Była już noc i gdzieś w lasów ciemności musiałem się zatrzymać, żeby… No cóż, toalet tam, po drodze, nie ma.
Ciemno, jak to w lesie w nocy. Gdy zrobiłem, co zrobić musiałem i wsłuchałem się w ciszę lasu, COŚ mi się otarło o nogę. Chwilę później, gdy odzyskałem przytomność i okazało się, że to dopiero pierwszy zawał (wstawaj mięczaku i nie jęcz), zacząłem się czujniej wsłuchiwać w tę ciszę, wpatrywać w ciemność i macać wkoło. Jest naprawdę ciemno, więc choć intensywnie patrzę, to i tak nic nie widzę. Ale COŚ coraz bardziej natarczywie ociera się o nogę i chyba jakbym COŚ słyszał? Tak, dokładnie… warkot. Ale w nocy, w lesie?
To był samokot, a raczej kot – sam, w wieku może ze 2 miesiące, a może nawet mniej. Nie chciał powiedzieć ile.
Ktoś go chyba porzucił, bo w takim miejscu na przechadzkę na pewno nie wyszedł bez mamy. A mamy tu nie mamy. Wziąłem go więc ze sobą, bo co miałem zrobić? I coś było chyba na rzeczy, bo drugiego tak nienawidzącego jeździć autem zwierzęcia nie spotkałem. Tułał się potem z nami wiernie po różnych dziwnych miejscach zamieszkania. Mieszkając w centrum dużego miasta, na poddaszu, potrafił wyjść oknem, ale już często nie potrafił wrócić. I gdy nie wracał dzień lub dwa, a nocami było słychać, jak woła pomocy, to trzy pary wielkich oczu, patrząc z wyrzutem i natarczywie, czekały, co zrobię.
I znowu: co miałem zrobić? Łaziłem po tych cholernych strychach, dachach i podwórzach (kursy wspinaczkowe się przydały, siła mięśni również). Jak po akcji w lesie byłem jedynie jednorazowym amatorem, tak teraz zostałem mistrzem-fachowcem. Niedoścignionym znajdowaczem kotów… kota.
Był z niego dzikus, nieokrzesany kocur i niereformowalny brutal. Ani pogłaskać, ani przytulić. Mądry, ale nie okazywał tego za często, bez powodu i byle komu.
Twardziel, pierwszego dokonał po 18 latach, żywota. Niezły wynik jak na kota.
Minął miesiąc, może dwa. Rodzina jakoś w końcu doszła po stracie do siebie. Przestali mnie już nienawidzieć, bo to ja, skoro to mój kot, pomogłem mu się przestać męczyć (ale chory był bardzo i ktoś tę decyzję podjąć musiał).
Nastał listopad, a wraz z nim ponury, mglisty, jesienny poranek. Zimno. Zawiozłem jak codzień młodzież do szkół, a siebie – prawie do pracy. Prawie, gdyż zapomniałem komputera i postanowiłem po niego wrócić. Wracam więc, wysiadam z auta, a tam, to znaczy tu, koło domu, po drugiej stronie ulicy coś wyje i płacze. Ludzie chodzą, nikt nie reaguje, nasz mały ludzki standard (mnie to jednak nigdy dziwić nie przestanie).
Oczy już nie te, ale słuch na jedno ucho jeszcze ujdzie. I znalazłem, jest (przypominam, kto jest mistrzem zdnajdowaczem), zwinięte w kłębek w dziurze leży, jęczy i ledwo dycha. Złapałem za kark, bo za nic innego się nie dało i do lekarza- znanego wszem i wobec, szanowanego jak nie wiem co, najlepszego muzyka wśród motocyklistów, najlepszego motocyklisty wśród weterynarzy i najlepszego weterynarza wśród muzyków. Człowieka talentów tak wielu, że trzeba by osobny rozdział tu napisać o Nim, Mariuszu Ka!
-Przetrącona miednica, pewnie po czoło-bocznym zderzeniu z pojazdem i kto wie, co jeszcze, pewnie białaczka, parwowiroza. Kłębek sierści i rozpaczy. Może być, że nie będzie z tego nic!
I znowu: cóż miałem zrobić?
-Qrwa! Spróbujmy leczyć i wyleczyć!
-Dobra już, dobra, wypij kawę, a My powalczyMY.
I trzy tygodnie później, po uiszczeniu określonej ustawą i cennikiem kwoty okupionej debetem i kredytem hipotetycznym, uratowane zabrałem do domu. Słyszałem, że koty mają po kilka żyć, więc chyba temu leśnemu dzikusowi nie było z nami źle, skoro przemyślał swoje postępowanie i wrócił. Ale nie, jak wcześniej, jako kocur i dzikus, tylko jako kotka i to bardzo łagodna.
Jak zapominam komputera, to się po niego nigdy nie wracam. Ten raz jeden, jak sięgam pamięcią, stało się inaczej. Przypadek? Nie ma przypadków.
Dzień Kota
Ze 20 lat temu, pracując, jechałem DostawCzakiem „Norrisem” (takie duże pudło na kołach, Jak Chuck – niezniszczalne, stąd nazwa).

Dodaj komentarz