Dachowiec

[1013 słów, 5 minut czasu czytania]

Dachowiec, szarobura istota,
Przez wielu brana za kota,
Po dachach po uj w nocy łazi,
Aż coś go w rzyć nie porazi…
Gdy w końcu z wysoka spada,
Chyba… już nie masz sąsiada.


Mark Twain powiedział kiedyś „Dwa najważniejsze dni Twojego życia to ten, w którym się urodziłeś oraz ten, w którym dowiedziałeś się, po co.”
Jakiś czas póżniej, a wiele lat temu + 9 miesięcy, Bóstwo zarządzające naszą odległą od cywilizacji częścią Wszechświata zadecydowało, że zostanę obdarzony bonusem.
Nic w tym specjalnego, każdy jakiś dostaje, a u mnie, skoro rozum nie bardzo się przyjął, to może choć z brakiem wysokościowego lęku i mocnym uściskiem się uda?

Zapewne w tym eksperymencie chodziło o coś więcej niż testowanie jakości uchwytów wózków dziecięcych, czy możliwości wytrzymałości nacisku klamek w drzwiach wejściowo-wyjściowych (których to kilka, niestety nie oprało się testowi obciążeniowemu mego nacisku, ale na szczęście, w ramach gwarancji i zdziwienia „WTF jak to jest możliwe?” zostały wymienione).

– Mam nadzieję, że w zamyśle ta skromna bonusowa modyfikacja genetyczna dotyczy innych obszarów mojego uścisko-odcisku na czasoprzestrzeni naszej planety, niż ten który za chwilę (czaso) zostanie solidnie i trwale (jak dłoń sławy z Hollywood) odciśnięty na chodniku (przestrzeń). I kurde, naprawdę fajnie by było, aby ta modyfikacja jakoś teraz się przydała, kiedy tak sobie sunę w dół – W takim właśnie stylu dumałem w przerwach w osuwaniu się z na poniższy bruk z powyższego dachu.

A ponieważ chwilę to osuwanie trwało, to dywagowałem również, czy jak już się nie uda z bonusową genetyką, i po procesie osuwania rozpocznę proces spadania, to czy w trakcie przelotu, przed przyśpieszonym rendez-vous z ziemią, zdążę osiągnąć magiczne 9,8 m/s zanim ów bruk z doniosłym plaśnięciem odda mi otrzymaną ode mnie energię kinetyczną.
W końcu nie było nisko, bo z, ja wiem – 15 metrów! Może się uda?

Taka to właśnie w tym naszym świecie jest fizyczna zależność: każda akcja rodzi reakcję, i można spokojnie założyć, że jak kogoś zrobisz w uj, to kiedyś ktoś zrobi i ciebie, lub, jak już w ten bruk solidnie za chwilę przyłożę, to on zdąży mi porządnie oddać. 

Kiedy tak się osuwałem dumając, lub może… dumałem się osuwając, postanowiłem wypróbować, w praktyce zastosować, owe zmiany konstrukcyjne moich modyfikowanych przyrządów chwytnych. W samą porę na to wpadłem, bo sunąłem właśnie obok solidnej rurki.
Chwyciłem się jej i zrozumiałem o co „kaman” z tymi moimi chwytakami – bo nagle, tak, już wiedziałem! – jeśli ona (dana rura) nie planuje oddzielić się od dachu pod naporem moim i zasad Newtona, to mnie od niej nie odzieli nawet spawarką.

Na szczęście ktoś się postarał, solidnie ją osadził i wytrwała na posterunku, a potem było już łatwo – podciągałem się jedną ręką, wzmocniłem chwyt drugą, spojrzałem z pogardą w dół „nie tym razem brukofizyko” i łapiąc przyczepność, stanąłem na stromym dachu… dobra, czas poprawić koronę i ruszać dalej.

Jak do tego doszedłem i się tu znalazłem? A… bardziej, można powiedzieć, by tu być i stać, to dojechałem raczej.
Jak zawsze, trochę wcześniej, jechałem gdzieś przez wschodnie i już… tak, dobrze widzę, prawie „północne” krainy.

Przez lasy jakieś ciemne, przetykane siatką dziurawych przedUnijnych dróg, zmierzałem, kiedy nagła pilna potrzeba nakazała mi zatrzymać się o tam, po prawej, na leśnym uboczu.

Ponieważ noc ciemną bo chmurną była, grzybiarze dopiero szykowali koziki do ataku na z góry upatrzone bezbronne ofiary, myśliwi w tym regionie nie grasowali, a pobliski poligon był nieczynny, mogłem więc, w ciemności tej spokojnej, zająć się sobą, i z całą pewnością, że sam na osobności.
Nagle, kiedy to, wstyd się tu przyznać, ale – lałem – ciszę całkowicie ciemnego i cichego lasu, a mi operację oczyszczania przewodów, przerwało otarcie się czegoś o Mi_nogę.

Po jakimś, bliżej nieokreślonym, czasie, gdy ciśnienie krwi w mych żyłach opuściło rejony obserwowane zwykle tylko w morskich odwiertach roponośnych i odzyskałem jako taką przytomność, a wstępne badanie systemu wykazało jedynie stan przedzawałowy, To Coś Otarciowego, zupełnie nie przejęte moim nagłym spoziomowaniem, wzmogło swe działania i do kinetycznych dorzuciło również werbalne.

Może samo wpadło na pomysł iż – skoro słabo widać – będzie lepiej go słychać?
Nie na żarty (oraz) przestraszony natychmiast sięgnąłem po Brzytwę Ockhama! Rozłożyłem ją i użyłem zgodnie z przeznaczeniem oraz zasadą, wg. której w wyjaśnianiu zjawisk zawsze należy dążyć do prostoty, i wybierać takie wyjaśnienia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie pojęć i założeń.

Dlatego też schyliłem się i podniosłem, za fraki, tego… kota.
Kotka chyba bardziej, bo chociaż po rozkręceniu się wibrował z mocą helikoptera przed startem, to na dłoni się to gówienko mieściło i jeszcze miejsca zostawało na drugie.
S(kot) on tu? Nie mamy mamy? Czy jest sam? Oraz fundamentalne: kurwa, i co dalej?
Od razu, jak na studiach, pojawiła się reguła 4Z (dla przypomnienia: Zakuć, Zdać, Zapić, Zapomnieć)… czyli Zlać? Zostawić? Zbiec? Zapomnieć?

Fuck, przecież go tak tu nie zostawię, a jeśli ktoś inny tak samo zrobił?
W takich wypadkach dwa minusy nie dają plusa!
Pokucałem, pokicałem, „pokiciałem”.
A kiedy ani ten nie uciekł, ani nikt nie przyciekł z odsieczą…
Cóż, wsadziłem go za pazuchę i zabrałem ze sobą, do miasta.

A teraz wiszę, ups pardon’t, stoję już na tym cholernym dachu, trzymam się rury i podciągając się w górę musze iść, szukać dalej, i znaleźć. 
Najwyższy był już czas z tym znajdowaniem, bo ze dwa dni się błąkam po okolicznych strychach i dachach w tych poszukiwaniach, i jak niebawem ja nie znajdę jego, to na pewno służby znajdą mnie.

Od dwóch dni, kiedy miasto kładło się do snu w uciecze od trosk prosto w ramiona koszmarów, kłótnie pijaczków cichły odwrotnie proporcjonalnie do promili w ich organizmach, darcie dzieci i na dzieci osiągało punkt graniczny, a sygnały RTV wysyłane w kosmos „popatrzcie sobie co oglądamy i jeszcze raz przemyślcie inwazję” do obcych milkły… słychać go było doskonale, a trzy pary wielkich niekocich oczu domowników wpatrzone we mnie, braille’m formułowały żądanie – no idź, coś zrób, kto w tym domu nosi spodnie!

Bo łajza ta leśna, dzika i mała, zgrabnym susem wyjść oknem z domu umiała, ale wrócić to już nie potrafiła…
I tak właśnie dowiedziałem się, że zostałem Dachowcem, a przez jakiś czas miałem, nie tak jak inni, raz w roku – Dzień Kota lecz wiele razy w roku, pełne szukania Kota – Noce.


2 myśli na temat “Dachowiec

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do Pawel Szosa Mi Anuluj pisanie odpowiedzi

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑