
[490 słów, 3 minuty czasu czytania]
Pesymista mówi:
– Już gorzej być nie może!
A optymista na to:
– Może, może!
Tak, pamiętam dobrze. Ten cudownie optymistyczny dzień zaczął się od mgły, deszczu oraz deklinacji.
Ach, jak wspaniale obudzić się o 7:30 w środku nocy w poniedziałek i odebrać telefon od niecierpiącego zwłoki, mrożącego krew głosu, któremu na koniec nie mogłem się jednak oprzeć:
– Dzień dobry, czy dodzwoniłam się do Paweł Mi?
– Dzień dobry, tak, ale JA SIĘ DEKLINUJĘ!
– Yhm, to dobrze, a ja DZWONIĘ Z URZĘDU SKARBOWEGO…
– A… to już mi przeszło.
Zawsze mówię, nigdy nie marnuj okazji, aby zrobić dobre pierwsze wrażenie. Cóż, może za drugim razem się uda?
Pojechałem dalej. To była droga gdzieś na południowych podgórskich rubieżach, czyli jechałem pod górkę, mimo że w dół mapy.
W takiej geomorfologiczno-kartograficznej sytuacji trudno się dziwić, że wszystko w naszym kraju tak się surrealistycznie toczy.
A ja toczyłem się na południe, szosami krętymi, ruchliwymi, jednojezdniowymi o dwóch pasach ruchu, bardzo często odgrodzonymi od siebie dwiema ciągłymi dziwnymi liniami.
Ciągle wybity z deklinacyjnej pewności, lekko przybity wizją nieuchronnej randki z US, przyznam – trochę przyśpieszyłem.
Ale ja po prostu chciałem jak najszybciej zakończyć ten dzień.
A od wujka Einsteina wiemy, że czas ma bardzo silne koneksje z prędkością.
Po uwzględnieniu dylatacji, czyli różnic w pomiarze czasu dokonywanym równolegle w dwóch różnych układach odniesienia, z których jeden przemieszcza się względem drugiego, taki miałem plan: przemieszczam się zajebiście superszybko, dla mnie w tym czasie czas płynie sobie standardową strugą, ale uwaga! Tam, gdzie mnie nie ma, on – ten sam czas, płynie inaczej niż u mnie i jak wrócę, to tam, gdzie mnie teraz nie ma, ten dzień już przeminął!
Im szybciej jadę, tym szybciej wrócę. Wracam u siebie migiem, a tam… tak! Dzień się już skończył.
Genialne, c’nie?
Dlatego i tylko dlatego, przyrzekam, śmigałem z prędkościami relatywistycznymi, czyli prawie z prędkością światła.
Dlaczego więc byłem zdziwiony, gdy nagle, no kto by pomyślał, światło o spektrum świecenia w okolicach niebieskiego i czerwonego, jednak mnie dogoniło?
Nie mam pojęcia.
Ach, no tak, jasne(!) „prawie” robi jednak różnicę.
Doganiające Światło, kiedy już mnie dopadło, poprosiło:
– Proszę przygotować dokumenty do kontroli.
A po uważnym przeglądnięciu przedłożonej papierologii dodało:
– Panie Szosa Mi…
– Ja się dekli… a nie, nic, tak, Panie Władzio?
– Gdy jadąc za panem, zobaczyliśmy, że nagle wyprzedza pan na zakręcie, podwójnej ciągłej, z prędkością relatywistycznie niemożliwą, a potem w dalszym ciągu przyśpieszając, wyprzedza kolejną ciężarówkę na przejściu dla pieszych, myśleliśmy, że to jakiś żart. Przecież jedziemy od dawna za panem oznakowanym jak choinka radiowozem! Potem pomyśleliśmy, że nie, że to niemożliwe, że to musi być ktoś z naszych, nagła akcja czy wezwanie, bo nikt przecież nie będzie tak głu… nieostrożny. Albo poseł. Ale teraz, po przeglądnięciu dokumentów, panie Szosa, widzę, że jednak tak.
– Panie Władzo, wiem, wiem, przegiąłem, nic mnie nie usprawiedliwia, ale na szczęście jestem pesymistą i wiem, że już gorzej być nie może.
– Cóż, Panie Mi, ja mimo wszystko jestem optymistą i powiem, że może, może, gdyż ma pan nieważne badanie techniczne…


a ono było nie ważne relatywistycznie czy może ni było nie ważne czyli nadal ważne…
PolubieniePolubienie
byłem tak nieuważny, że w pewnym momencie już było nieważne, czy i kiedy było ważne, ważne że wtedy kiedy trzeba było nieważne… a dobra… już nieważne
PolubieniePolubienie