściwe i zawistne.

Inaczej: z narodu tygodniami zamkniętego w swych gawrach wyszli prawdziwi ludzie.

Tak, wielu wkoło jest ludzi, ale tak ciężko spotkać człowieka.

Ludzka rzeka, nieśmiało na początku, ale z czasem coraz większymi falami atakowała ten ich ostatni łącznik ze światem.

On pracował, a oni przypływali i odpływali. „Halinka, paczka je! Paczka je z Temu, co my ją zamówili miesiąc temu!”.

Ale nie trudził się, by komukolwiek dogodzić – pracował w milczeniu. Nie zaprzątał sobie głowy moralnymi dylematami tyczącymi miernych ludzi.

Robił swoją robotę.

Rozładunek się dłużył, robiło się gorąco, ale nie zwracał na to uwagi. Był nawykłą do pracy, niezmordowaną maszyną, no i z dodatkami za szkodliwe oraz premią za pracę jak na froncie.

Marazm wrócił, opustoszało, skończył.

Zadowolony, fizyczna praca dobrze robi na głowę, by odetchnąć chwilę przed kolejnym trudnym zleceniem oparł się o bok swego wiernego Ducata. Kiedy tak stał, starając się nie oddychać zbyt głęboko – żulkrzaki nadal były obok – gdzieś zza zachodniego winkla, z tyłu zabudowań, usłyszał jakby szamotaninę, a po chwili głuche i tępe, regularne uderzenia czegoś twardego w coś miękkiego.

Zaintrygowany nie mógł odgadnąć, co to za dźwięk, dlatego zaciekawił go, więc ruszył w tamtym kierunku.

W pełnym czarnych worków ze śmieciami zaułku, na który wychodziły drzwi zaplecza dwugwiazdkowego w Google kebabu, zobaczył czterech niemałych i zapewne dlatego szanowanych lokalnie jegomości.

Widać było że tutejsi.

Poręcznym, ukształtowanym z miłością i z aluminum a sporadycznie wykorzystywanym również w sporcie narzędziem okładali jakiegoś niezbyt przyjemnego z wyglądu, czarnobrodatego przybysza.

„Ciapaty” – tak na niego mówili.

Wieźmin oparł się o ścianę z westchenienim, założył ręce na piersi i obserwował tę nietypową konwersację.

To pewnie niezadowoleni, praworządni obywatele wnosili reklamację do spożytego tu wcześniej posiłku, lub wylewali swoje żale o odbieraną im przez takich obcych pracę.

Kiedy go zobaczyli, postanowili też na chwilę odpocząć i wstrzymać tę jednostronną wymianę poglądów, oraz ciosów.

– Co się gapisz, ciulu? – zagaił do Wieźmina jeden z osiłków.

– Ależ panowie! Proszę sobie nie przerywać, a mną się zupełnie nie przejmować – uniósł ręce w uspokajającym geście. – Jak widać, nieobcym i prawdę mówiąc… jeśli można, to chciałbym się przyłączyć.

Spojrzeli na siebie z lekka zbici z tropu. Nie takiej odpowiedzi oczekiwali, ale spodobała im się ta patriotyczna, prorodzinna postawa.

Takich trzeba nam więcej!

Kiedy lekki aluminowy kij bejsbolowo-bojowy już trafił w jego silne, spracowane latami przerzucania paczek ręce, omiótł nim dla próby i balansu, zakręcił zgrabnego młynka i… pierwszego trafił idealnie w skroń.

Ten, padając jak kłoda, na jakiś czas przestał się przejmować sytuacją polityczną ukochanego kraju.

Pozostali nie mieli wiele czasu.

Kiedy pierwszy był w trakcie swobodnego opadania, drugi już pożegnał się z klejnotami, a marzenia o „800 plus” z Marzeną musiał odłożyć na dalszą przyszłość.

Trzeci zdążył i ustawił się w klasycznej postawie ulicznego zbijaki – lekko bokiem, pięści przed sobą, klejnoty chronione.

Cóż, nasz Wieźmin nigdy nie rezygnował z nadążających się okazji. Pod celnym ciosem kolano pękło – fizyka i biologia są nieubłagane w kontaktach aluminium i tkanki miękkiej. Lekkie, kończące uderzenie w bok głowy było tylko aktem miłosierdzia.

Ból kolana potrafi być dotkliwy.

Czwarty, w geście chilloutu, modlitwy i pokoju uniósł ręce. Z nieznanych sobie wcześniej powodów spotulniał nagle i, gdyby mógł, zaśpiewałby Międzynarodówkę, by zbratać wszystkie narody, rasy i religie.

Kiedy padał trafiony w biceps, od boku w brzuch, udo i bark serią ciosów tak szybką, że widać było jedynie błyskawicę, jedynym, co zaprzątało jego porażone synapsy, było krótkie pytanie: „Ktoś ty?”.

– Jestem Wieźmin. Rozwożę paczki i zabijam potwory.
Paczki dla ludzi, potwory… dla pieniędzy.

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑