Wiecie, kamera na początku odcinka pomiarowego swoim zimnym, a mimo to czułym okiem kameruje ci rejestrację, by na końcu owego odcinka jej koleżanka, z takim samym brakiem empatii i refleksji, ponownie zrobiła ci kuku. Następnie potężne komputery gdzieś w Cupertino zliczają dane, głowią się nad twoim losem przez ułamek sekundy i kwalifikują do wymiany korespondencji w celu uiszczenia mandatu karnego lub machnięciem wirtualnej ręki odpuszczają, skupiając swe ogniwa krzemowe na kolejnym gagatku.
W trakcie pokonywania tego odcinka zarumieniłem się, skuliłem w sobie, mocniej ścisnąłem kierownicę i poczułem lód na plecach, wróciła przeszłość…
Kiedyś, i w sumie niewiele się zmieniło do dzisiaj, człowiek tzn. ja, miał Fantazję (czego każdemu szczerze życzę). Nawet teraz, gdy nadchodzi weekend, rodzina udając, że jej nie ma, z przerażeniem duma „co on znowu wymyślił?” i tylko kot jest na maksa wyluzowany, on się nigdzie ze mną nie wybiera.
Wszystko przez to, że wyjazdy niekomercyjne od wielu lat dzielę na:
R-L (rekreacyjnie-lokalny) – do 1000 km,
W-D-D (weekendowo- dwu-dniowy) – do 2000 km,
T-D (troszkę- dalej) – powyżej 2 tysi.
Dystanse te się oczywiście z biegiem lat skracają, wiadomo – PESEL ma swoje prawa.
Kiedyś, pewnego nudnego piątkowego wieczoru, naszła nas chętka na kawę. A gdzie można wypić dobrą, ciekawą kawę, w doborowym towarzystwie, za jakieś 10 do 12 godzin? No, gdzie? We Włoszech! Nawet nie musiałem sprawdzać na mapie, gdyż wiem, że do najbliższej Italii mam 999 i pół kilometra. Czyli co jest? Tak! R-L (Rekreacyjnie-lokalnie) wypadzik taki luźny. Wbijam w pojazd, żeby wypić tę kawę jak należy, rano. Pierwszym etapem do pokonania były Czechy. Wtedy to na granicach sprawdzano paszporty. Szengen jeszcze nie wpadł na swój genialny pomysł, za który powinien dostać Nobla. Wbijano tam (w okienku) i w nie (paszporty) różne stempelki, by po chwili i ponurym łypnięciu okiem na podejrzanego typa, który się ośmiela im kręcić po kraju w nocy, rzucić sucho:
– Można jechać, przepuszczać!
Kawa poranna obiecanna, więc nie ma co mitrężyć, zamierzam z czasem i słońcem zwyciężyć!
I już kilka godzin później kolejny etap za szlabanem – Austria.
Jednak, zanim się zamelduję na zgniłym kapitalistycznym zachodzie, który jest na południu, muszę się wymeldować z cudownie swojskiego nieimperialistycznego wschodu, mimo, że leży na północy. Gdzie tu jest jakaś logika?
Ciemno, ponuro, chłodnawo. Granice niegdyś nie były niewidoczną, mijaną obojętnie ziemią niczyją. Były miejscem wrogim, wywoływały konsternację, niepewność i nerwowość.
Okienko -paszporty do kontroli- chwila zadumy, sprawdzanie czegoś tam, gdzieś jeden telefon, obejście auta z dokładnym skanowaniem bystrym okiem szyby przedniej, wymiana zdań z kimś ukrytym za zasłoną dymu z papierosów i kotarą milczenia:
-Szanowny kolego, wjechał pan do naszego Czecho – kraju o godzinie X, mamy godzinę Y, co oznacza, że albo:
a. leciał pan za nisko,
b. jechał pan drogami lokalnymi ze średnią prędkością 140 km/h,
c. jechał pan naszej doskonałej jakości jedyną autostradą za szybko i bez winietki, której nie widać na przedniej szybie.
Więc, którą opcję pan wybiera i od razu mówię, każda jest zła.
Chwilę później, po wybraniu opcji c. (gdyż z natury jestem prawdomówny i tylko czasami konfabuluję ratując umysł przed przegrzaniem) i nerwowych negocjacjach, rytualnej wymianie chłodnych uprzejmości i walizek walut, odzyskaliśmy paszporty i mogliśmy pojechać dalej. Na kawę nam starczyło, choć wyszła drożej niż Kopi luwak na audiencji u królowej Elżbiety. I niestety, przyznaję się, przykro Mi_. : tak, to ja się przyczyniłem do wynalezienia odcinkowego pomiaru prędkości.
Fantazja
Dzisiaj na obwodnicy jednego z miast natknąłem się na odcinkowy pomiar prędkości.

Dodaj komentarz