Kawa w Zakopanem


[773 słowa, 4 minuty czasu czytania]

Przyjeżdża stangret kolaską na dworzec kolejowy, osmalony, przyprószony siwizną popiołów, z miną zmieszaną i lekko wstrząśniętą – po Jaśnie Pana:
– I co tam, stangrecie Wojciechu, we dworze? – pyta Pan Jaśnie, bo telefonów wtedy we dworach nie było właśnie.
– A wszystko dobrze, Mościpanie, no prawie, bo Burek nam uciekł, a poza tym to będzie dobrze, Magnificencjo.
– Burek uciekł? No tak, to był zdrowy, młody pies, ale przecież przywiązany do nas i do budy!
– Musiał, każdy by chyba uciekł, jakby się mu buda paliła, moja Reminiscencjo!
– Buda mu się paliła??!
– Ano tak, skoro się zapaliła, to i się paliła…
– Jak to się stało, że mu się buda zapaliła??
– Jak się miała nie zapalić, jak przecie ona obok dworu! A kto by się budą zajmował, jak trzeba dwór gasić? Ucięlim sznurek i uciekł…
– CO!?!?
– Panie Jaśnie, już wyjaśnię: Burek uciekł, bo się bał siedzieć w budzie, co się paliła, jak się zajęła od dworu, który się spalił, gdyż się zajął od firanki. Ale poza tym wszystko dobrze, będzie dobrze. No, już, już!
Mniej więcej w takim stylu, jak powyżej, można ująć to, co zaraz wydarzy się poniżej, kiedy to…


Wiadomo, piątkowe wyjazdy służbowe zawsze są krótkie. Skoro wszyscy mentalnie są już na weekendzie od czwartku, a tylko ich ciała jeszcze parkują w piątkowych biurach to ciężko nawiązać z nimi jakiś sensowny kontakt. Co załatwisz z samym ciałem, bez jego zawartości?

Pojechałem więc na szybko – to tu, o tam, niedaleko, na południu Polski, załatwić ze dwie sprawy do południa i wrócić.
„Acha, ale przecież jest wolne, wakacje znaczy się, to zabiorę ze sobą młodzież” – pomyślałem – „oderwę ich od smartfonów, pokażę trochę geografii w praktyce, póki jest czas spędzimy razem czas”. Pojechaliśmy. Było nawet fajnie, a po powrocie…

– Hej, hej, a co robiliście w weekend?
– A pojechaliśmy do Zakopanego z młodzieżą, przy okazji, po pracy, na szybką kawę.
– Kawa z Zakopanem? To bardzo fajnie!
– No, niby w Zakopanem… ale jakby nie do końca. Okazało się na miejscu, że przecież to już niemal Słowacja, więc pojechaliśmy kupić dobre piwo, bo słowackie, przy okazji, skoro już tam jesteśmy.
– Aha, to ta kawa była na Słowacji, w górach?
– Cóż, tak, ale nie… niekoniecznie, bo jak już jesteś na tej całej Słowacji Pełnej Atrakcji, można – a nawet trzeba – zobaczyć Bratysławę, której się nigdy nie widziało. Przecież się jest już na Słowacji, tylko dwa kroki!
– Racja, oczywiście już Słowacja. I co, dobra ta kawa w Bratysławie?
– O! Na pewno pycha! Lecz tego akurat nie wiemy, gdyż jak już byliśmy w Bratysławie, okazało się – co za niespodzianka – że od niedawna, po drugiej stronie rzeki, ktoś zainstalował Wiedeń! Jak nie podjechać do Wiednia, jak jest po drugiej stronie rzeki?
– Kawa w Wiedniu? Ma to sens!
– Cóż, wiadomo, Wiedeńska Kawa po Wiedeńsku w Wiedniu ma sens i to jaki! Ale pomyśl – jesteś w Wiedniu, a to przecież Austria nie? Człowiek wykosztował się już na autostradową winietkę 10-dniową, więc naprawdę, jak nie pojechać na Red Bull Ring? By być tam owianym powietrzem znad toru, wdychać oktany, sztachnąć się dawką węglowodorów, poczuć atmosferę wielkiego ścigania i zobaczyć te ślady późnego hamowania. Jak nie pojechać w tej sytuacji, pytam się ja, szczególnie że to niedaleko, a autostrada stoi swym prawidłowym przed tobą otworem?
– Dobra, dobra, a gdzie to?
– No jak gdzie, jak W Salzburgu… Ponoć.
– Przecież to druga strona Austrii! I jak tamta formuła?
– Niewiadomo, bo okazało się, że Red Bull Ring jest zupełnie gdzie indziej…
– Zamiast w Zakopanem, byłeś na kawie w Bratysławie, która jest nie w Wiedniu tylko w Salzburgu, bo tor Formuły 1 jest gdzie indziej?
– No… Nie.
– To w końcu gdzie była ta kawa wypita???
– Y… bo ten… Młodzież nigdy tam nie była, a to niedaleko…
– Czyli GDZIE Wy byli i wypili tę kawę, bo nam się roboczodniówka kończy przy tej opowieści?!
– Wy Szwajcarii.


Cóż, jest taka scena otwierająca film The Italian Job.
Zrelaksowany Włoch jedzie przez Przełęcz Świętego Bernarda samochodem Lamborghini Miura, smakując każdy zakręt, drgnienie kierownicy na pęknięciach asfaltu, każdą udaną zmianę biegów.

Z praktycznego punktu widzenia to strata czasu, niepotrzebne zużywanie neuronów, marnowanie energii na coś, co nie zbliża nas szybciej do celu ani nie pozwala przewieźć więcej ładunku czy spalić mniej drogocennego paliwa. Bez sensu… Chyba. Gdyż…

Idea jazdy samochodem w daleką podróż wtedy, gdy więcej sensu ma inny środek lokomocji albo wręcz inna trasa, nazywa się Gran Turismo. W latach 60. czy 70. wybranie się supersportowym samochodem w długą podróż było loterią o mniejszym prawdopodobieństwie trafienia niż zero w ruletce w Vegas. A i tak ludzie to robili.

Nie dlatego, że lubili utytłać się po łokcie, rozbierając rząd gaźników w 12-cylindrowym włoskim silniku, ale dlatego, że samochód służy nie tylko do praktycznego przemieszczania się, lecz także do jeżdżenia.

Do pięknego jeżdżenia!

2 myśli na temat “Kawa w Zakopanem

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑