Serce z kamienia

[547 słów, 3 minuty czasu czytania]

Ta historia zostanie już chyba ze mną na zawsze. Nie, nie, nie tylko dlatego, że egzaminowała moje rodzicielstwo i kosztowała nie tylko kawę delux, ale głównie dlatego, że z jej powodu ciągle muszę się użerać z tym gru… gra… gran… Granatowym youngtimerem.

Ale do brzegu. Otóż, kiedy moje dzieci były małe – o takie małe, o – to było dawno temu, bawiły się na podwórku i rysowały kamykami po asfalcie, a może po chodniku. Jak to dzieci, daj takim kredę, farbę w sprayu lub długopis, a remont murowany.

W czasach, kiedy dzieci jeszcze wychodziły bawić się na podwórko, pewnego letniego dnia, kiedy stada chmurzastych wysp tak zasnuły po horyzont niebieski ocean, że tylko domalować na asfalcie żaglowce i słynne regaty ze Szwedami pod Oliwą z 1627, gotowe, wróciłem do domu, siedziałem i piłem zasłużoną kawę (tu można wstawić kawę, jaką lubi się pić).

Piłem ją spokojnie, kiedy nagle przychodzi do mnie córka i mówi, że Ona zgłasza reklamację, że rysunek nie chce się zetrzeć, że na chodniku to się ściera, jak coś się nie uda, a na aucie to nie!

– Aha, na aucie, no tak, oczywiście, ma to sens… Zaraz, zaraz, na aucie? Na jakim aucie?!

Szlag trafił kawę, połowa jej na mnie, połowa na podłodze (a to dobra była kawa, amerykańska!).

– Oj tato! No jak, na jakim? – Tu następuje przewrócenie oczami typ „ale ci dorośli są niedomyślni” i wymowne spojrzenie na brata, czemu on przytakuje bezradnym rozłożeniem rąk w stylu „no kurde, nie wiem, czego nie rozumie”. – Oj tato, no na mamy aucie! Przecież twoje jest srebrne, nic nie widać, jak się po nim rysuje… – i zgodne kiwanie głowami w niemym rozczarowaniu.

Na drzwiach w kolorze granatowym, pojazdu marki nieważnej, narysowała serce i wnosi reklamację, bo wyszło krzywo, a nie da się teraz zmazać, a z chodnika tak, i tak nie może być… Dlaczego się nie ściera?

Otarłem się trochę z kawy, przetarłem twarz, potarłem brodę, idę i faktycznie – na drzwiach auta serce jak malowanie, tylko że nie malowane, a do gołej blachy wyryte kamieniem. Pewnie dla lepszej afirmacji uczuć, widoczności i kontrastu.

A sądząc po z lekka sfałdowanej linii, z zacięciami o niejednolitej grubości… chyba ciężko szła robota.

I co tu zrobić? Jak zareagować?
Co zrobiły każdy, duży, szanujący się ojciec w tej sytuacji?
Nie wiem, mogę się jedynie domyślać, ale w dupie to mam.

Ja, na wszelki wypadek, na chwilę poszedłem za róg budynku, żeby mnie nie było widać. Jak już się przestałem turlać ze śmiechu, doszedłem jako tako do siebie, po wydmuchaniu gilów z nosa, wróciłem do pociech i próbując przybrać minę poważną, mówię:

– Faktycznie, kiepskie te kamyki, nie da się zmazać, dlatego nie rysujcie już więcej po aucie, bo jak się nie uda rysunek, to się nie zmaże i zostanie takie brzydkie.

I więcej po aucie nie rysowali. No bo co innego zrobisz?
Można się wściekać – przecież to auto, najwspanialszy ludzki wynalazek, obiekt westchnień i w ogóle chyba dużo pieniędzy kosztuje, skoro inni nawet zjeść w aucie nie pozwalają, i takie tam pierdolety.

Ale, tak naprawdę, to tylko powyginana blacha pociągnięta farbą.
Za to takie serce wyryte, to sztuka może jednorazowa i krzywa, ale cudownie niepowtarzalna!
Zamiast się wściekać i rozpaczać, trzeba się cieszyć, że im, razem z bratem, nie przyszło do głowy malować „Bitwy pod Grunwaldem”.

A teraz… Weź i sprzedaj takie dzieło.

6 myśli na temat “Serce z kamienia

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑