„Rozdroże Kurków”

[1686 słów, 9 minut czasu czytania]

Prawdziwe, jedyne i niepowtarzalne „Rozdroże kruków” dopiero jutro, to ja dzisiaj, swoje mam.

Gdy pierwszy raz wpadłem na ten pomysł, wydał mi się głupi. A weź… bo to mi tu źle?
Przytulna chatka z widokiem na morza, powietrze świeże, jadło przednie, Facezbooki i iXy  (nie mylić z xxx) usunięte. Cisza, spokój, relax.

Jednak, co prawda to fakt, czas się ciut dłuży.
Rodzina już chwilę temu wyskoczyła na urodziny do rodziny, a że Aaricia (prywatnie żona) z zawodu Księżniczką Wikingów jest, to rodzinę wpływową ma i dość obszerną, wrócą więc dopiero pod wieczór… za jakiś miesiąc.
Szczególnie, że tu na północy dzień trwa z pół roku.

Cholera, no nudno tak siedzieć samemu.
Chata po zimie naprawiona, obejście zamiecione, kury nakarmione, wełna… uprzędniętona(?), a wszelkie Boginie, Bogowie, Bożki i inne Badziewia z powodu których zawsze trzeba się gdzieś bujać po świcie (żeby komiks miał jakaś fabułę, a Rosiński na chleb) jak raz – siedzą cicho.

Ta, wiem, cisza to jest przed burzą, i kiedy jakiś przetarg się ujawni nieprawy lub jaki bękart księciem się ustanowiwszy na tronie ukokosi, wioskę zbóje złupią bez pozwoleń stosownych, czy inne młode bóstwo popadnie ubóstwa kłopoty, znów będzie się trzeba ruszyć i przeżywać te wszystkie przygody.

Lecz póki co, gdy bór z cichosza szumi – nuda panie!
Stąd właśnie ten jeszcze wczoraj „głupi” pomysł, nagle zrobił się pomysłem ”spoko”.
Chyba z tych nudów, bo przecież nie z pragnienia.
Z pragnienia to na pewno raczej nie… chociaż, w sumie… czyż to nie jest doskonała wręcz okazja, żeby wyskoczyć na browar nim niebo zwalą nam na głowę?

Kiedy familia w delegacji (bycie Księżniczką to nie w kij dmuchał), a wszystko ogarnięte, szybki wypadzik, pod drodze może jakiś dzik, na miejscu kilka zimnych piwek, daj borze spotkanie z przygodnym podróżnym może, to przecież nikomu zaszkodzi nie może

Posnuje się człowiek po ternie, zrobi „karczming”, kebab średnio ostry wtrząchnie do browca i powrót, a czas szybciej zleci, i porusza się człowiek dla treningu, koń też potrzebuje świata zobaczyć. Same plusy.
C’nie?

Dobra, cytując klasyka „zróbmy to szybko zanim do nas dotrze jakie to głupie” – ruszyłem, bo w gardle susza, a w koło cicha głusza…
…I od 3 dni, psia jucha, tłukę się przez ten las.
Las? Lasior! Puszczor! Bórorus Maximus a nie las! Lasek to jest Wolski, a nie ta Dżungla w stylu Nord. Niby minimalizm w formie i kształcie, taka niby Ikea… a końca nie widać.

Fuck, było siedzieć na rzyci, koziki ostrzyć, fujarki rzezać, i nie błąkać się jak ten obłędny od Dulcyney Don K. Teraz, z perspektywy obolałej dupy i czasu… No nie wiem co mnie podkusiło, żeby się wybrać na tę „spoko” krajo-znawczą-wycieczkę.

I w ogóle… kto tu tyle tego posadził, dlaczego to nie wycięte, po co to rośnie, i czemu służy (poza błądzeniem) jak ponoć (w sejmie od posłów słyszałem), że kiedy to stare, to tlen z powietrza wyżera i tylko szkody robi?
Nie można by porąbać, palisadami grodzone vip-osiedla, czy inne dyskonty porobić? Trakty winietowane, a bez zbójców naszykować, z gospodami schludnymi po bokach czy coś?

„Na rany toporem celnie zadane, człowiek na trzeźwo ma porąbane” – niczym schab w mięsnym – pomysły. Po tygodniu bez picia powinno się delikwenta wiązać i czekać, aż mu atak minie.
No tak, po pijaku w życiu byś na to nie wpadł! Może na stół, może w krzaki lub do rowu, ale nie na durne pomysły by lasami całymi dniami po piwko jechać.
Tak, to nuda i piwo są tego przyczyną! A raczej piwa – brak w zasięgu.

Borze szumiący – do tego, brak piwa i w dodatku piwa bym się napił!
Posiadanie kwadrata, gdzieś na rubieżach kontynentu, ma swoje plusy. Bezsprzecznie i ewidentnie plusy to ma. Niejeden marzy o domku nad morzem, a niektórzy to są tak niewybredni, że zimne i arktyczne to morze być może.

Niskie opłaty komunalne, darmowe miejsce parkingowe na trzy konie i dwa powozy, tania energia, kontakt z przyrodą, i nikt ci, w typie Jaskra, gitarą dupy nie zawraca, gdyż kto cię tam znajdzie? – są dodatkową zachętą.
Ogólne braki w zasięgu, ograniczony dostęp do niusów i jednoosobowe media społecznościowe są lekiem na całe zło, a zdrowa dieta poparta ruchem na świeżym powietrzu, bo zanim coś zjesz, musisz to sobie złapać, są miłym dodatkiem. No i czysta woda…

Woda? A idźże w cholerę z wodą! Wodę piją zwierzęta! Piwa!
Jeden tylko minus jest, jeden ale istotny – tu człowiek nie pójdzie w szlafroku i szlafmycy do „żaby” za rogiem, a piwa by się napił!
Dlatego właśnie, są dni, są takie dni, że oddałby królestwo, za kufel zimnego, pszenicznego, czechosłowackiego lagera!

Jadę więc, tłukę się, a zad już boli od tego siodła, ale na tarczy nie wrócę…
Jestem Thorgal Aegirsson co drzewo ściął, chatę postawił a kobietę do urodzenia syna zmusił i to jedną ino siekierką! Jedną strzałą na luzie ustrzelą mi się ze dwa misie, 15 minut przy minus 15 pod wodą wytrzymam, wrogom pola dotrzyma, a wliczając tych magicznych i modyfikowanych genetycznie – na łopatki, bez toporka, rozłoży poprzez pobicie przed zabiciem.

Borze Szumiący – przetrwam nawet jazdę wierzchem przez bór w dwutygodniowym deszczu co to już z miesiąc leje – no ale browaru nie postawię.
A bez browaru? Nie ma browara!

Taka prawda, i jak od maleńkości masz pozalekcyjne zajęcia jeno tylko z pływania drakkarem, strzelania z łuku, wojowania z wojami i negocjacji z księżniczkami to… czego Thorgalek się nie nauczył, tego Thorgal się nie napije.

A człowiek czasem musi, gdyż się od środka dusi – i zaznać kultury, wymienić poglądy, odwiedzić galerię (nie mylić z Czarną Galerą – tej nie odwiedzać), kupić świeże skarpety ale najważniejsze – Na Pić się Piwa!
Taka to ważna misja społeczna tych nielicznych przybytków publicznych zwanych teraz „Żabką” a onegdaj „Karczmą”, do której to zmierzam, a początkowy impet, zasadność pomysłu i jego fantastyczność z każdym mijanym jardem – opada, gdyż droga się dłuży, z nieba pada i dupa blada.

I tak, gadając sam ze sobą tłukę się kolejny dzień po tych za…światach, żeby nie nazwać tego zadupia słowem, które dotyczy pleców kończących w dole swój szlachetny kształt.
Przecież się nie przyznam sam przed sobą, żem pobłądził, GPSów żadnych jeszcze nie wynaleźli, a dumnym będąc, byle kmiota o drogę nie zapytam!
Koń już dawno nawet nie udaje, że słucha, o odpowiadaniu nie mówiąc.

Ale może jednak było warto? O tak, na pewno chyba było warto!
Gdyż niebawem karczma, ogień w kominie, pieczone prosię marki dzik na rożnie i piwo, piweczko, piwunio… rozleje się rozkosznie na podniebieniu.

Zacznę od grzańca, pierwszy tęgi łyk, na rozgrzewkę. Doprawione goździkami, imbirem oraz miodem… Potem cyk drugie, na nóżkę, ciemny, gorzki, szlachetny porter. Oj na pewno mają portera, muszą mieć, w końcu knajpa na przecięciu szlaków położna jest.
Północno-południowe ze wschodnio-zachodnimi tu się spotykają, a podążają nimi kupcy co na swych wozach cuda wożą i dziwy… A nie, „dziwy” nie, dziwy z daleka, by mi Aaricia dała „dziwy” wycisk – praw-dziwy!
Dobra, „dziwy” won, ale poza tym, w wozach tych przeróżne dobra i piwa eksportowe dolnego fermentu z browarów zacnych, zagranicznych.

Tak właśnie – kołczując się i motywując do dalszego brnięcia w ten durny projekt – dumałem kiedy nagle… O, a co to za jeden? – zatrzymuję się zdumiony, bo ktoś z naprzeciwka zmierza – Z wyglądu niestary, chociaż łeb siwy ma (pewnie od czarów).

Skąd on tu tak nagle tak jakby z innej bajki? Ponury i wielki z niego zbir.
„I co tak łypie, co tak bykiem patrzy?”

Strach takiemu „witaj” powiedzieć. Jeszcze forma mu nie spasuje, może słowoczuły jest jak p. Rusinek, i rozróba gotowa, a te miecze na szerokich plecach, to nie atrapy są. Kawał chłopa, widać, że nie tylko jabłka tym obiera.
Jednak, jak to na szlakach górskich kiedyś bywało, kultura i uszanowanie być musi:

– Siema Siwy, jest git?

– Gnę się w ukłonach, choć te dwa miecze na plecach przeszkadzają z lekka, i pozdrawiam, a dokąd to ścieżki życia kręte prowadzą Czarny Cny… z tego co widzę… Wikingu?

– Thorgal jestem jakby kto pytał, Aegirsson, przed siebie, travelling konny stosując, a próbując wykorzystać samotność i zaległy urlop za piwem do karczmy chyżo podążam.

Zacny masz dowcip, a i powody doprawdy niezgorsze – Odparł półgębkiem Wiedźmin z krzywym uśmiechem – Tu wszędzie aż gęsto od niezmiernie interesujących obiektów, jest co zwiedzać, a także, stanowiących tylko lekkie urozmaicenie czasu, czających się w zasadzkach zbójców odrobina… Ale od razu mówię, bo ja sagi o tobie Thorgalu znam, nie podpalaj się, to są wsiuchy same, prowincjonalna amatorka i już prawie cała została wybita – rozłożył bezradnie, wielki niczym bochny chleba, dłonie.

-Widać, żeś w tym świecie obity… obyty. Ale czekaj… czekaj, kiedy ja cię znam! No tak, wiem! Ciężko zapomnieć tę gębę, jak się ją raz widziało i człowiek sobie przypomni. Tyś jest Gerlat z rewi… nie, Geralt z Rivii, Wiedźmin! Tak, wiem, to przez te cholerne Netfliksy, co to się mnożą ostatnio jak muchy, i po wioskach chodzą, a twe przygody i zmagania sławią w teatrzykach na placach! Nietanie lecz wyborne są te kolorowe obrazki, kiedy naród mało gramotny i do czytania się nie garnie – jak znalazł. Dzięki nim… cały świat już cię zna, Siwy. Szacun i respekt dla kunsztu i rzemiosła! Dokąd drogi prowadzą Wiedźmaku? Wskazać mogę i wskazówką wspomogę, gdyż znam te szlaki na północ niezgorzej, ciągle mi tu jakieś ciemne moce robią pod górkę, utrapień co niemiara dając!

– No… wiesz jak jest Wiki, kręcę się po terenie, szukając potworów do ubicia, gdyż, jak z netfliksów się zapewne orientujesz, tym się zawodowo param, na powszednią miskę ryżu i ZUS zarobić próbując. Cóż począć, kiedy coraz częściej, zamiast potworów, spotykam tylko jurnych chłopców z szalikami, nadmiarem testosteronu oraz dziwnie sprofilowaną dozgonną miłością do jakiegoś piłkarskiego „klubu”. O daleko nie szukając.. o w tej tam karczmie „Rozdroże Kurków”, dopiero co zupą kurkową i piwkiem przednim się raczyłem po tygodniach jazdy o suchym pysku, jak mnie sześciu takich zaczepiło w stylu „za kim jesteś?”. Od słowa do słowa, wywiązała się rozmowa i spalona jest gospoda, ech… A szkoda, piwo przednie tam mieli.

– To ja tu cały dniami, na deszczu, o suchym pys… Noż KURWA… Geralt musiałeś?!? – cały skostniały rzucam w rozpaczy

– Co zrobisz, nie podeszły im moje „klubowe” preferencje – rzucił tylko ponuro.

– A jakież to one, jeśli można wiedzieć, są?

– Stal Stalowa Wola – rzucił tylko przez ramię miedzy mieczami, mrugnął, coś jeszcze na odchodnych mruknął i zniknął między drzewami.

Ilustrację namalował Grzegorz Rosiński – „Spotkanie Geralta z Thorgalem Aegirssonem”.

 

2 myśli na temat “„Rozdroże Kurków”

Dodaj własny

  1. ahhh, bo trzeba jeździć w koszuli i krawacie ale bez płaszcza.

    wiadomo przeca że człowiek taki nie awanturny jest i karczmy nie spali, i przybytek będzie działał….ahhhhhh

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑