Canfranc

[840 słów, 4 minuty czasu czytania]

Przychodzi do sklepu facet. Klasa gościu, garnitur nie od Tomka z Forda, tylko od samego Forda, but Oxford Nieadidas, „jedzie” od niego Dolcze, a może nawet i Gabaną, krawat zawiązany jak trzeba – do półpaska, bo brzuch nie wadzi.

Wchodzi i grzecznie mówi do pani Sprzedawczyni:
– Do you speak English?
– Nie… – odpowiada mu ona – a to i tak duży krok, mogła przecież zwyczajnie zagadnąć: he?
– Du sprichst Deutsch?
– Nie!
– Parles-tu Français?
– Nie!

Gość to gentlemen typu Kamienna Twarz – dlatego grzecznie przeprosił za perturbacje i niedogodność w kilkunastu innych językach i równie elegancko, jak wszedł, wyszedł, bo „kiedy nie wiesz, jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie”.

Kiedy sobie poszedł, emocje opadły, a zapach jego wód się rozwiał, koleżanka naszej Niebardzopoliglotki mówi:
– No, Rysiu, mogłaś się uczyć języków, to byś sobie pogadała!
– No, on się uczył i co? Pogadał sobie?

Tak, teraz, w czasach internetu nawet w lodówce, szczoteczek do zębów o mocy obliczeniowej większej niż kiedyś komputerów latających na księżyc, chatówGPT czyhających czujnie na czatowanie i smartfonów wbudowanych w układ nerwowy użytkownika, znajomość czegokolwiek, wiedza jakakolwiek oraz umiejętność objętniejaka by przeżyć nie jest już konieczna.

Kiedyś bywało różnie. Dobrze było coś umieć, w głowie coś mieć, posiadać jakieś praktyczne umiejętności. Tak dumałem kiedy zobaczyłem zdjęcie Dworca Kolejowego Canfranc.

Stoi on sobie w hiszpańskich Pirenejach i kiedyś był największym, najbardziej imponującym dworcem w Europie. Stacją przygraniczną był, łącząc linie kolejowe Francji i Hiszpanii.

Mimo, że fajny był bardzo, to Człowiek mając ten dar – że potrafi zjebać wszystko – zaledwie osiem lat po jego otwarciu, z powodu hiszpańskiej wojny domowej zamknięto ten „Górski Titanic”.

Po wojnie (II światowej) otwarto go ponownie, ale nie na długo (kurde, jak ktoś ma pecha, to całe życie). W marcu 1970 roku gigantyczny parowóz, który wypadł z szyn, zburzył most Estanguet po francuskiej stronie Pirenejów.

Oszacowano koszta naprawy, podrapano się pod zafrasowanymi beretami i zdecydowano: drogo wyjdzie, nie naprawiamy.

Już w starożytnym Egipcie było wiadomo, że: „Bez kamieni nie ma budulca. A bez budulca nie ma pałacu. A bez pałacu… (chwila ciszy) Nie ma pałacu!”.

Z dworcami bywa podobnie: Bez mostu nie ma pociągów, a bez pociągów… Na co komu pusty dworzec? To nie jest jakieś warszawskie lotnisko w Radomiu.

Jednak Canfranc nie był zwykłym dworcem. Ze względu na wspaniałą architekturę nazwano go „Lśniącym klejnotem secesji” czy „Eleganckim gniazdkiem Pirenejów” dlatego dostał kolejną szansę, teraz zrobili z niego hotel i każdy może tam mógł wbić i za drobne setki euro przekimać.

Patrząc na zdjęcie tego architektonicznego cuda i czytając o tej przygranicznej przepięknej stacji, przypomniałem też sobie, że kiedyś nie miałem setki czy dwóch w euro za noc, a jeździć trzeba było. Taki wewnętrzny ciąg, przymus, chora chęć co za horyzontem jest.

Kasy się wtedy nie miało, ale się miało pociąg, do pociągów. I ten przemysł w głowie, spryt ten cygański, wcześniej wspomniany, się miało. Przemysł i spryt, jak nie płacić bajońskich sum (a człowiek nie miał fundacji w celu otrzymania dotacji) za bilety kolejowe międzykrajowe.

I sposób zawsze się znalazł. Ot, wysiadało się z „Pociągu Byle Jakiego” na ostatniej stacji przed granicą danego kraju, z butą się ją – tę granicę – przekraczało i na pierwszej stacji kolejowej kolejnego kraju, kolejnym kolejowym klekotem (pociągiem w klasie ostatniej) jechało się dalej.
I to wszystko na najtańszych biletach lokalnych, za grosze.

Ech… ileż to się zwiedziło właśnie takich przygranicznych stacji!

Takich właśnie, choć nie tak pięknych jak ten piękny Canfranc, przygranicznych.
Przytulanych, ale brzydszych, bo komunistycznych.

„Wylądowałem” dawno temu na takiej jednej stacji. Przy granicy Rumunii i Węgier, po stronie węgiersko-ugrofińskiej.

Cóż za cudowny język ten węgierski! No jakby UFO się rozbiło w środku Wschodniej Europy. Normalnie, jak jesteś w Budapeszcie, to nie rozumiesz nic, a tu, na takiej wschodniej stacji totalnego zadupia niegdyś komunistycznego Wschodu? Nie zrozumiałeś nic, poczwórnie.
JPRDL, tu nawet kury gdaczą po węgiersku!

Jest tu jakiś cwaniak? Tak? To idź do kasy latach 80-tych, tych bez Internetnych i smartfonnych, i poproś o: Najtańszy bilet drugiej klasy, na drugi koniec kraju, osobowym do granicy z Austrią. Może być z przesiadkami, bez zniżek, nie, nie na kuszetkę. Plisz?

Podaję, może się komuś przyda: „A legolcsóbb másodosztályú jegy az ország másik végébe személygépkocsival az osztrák határig. Lehet átszállással, kedvezmények nélkül, nem, nem heverőre. Plisz?”.

Skończyło się chojrakowanie?
A ja idę, bo wiem – to na pewno będą, z moją doskonałą nieznajomością języków, masakryczne jaja. Ciekawe, czym i w co dostanę.

Poszedłem, stanąłem przy okienku i gdy tak stoję drapiąc się po głowie, mruczę do siebie: „no kurwa, od czego tu zacząć?”, pani w kasie, nagle zaczyna się śmiać i jak już jej przechodzi i jakoś do siebie dochodzi, w doskonałej polszczyźnie mówi:
– W czym panu pomóc?

Zanim do mnie dotarło, że to po polsku, przez chwilę myślałem, że spłynęła na mnie Łaska Manńska i że zacząłem, nie dość że rozumieć, to i mówić językami świata.

To przecież Mann z Materną dowodzili, iż nauka języków jest łatwa, a węgierskiego to już w ogóle proszcizna. Ot, dodajesz wszędzie „sz”, np. zamiast „autobus” mówisz „autobusz” i jusz!

Ale po chwili euforii okazało się, że jednak nie… Bo w kasie tej węgierskiej, to Polka była.
Z Polszki.

5 myśli na temat “Canfranc

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Robert Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑