Być Bondem

[1576 słów, 8 minut czasu czytania]

Był czas (bo teraz już nie) kiedy byłem podobny (podobno) do Brosnana.
Kiedyś, bo teraz już nie, bo teraz jestem podobno podobny do Craiga.


Słowo o Miejscu Akcji.

Akcja tej akcji dzieje się, a jakże, w Londynie! W tych cudownych latach, kiedy mogłeś przejść cały internet i to dwa razy, a potem zgrać go na dyskietkę. 

Na ulicy-rzece, gdzie wartki strumień nie zawsze bystrych ludzi płyną w ściśle określonym kierunku, lecz niestety, nie przez nich określonym.

Nurt takiej rzeki, w takim czasie, jest niepowstrzymywalny, porwie wszystko. Jedynym wyjściem, by z tego jakoś wyjść jest w niego wejść. Poddać się i bezwładnie liczyć, że zaniesie cię mniej więcej tam, gdzie chcesz się udać.

Ale ja nie poddaję się tej alei podtopionych. Nie mogę, stawiam tu opór, bo muszę.
Gdyż czekam.

Podeszwami swych wiernych tenisówek zwiększyłem kont natarcia oraz tarcie poprzez o grunt się zaparcie. Haczyki trenowanych w Shaolin szponów obleczonych w tytanowe hybrydy wbiłem w ścianę, nacisk tłumu dociska mnie do fasady… lecz trwam.

Kto to wymyślił?
Kto i dlaczego umówił mnie na najruchliwszej ulicy znanego mi miasta świata w porze lunchu?

To Mamona, kasa do zarobienia, biznes do realizacji jest, tego mego oczekiwania, powodem.
I TO arcydzieło myśli probiznesowej odbędzie się właśnie tu: w Mekce mody, ulicy najszykowniejszych sklepów, centrum biznesu, stolicy funta.

Kiedy tak czekałem, funt miał dobry kurs.
To dokładnie odwrotnie niż ja, który aktualnie takiego dobrego kursu nie miałem. Do Londonium przybyłem spłukany, spłukałem z siebie kurz połowy przebytej Europy i chciałbym tylko szybko coś zarobić, spłukać gardło Guinessem i spływać dalej.

W jakieś tańsze miejsca, bo Londyn może fajny, może i tajny, ale na pewno nie tani.
Na szczęście jestem do takich akcji stworzony.

Nie potrzeba w niej ani specjalnych kwalifikacji, czy unikalnych umiejętności, zbytniej bystrości też nie. Jedyne czego tu potrzeba, za czym zabijają się łowcy, naganiacze, i bystroocy eksperci to dziewiczego, nienotowanego w bazach danych, paszportu.

Dlatego właśnie stoję tu gdzie stoję, i o stan mego fizis od ludzkiego tarcia trochę się boję.
Wytrwale trwam i oczekuję na spotkanie z bliżej nieznanym mi pośrednikiem.

Właściwie to zupełnie mi nie znanym, ale powiedzieli „Spokojnie Mi_ zostałeś mu dokładnie opisany, a z twoim wyglądem, o pomyłce nie ma mowy”.
Skoro tak – jestem spokojny.


Dwa Zdania o Tle Akcji.

Ogólnie ludzki świat (jeśli w ogóle kiedykolwiek był normalny) zwariował dawno temu.
Niedawno jednak (czas przeszły, czasownik mocno dokonany, lata 90-te) Daleki Ludzki Wschód zwariował na punkcie produktów luksusowej marki Louisa Vuittona.

Trochę to dziwne i z daleka zalatuje przekrętem, bo przecież ten Naprawdę Daleki Wschód (do którego nawet najszybszymi żaglowcami płynęło się miesiąc) jest przecież epicentrum wszechświata podróbek. Mogą tam sobie podrobić, co tylko chcą, w dodatku za ułamek ceny, dlaczegóż więc oryginałów chcą?

Bądźmy poważni – w czym taki oryginał jest lepszy od podróbki? (Sam ostatnio widziałem na poczcie torebki Gucci za 60 zł i wiem, że w niczym! Jest ona nie do odróżnienia, po co więc przepłacać?)

Jednak, widać są różnice. Dla nieobytego z wielkim światem jak ja wieśniaka może nie ma, ale… Tam gdzie wizerunek jest wszystkim i „jak cię widzą, tak cię piszą” bystre oko zazdrosnego obserwatora, w mig wypatrzy nierówny logotyp, pomyloną interpretację ściegu, dowolność w kolorze, kroju czy doborze materiału. I nie zawaha się ich użyć.
Tam błędów wizerunkowych się nie zapomina i z dziką radością – nie wybacza.

Drabina Społeczna Wschodu jest stroma, szczeble ma rozmieszczone szeroko, wspinaczka po niej mozolna i niebezpieczna, a upadek grozi śmiercią lub kalectwem. Dlatego jasnym jest, że wysiadając z ferrari czy innego rollsa z podrobioną torebką, można bardzo szybko spaść z tej drabiny.

Skoro to tak wygląda, to klient nasz pan!
Klient żąda, klient dostaje.

Louis V. bardzo chętnie spełni prośby BBA (Bajecznie Bogatych Azjatów), ale wery sorry – tu w głębokim ukłonie w pas się kłaniamy w pas – popyt jest tak duży, że z produkcją tych luksów nie nadążamy.

Osobiście wiedząc, że popyt czyni cenę – mam podejrzenie i takie odnoszę wrażenie, że być może specjalnie się nie nadążają z produkcją.

Żeby cena była odpowiednio wysoka, musi być silny popyt a produktu mało.
Skoro ostatnio jest silny popyt na Luisa V. wśród ludzi, którzy już dawno nie wiedzą, ile mają kasy, to podaż jest regulowana.

Nie moja sprawa, nie ładne, co ładne, tylko co się komu podoba. Ale to, co zmąciło mi mózg, a komunikacja synaps przez chwilę zamarła, to fakt, że w cudownej piękności salonie u Luisa Vuitton (w Londynie były wtedy takie tylko trzy) można sobie kupić te przepiękne produkty marzeń tylko raz na pół roku.

Tak, nie ważne było czyś Sułtan Brunei czy skromny posiadacza 16 kopalń diamentów w RPA – kupujesz raz na pół roku i tylko TRZY produkty na raz.

Tak, tak było i wtedy to nie był żart.
Jak w PRL – reglamentacja, na talon, kartki… tzn. na kartki w paszport.

Przychodzisz do salonu Luis Vituą z brtisz funt pełną reklamówką. Oraz apetytem i widokami na zakupy. Zaraz przy wejściu ładnie Cię witają – Wilkomem panie Bogacz.

Potem snujesz się od niechcenia, wybierasz rozkapryszony, przebierasz urażony i jak już zbierzesz całą furę tych torebek, plecaczków, pasków i innych bibelotów bez których życie nie istnieje, udajesz się do kasy a tam grzecznie pada „passport please” – i przez chwilę pilnie sprawdzają czy jesteś uprawniony, i jeśli tak, to „herzlich willkommen” możesz sobie kupić co tam sobie wybrałaś, ale… tylko TRZY sztuki..

Z megafonu przerywane jakimś klimatycznym smooth jazem, co chwilę leci że: „Atenszyn i Achtung: Pamiętaj Zakupowaczu, możesz nabyć aż trzy sztuki towaru. Po dokonaniu wyboru wyrobów prosimy udać się do kasy z kartą lub reklamówką i paszportem”.

Tam, po pilnej lustracji i akceptacji – stempel w passport – KUPIONE, i Do Auf Wiedersehen za pół roku!
Jak w PRL – jest kasa, jest chęć, tylko nie ma towaru.

I co z tą trudną sytuacją – legionu zrozpaczonych milionerek które bez „Luisa” nie mogą się pokazać na mieście, a na miasto nie wychodzi się dwa razy z tą samą torebką – A weź, ble! – robią przedsiębiorczy, bystro myślący ludzie interesu?

Ci Meni Biznesu będący ponad wszelkimi uprzedzeniami, kolorem skóry, orientacją seksualną i polityczną. Owi Pontifexksi jednego wyznania, jedynego Boga: Zysku.

Godząc cierpienia BBA i pragnienia utrzymania wysokich cen przez zrozpaczonego, niewidzącego światełka w tym tunelu Luisa, biorą na siebie wysiłek pośrednictwa oraz szybkiej dóbr dystrybucji.

Robią to tak…


Trzy Podpunkty o Przebiegu Akcji.

Po Primo – wyszukują takich jak ja, nomadów świeżo przybyłych, z pięknymi, czystymi, nieszpecącymi Luisowych baz danych paszportami.

Nasi Przedsiębiorczy Przyjaciele mogą kręcić ten biznes teraz (to znaczy wtedy) gdyż nie ma jeszcze ultraszybkiego, światłowodowego internetu.

Komputery są, no jasne, przecież to 20 wiek!

Jednak sieciowych baz danych typu „chmura” jeszcze nie ma i kiedy odwiedzasz przecudnej urody (niczym poczta na ulicy Długiej) Saloon Luisa V, to wbijają tam twoje paszportowe dane do komputera, by, po paru godzinach (jak się tego nazbiera więcej), na dyskietkach (taki średniowieczny pendrive) przewieźć je do kolejnego LV Saloonu (w Londonium są trzy), aby tam zaktualizować databazy i żeby tam też wiedzieli, że już mogą cię grzecznie i uprzejmie nie obsługiwać. Spławiać – do widzenia za 6 miesięcy.

Po Sekundo – jednak zanim twoje (moje) dane dotrą do pozostałych sklepów, ty (tz. ja) wynajętym busikiem, w zorganizowanej akcji (gdyż jest to biznes kręcony na skalę masową) razem w wieloma innymi, po zakupie w pierwszym sklepie jestem przerzucany do tego kolejnego sklepu szybciej niż wszelkie cyfrowe dane.

I co dalej? Tak! Znów Kupujesz, Kupujesz, Kupujesz.
Genialne zagranie.

Wszędzie BBA zabijają się za oryginalnymi torebkami, portfelami, plecaczkami tego Luisa V.
Zapłacą każdą cenę za oryginał, nawet i potrójną.
A tego towaru wiecznie jest za mało.

Szuka się więc Zapyziałych Zakupowiczów, którzy za małą prowizją nakupią u Luisa tych trzech towarów. „Bierz więc zwitek i ćwierć funciaków, leć do salonu, pokaż karnie paszport i kupuj, kupuj, kupuj bezkarnie”.
Poczucie się jak milioner gratis.

Po seiczento – kupujesz, bierzesz paragony, rozliczasz się z reszty i towaru, otrzymujesz prowizję za półtorej godziny roboty za którą to co sobotę w Lidlu teraz to ty musisz płacić.
I już po chwili towar, legalny, oryginalny i irracjonalny, przemieszcza się do Hong-Kongu czy innego Singapuru.
Geniusze! Czy są tu jakieś słabe punkty?


Cztery Cieakowstki o Uczestnikach Akcji

Wracamy na Oxford Street bo ja nadal tam stoję i czekam.
Stoję i czekam, kotwica trzyma, ale coraz słabiej, gdyż nie ma takiej hybrydy która zwycięży z lunchem (a jego pora nadciąga). Żar od tarcia tłumu się wzmaga. Hybrydopaznokcie szorują po fasadzie.

Obok mnie jakiś gościu także stoi, również walczy z falą.

Jak ja czeka, pilnie się rozgląda, kogoś szuka. „Zostałem mu dowodnie opisany” więc gdyby szukał ten obok szukał mnie, to by mnie – stając obok – znalazł, tak dumam.

Czyli – domniemywam – że do tej samej akcji najęty też na pośrednika czeka.

Stoję. On stoi. Stoimy.

Czas minął i nikt nie przybył. Prąd ludzki zaczyna mnie niebezpiecznie przesuwać w stronę kolegi obok, który, widzę już dobrze, też jest lekko wkurwiony.
To już pewne: obaj czekamy na tego samego typa, a ten nas wystawił, bo nie przyszedł.

Opieram się już nie rzece a oceanowi ludzkiemu, który się wzmaga, i niebłagalnie, zostawiając rysy na ceglanej oficynie, przesuwam się w stronę kolegi. I wtedy słyszę, bo jestem już blisko, dzwonek telefonu tego ziomala obok. Kolega jedną ręką trzymając się parapetu, drugą odbiera i najczystszą polską polszczyzną drze się do mikrofonu:

– Kurwa, nie ma go! Wiem, że czas już minął i wiem jak wygląda „Typowy Polak”, ale nikogo takiego tu nie ma! Stoi obok jakiś angolski Bond, a tacy torebek raczej nie kupują!!!
To – jak się po chwili okazało – było o mnie.

So… to jak to jest być Bondem?
Cóż, Bardzo krótko.
I bardzo śmiesznie. 

2 myśli na temat “Być Bondem

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑